Wariat czy dobroczyńca na pełen etat?

Jacek Placek
Zaadoptował małego chłopca, z własnej woli spędza czas z upośledzonymi mieszkańcami Domu Pomocy Społecznej. No, kompletny wariat. Z wyboru.
Jlhopgood/Flickr CC by 2.0

Co roku podczas uroczystego spotkania dla rodzin mieszkańców Domu Pomocy Społecznej w Suchorączku chłopcy zamykali się w pokojach. A teraz czekają od rana, wystrojeni w garnitury kupione za resztki renty, w butach od darczyńców. 27-letni Krzysiek liczy krzesła, żeby dla wszystkich wystarczyło, 40-letni Janusz, pół-Cygan, ćwiczy układ taneczny, 30-letni Adam pilnuje, żeby wiatr nie zdarł transparentu z napisem „Nie wystarczy być szczęśliwym, trzeba, żeby szczęśliwi byli też inni”.

Na nową mamę czy tatę nie czekają już. Ale na tego pana Jacka – zawsze. Tego, o którym w Suchorączku mówi się, że jest kompletnym wariatem. Bo adoptował chłopca z upośledzeniem, tracąc przez to etat.

Jacek Grabowski, bezrobotny pedagog, syn kobiety adoptowanej przez obcych i ojciec adopcyjnego dziecka, mówi, że po prostu wyrównuje rachunki. Tym razem ugniatając w Suchorączkach mąkę z mlekiem, drożdżami, cukrem i jajami – będzie robił dla chłopców z DPS drożdżówki. Adopcyjny syn, 5-letni Łukasz, został z babcią.

Rozczyn

Rachunki przedstawiają się tak: w gruncie rzeczy Grabowski dzieciństwo miał dobre. Więc jest światu coś winien. Aż do pierwszej wizyty ciotek z Warszawy nie czuł wagi słów podrzutek albo bękart, nie mając świadomości, że to coś nienormalnego. Nie pamięta, która z ciotek uświadomiła mu, że jego matka była adoptowana. A może wiedział o tym od zawsze, przeczuwał?

Matka – wierząc jej opowieściom – nigdy nie rozmawiała z babką o tym niewidocznym, ale uwierającym stygmacie, ale nie było w tamtych czasach dzisiejszej mody na gadanie o uczuciach. Dzieciaki z biduli o swoim pochodzeniu dowiadywały się z przypadkowo znalezionych, tajemniczych druczków schowanych w papierowych teczkach albo porzuconych w kufrach na strychach. Ale wiedziały doskonale, że się o tym nie mówi.

Matka Grabowskiego tylko raz, i to w gniewie, wykrzyczała babce, że ta nie może jej oceniać, bo przecież nie jest jej prawdziwą rodzicielką. Ale na tym koniec. O różnych bolesnych wspomnieniach – co do których nie miała nawet pewności, czy na pewno są jej – nie mówiła. Na przykład o tej scenie, jak babka podcina sobie żyły i biegnie ze sznurem do stodoły.

Jako oficjalnie wskazany przez ciotki syn podrzutka Grabowski trafił do ligi gorszych i lekceważonych. Tak to poczuł. Ciągle – jak mówi – odbierał w miasteczku takie sygnały. Na przykład w zawodówce chciał być fryzjerem, ale dyrektor nie wydał zgody na praktyki w salonie. Skierował go do cukierni, gdzie sprzątał, mył blachy i patroszył kury właścicielki. Potem kiedy poszedł do pracy, czuł, że musi więcej, lepiej, ale mimo to ciągle coś było nie tak. Tracił etat bo – jak w cukierni – potrzebne było miejsce dla kuzyna, albo – jak w domu kultury – przychodziła nowa władza i obsadzała swoimi. Zaczął więc zarabiać tak, jak umiał: czyli jeździł po kołach gospodyń wiejskich i uczył pieczenia ciast. Wszystkie przepisy znał od adopcyjnej babki. Po jej śmierci matka powtarzała, że kiedy widzi go przy stolnicy, ma wrażenie, jakby i ona tam była. Mówiła: Czasem aż się boję, tak bardzo przypominasz ją w pochyleniu głowy, sposobie wyjmowania ciasta z blaszki. Więc dzięki babce te ciasta. Coś jest jednak winien światu.

Wyrastanie

Z czasem pieczenie przestało mu wystarczać. Chciał pracować w kulturze, ale wszędzie słyszał, że bez dyplomu animatora się nie da. Po drugim roku animacji kulturalnej KPSW w Bydgoszczy – znów prztyczek od losu – jego kierunek, decyzją władz uczelni, został zmieniony na psychopedagogikę. Mógł jak sporo innych studentów odejść, ale został. Dziś mówi jednak, że ta wolta wyszła mu na dobre: kiedy skończył studia, niedaleko jego wsi w Małej Cerkwicy otwarto dom dziecka. Było wolne miejsce dla wychowawcy. Dostał pracę. Znów rachunek ze światem do wyrównania.

Zdążył przepracować w placówce dwa tygodnie, gdy panie z Centrum Pomocy Rodzinie przywiozły rodzeństwo. Dzieciaki z interwencji. Brudne i przerażone. Młodszy, dwuletni Łukasz, bał się kobiet, więc tylko jemu – Jackowi – pozwolił się ubrać, umyć i położyć spać. Jacek siedział przy dzieciaku, dopóki ten nie zasnął.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj