Społeczeństwo

Życie na bezhuciu

Co pozostało po hucie w Szopienicach

Ruiny zabytkowej huty cynku w katowickiej dzielnicy Szopienice. Ruiny zabytkowej huty cynku w katowickiej dzielnicy Szopienice. Maciej Jarzębiński / Forum
Huta Metali Nieżelaznych w Szopienicach nie działa już od ponad dekady, ale jej ołowiany spadek mieszkańcy będą dziedziczyć jeszcze wiele lat.
Doktor Jolanta Król 40 lat temu dostrzegła problem zatrucia ołowiem.Marta Mazuś/Polityka Doktor Jolanta Król 40 lat temu dostrzegła problem zatrucia ołowiem.
Pani Micia z mężem Henrykiem walczyła o odłączenie Szopienic od Katowic, by pozyskać fundusze na rewitalizację okolicy.Marta Mazuś/Polityka Pani Micia z mężem Henrykiem walczyła o odłączenie Szopienic od Katowic, by pozyskać fundusze na rewitalizację okolicy.

Doktora Jarosława Derejczyka, dyrektora szpitala geriatrycznego w katowickich Szopienicach, koledzy lekarze pytają czasem: Gdzie ty pracujesz? W Szopienicach? A gdzie to jest? – choć dobrze wiedzą gdzie. Tylko za żadne skarby by tu nie przyszli. Bo dla lekarza Szopienice to wyzwanie. Tak samo dzisiaj jak 40 lat temu, kiedy Szopienice biły rekordy wydajności w wytopie cynku i ołowiu.

Według danych z katowickiego Instytutu Ekologii Terenów Uprzemysłowionych Katowice to jeden ze 156 powiatów w Polsce o najwyższym wskaźniku umieralności. A w Katowicach – Szopienice.

Ołów u ludzi atakuje przede wszystkim układy oddechowy, krwiotwórczy i nerwowy. Większość gromadzi się w kościach i może w nich zostawać nawet ponad 20 lat – mówi dr Elżbieta Kulka z Zespołu Analiz Ryzyka Środowiskowego w Instytucie.

Huta Metali Nieżelaznych już od ponad 10 lat nie działa, ale Henryk Brysz, dawny kierownik walcowni cynku, wciąż słyszy o niej w kolejce do kasy w sklepie. Resztki huty w likwidacji widać z każdego rogu dzielnicy – z zielonego parku, gdzie kiedyś stały familoki, i z osiedla na wzgórzu, na końcu ulicy Morawy, gdzie tych z familoków potem przesiedlali. Dziś, gdy skończyły się rekordy w przetwórstwie metali ciężkich, zaczęło się bicie rekordów w statystykach Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, liczbie trafiających do izby wytrzeźwień i na zasiłek dla bezrobotnych.

Huta do dzisiaj siedzi ludziom także w kościach. Tkwi w książkach na drewnianym regale u pani Mici ze 190-letniego domu przy Obrońców Westerplatte. I w haftowanych obrazach dr Jolanty Król, pediatry szopienickich dzieci, choć to dość przewrotne, bo ona hutę i wszystko, co z nią związane, bardzo chciała wypruć sobie z pamięci. To ona wykryła przed laty, co ta huta robi z szopienickimi ludźmi.

Huta czarująca

W hucie można się było zakochać. Powstała z marzeń XIX-wiecznych pruskich kapitalistów, którzy inwestowali w pola i łąki, rolnicze osady – Szopienice, Roździeń, Janów, Dąbrówka Mała – położone tuż przy granicy z Kongresówką. Obok kopalń węgla kamiennego w 1834 r. wybudowali hutę cynku Wilhelmina, a w 1864 r. hutę ołowiu. Przetrwała pierwszą wojnę światową i trzy powstania śląskie, aż w końcu w 1922 r., razem z częścią Górnego Śląska, stała się częścią Polski. Wciąż rozbudowywana, z kilkunastoma wydziałami, po drugiej wojnie światowej nieustannie zwiększała produkcję. Szopienice, do 1960 r., były nie dzielnicą Katowic, lecz osobnym miastem, z klubami sportowymi, kinami i parkami – i kwitły. W szczytowych momentach w hucie pracowało nawet 5 tys. ludzi. Ściągani z całej Polski zasiedlali ceglane familoki, budowane przez hutę osiedla i hotele robotnicze. Od tych hoteli miejscowi nazywali ich wulcami.

