Społeczeństwo

Wigilia u Tusków

Przyznaję bez bicia – nie przepadam za świętami Bożego Narodzenia. Oczywiście, podoba mi się choinka, dzieci wyczekujące na prezenty, Mikołaj, sanie i renifery. Ale już w połowie grudnia nie mogę słuchać radia RFM Classic, ponieważ liczba sezonowych piosenek i kolęd na godzinę przewyższa moje możliwości absorpcji. Już od rana straszy „Last Christmas I gave you my heart”, jak w katarynce. Ilość jedzenia, jakie towarzyszy świętom, odbiera apetyt. Na tydzień przed Wigilią odrzuca człowieka od stołu.

Sklepy są takie nachalne, że omijam je szerokim łukiem. Rezultat: jedną ręką trzymam się za brzuch, drugą za portfel, uszy zatykam, a oczy zamykam, bo z góry wiem, co zobaczę nawet w moim macierzystym tygodniku: na okładce święty obrazek, a w środku nabożeństwo celebrowane przez kapelana POLITYKI (oby żył sto lat!).

Przy świątecznym stole należy pozostawić jedno miejsce dla głodnego wędrowcy. W tym roku myślę o niedożywionych kibolach z Włoch, którzy – biedacy! – w polskim areszcie nie dostają pizzy. W dodatku szkalują nasze komisariaty, gdzie otrzymują podobno tylko chleb z keczupem i schab, to jest grubo poniżej oczekiwań smakoszów z Lazio. Za to w Białołęce – hulaj dusza! Za 4,80 zł dziennie koneserzy piłki nożnej z Włoch otrzymują śniadanie (chleb, margaryna, twaróg, kawa lub mleko), obiad (zupa kalafiorowa, ryba, surówka) i kolację (chleb, margaryna, pasztet). Jest nawet coś dla amatorów diety: knedle z truskawkami, drobiowa zamiast pasztetu. Nic dziwnego, że jak zapewnia komendant policji, „żadna skarga nie wpłynęła”. I to wszystko za 4,80! Gratulacje dla prezesa Belki, że złotówka jest taka mocna!

Polityka 51-52.2013 (2938) z dnia 17.12.2013; Felietony; s. 158
Reklama