Huta kształciła swoich ludzi. To po hutniczym technikum metali nieżelaznych i Akademii Górniczo-Hutniczej, w 1963 r., do huty trafia Henryk Brysz. Jego miłość zaczęła się być może wtedy, gdy pewnego dnia o 4.00 rano wszedł do hali z piecami destylacyjnymi, a tam paliły się tysiące albo dziesiątki tysięcy niebieskich ogników. Wiedział, że to po prostu ulatniający się tlenek węgla, ale wolał myśleć, że jeśli to nie było niebo, to chociaż czyściec. Bardzo szybko, po 1968 r., jako dwudziestoparolatek, został kierownikiem walcowni. Pamięta starszych kolegów hutników, którzy nie wyglądali zdrowo, ma w oczach ich powykręcane w dziwne kształty ręce. Jemu, tu urodzonemu, nic nie było. To przyjezdnych ołów bardzo szybko się czepiał i odstawiał po kilku miesiącach od produkcji. Z ciemną kreską nad dziąsłami, pierwszym stopniem ołowicy, z bolącymi stawami, stopniem drugim, albo kolką ołowiczną, kiedy ołów blokował jelito grube, trzecim stopniem, nieraz śmiertelnym.

 

Badał ich w tamtym czasie hutniczy doktor Edmund Gryglewicz, który nawet na nocne wizyty po domach chodził z mikroskopem. Umarł w 1971 r. na raka. W położonym niedaleko mieszkaniu w bloku żona Henryka Brysza, pracownica hutniczej biblioteki technicznej, mogła codziennie myć z pyłu okna. Kupiła sobie pudelka – po kilku spacerach zdechł. Ale to poza hutą. Więc się nie liczyło.

O tym, że huta szkodzi i że szkodzi też poza bramą, jeszcze się nie mówiło.

Huta trująca

1974 r., najlepsze lata produkcji, a do młodej pediatry dr Jolanty Król w rejonowej przychodni w Dąbrówce Małej, obok Szopienic, wciąż trafiał kilkuletni chłopiec z anemią. Gdy w końcu skonsultowała go z opiekunką swojej specjalizacji, okazało się: ołowica. U dziecka niepracującego przecież w hucie. Ale nie można było głośno o tym mówić.

Dzieci w Szopienicach zawsze były jakieś inne. Według wyliczeń prof. Bożeny Hager-Małeckiej – 13 proc. upośledzonych. W dzielnicy działała szkoła specjalna, ale nikt z mieszkańców nie mówił i nawet nie pomyślał, że to od ołowiu.

We wrześniu Jolanta Król razem z pielęgniarką Wiesią Wilczek ruszyły w familoki. Wchodziły do mieszkań bez łazienek, w których matki prały ubrania hutników razem z ubrankami dzieci, a dzieci bawiły się na zakurzonych podwórkach, w brudnych rękach trzymając bułkę albo marchewkę z przydomowej grządki. Zaszły do Kęckich, którzy mieszkali przy Rzemieślniczej – wielodzietna rodzina z ośmiorgiem dzieci, gdzie najmłodszy Karol ciągał za sobą własną nogę, i do Mańków, nieco dalej, przy Wandy – gdzie mały Adam zamiast zębów miał czarne kikutki. Rozdały zawiadomienia o badaniach krwi i moczu. Cztery miesiące później miały prawie 5 tys. przebadanych dzieci. W tajemnicy, po cichu. I wyniki badań: normy ołowiu wielokrotnie przekroczone. Nikt nie miał takich wyników na świecie, tylko w Stanach Zjednoczonych opisano przypadki dzieci, które zatruły się ołowianymi żołnierzykami.

Chore dzieci, tak jak chorych hutników, trzeba odstawić od huty. O badaniach Królki – jak ją nazywają – coraz więcej się gada. Doktor obawia się kłopotów, nawet więzienia. Tymczasem prof. Hager-Małecka, jako lekarka dzieci Edwarda Gierka, pomaga załatwić od huty zastępcze mieszkania i odszkodowania dla najbardziej narażonych rodzin. Ulice Rzemieślnicza, Makarenki i najbliższa huty część Obrońców Westerplatte znikają z Szopienic. Tylko Kęckim, których Karol ciągnął za sobą nogę, nie udaje się; nie mają na kaucję. I Mańkom; nie chcą się wyprowadzać, zostawić ojcowizny.

Za radą prof. Małeckiej Królka pisze doktorat o ołowicy. Ale nie można czegoś takiego obronić. Królka bierze się więc za haftowanie, nadal przyjmując w przychodni w Dąbrówce Małej.

Huta wymierająca

Tyle lat już minęło, a w Szopienicach niewiele się zmieniło. – Ale ludzie sami są winni – mówi pani Micia z domu przy Obrońców Westerplatte. Bo gdy już po przewrocie, w latach 90., siedziała za stołem przykrytym na zielono w lokalnej komisji wyborczej i gdy razem z innymi rozumiejącymi wagę decyzji tamtych lat namawiała do ponownego odłączenia Szopienic od Katowic, to mało kto pofatygował się na głosowanie. Wtedy był jeszcze na to czas, bo huta wciąż dawała pracę, a pieniądze by szły na potrzeby tutejsze, a nie katowickie. A potem to już zaczęli zamykać hutę.

 

Pani Micia wygląda więc przez kuchenne okno na Obrońców Westerplatte i widzi, jak młodzi stoją na rogach i kombinują. Bardziej zaradni uciekli do Niemiec albo Anglii. Chacharstwo chodzi z wózkami i zbiera złom po okolicy. Albo na hałdach przy hucie, gdzie da się jeszcze znaleźć starą szlakę, czyli odpady po wytopie rudy. Gdyby kilka lat temu polski Niemiec Johann Bros nie wykupił i nie odnowił w Szopienicach starego Browaru Mokrskich, to tamte ruiny pewnie też by tu rozebrali. Z wdzięczności za ten browar i za nowe miejsca pracy miesiąc temu mieszkańcy wybrali Brosa do rady dzielnicy. A w ostatni poniedziałek mąż pani Mici Henryk był w Bogucicach w szpitalu. Nic wielkiego, zmiana opatrunku. Na korytarzu spotyka jakiegoś starego chłopa, chłop się wita i w końcu Henryk rozpoznał: kolega z huty, 10 lat młodszy. Kupa dziada, sześćdziesiątka, a ledwo się trzymał na nogach. Innych kolegów Henryk już nie ma.

Dr Jarosław Derejczyk ze szpitala geriatrycznego w Szopienicach twierdzi, że przełożenie wprost wieloletniej działalności huty na zły stan zdrowia pacjentów nie jest wcale takie proste. – Nie wiadomo do końca, co ludzi bardziej zabijało: ołów z huty czy bezrobocie, depresja i alkohol, gdy już nie pracowali. To pewnie brzmi brutalnie, ale kto miał umrzeć, to już umarł we wcześniejszym wieku.

Część z tych, co zostali, dożywa teraz nawet dziewięćdziesiątki, głównie są to kobiety. Wiele z tych starszych osób trafia do szpitala. Ostatnio na oddział szpitala geriatrycznego dr. Derejczyka trafił Henryk Brysz. Dziś ma 84 lata i problemy z nogami. Ale nie od ołowiu, raczej od samolotów. Bo po tym, jak był kierownikiem walcowni, został dyrektorem handlowym huty. Z żoną wyprowadzili się wtedy do domu na obrzeżach Szopienic. W związku z hutą czuje głównie dumę.

Kominy Huty Metali Nieżelaznych już nie dymią w Szopienicach. W części dawnych budynków działa tylko przedsiębiorstwo Baterpol. Odzyskują ołów ze starych akumulatorów. Zatrudnienie ma tu 185 osób. Na nieużytki po hucie od prawie czterech lat, za pieniądze Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, zwożona jest świeża ziemia, a zabierane pohuciane odpady. To jedyny sposób, żeby przywrócić choćby minimalną równowagę w środowisku. W lekkim oddaleniu od huty, na wzgórzach, miejscowy rolnik beztrosko uprawia 15 ha upraw na paszę dla zwierząt.

– Jeżeli ołów i kadm dostaną się raz do środowiska, to utrzymują się w nim setki lat. Można się spodziewać, że ich stężenia stopniowo się zmniejszają, bo nie ma dodatkowej emisji, szkodliwe związki chemiczne przenikają głębiej, do wód gruntowych, część pochłaniają pojawiające się na tym terenie rośliny – tłumaczy dr Jan Skowronek, dyrektor Instytutu.

Huta przypomniana

A poza hutą, w 2007 r., dr Elżbieta Kulka robiła badania gleby na szopienickich placach zabaw, przy przedszkolach i na osiedlach. Zawartość ołowiu i kadmu była wyższa, nawet kilkukrotnie, od wartości dopuszczalnych dla terenów mieszkalnych i rekreacyjnych, wciąż najgorzej było w najbliższym otoczeniu huty. A w zeszłym roku, tak jak 40 lat temu dr Jolanta Król, Instytut przeprowadzał badania przedszkolaków na obecność ołowiu we krwi, tyle że w Piekarach Śląskich, a nie w Szopienicach, bo Instytutowi nie udało się dogadać z katowickim Urzędem Miasta.

W zeszłym roku do dr Jolanty Król przyszła wnuczka. Chciała wziąć udział w konkursie na film o zapomnianych bohaterach. Miał być o Szopienicach. Jolanta Król do dzisiaj nie lubi rozmawiać o hucie, ale wnuczce opowiedziała, a ta wrzuciła film na YouTube. I wygrała konkurs.

I znowu do Jolanty Król przyszli dziennikarze. Znowu pytali o hutę, o badania, o doktorat. Nigdy nieobroniony, głęboko schowany w szafie. To haftowanie znacznie bardziej ją teraz interesuje. Tak ją wciągnęło, że nie może przestać. Codziennie chociaż 10 krzyżyków albo więcej, gdy się zdenerwuje. Już 40 lat tak haftuje.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Kiedy lekarze podlegają karze

Lekarze do więzień za błędy medyczne? Co jest zagrożeniem dla zdrowia: kadra medyczna czy polityczna?

Ewa Siedlecka
11.06.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną