Społeczeństwo

Masa kasy do wzięcia

Jak odebrać majątek przestępcy

Aresztowanie dilera narkotyków Marka J. Aresztowanie dilera narkotyków Marka J. CBŚ
Policja złapała handlarza narkotykami i znalazła miliony złotych na rachunkach jego rodziców emerytów, kilka mieszkań i kolekcję dzieł sztuki. Prokuratura uważa, że majątek pochodzi z przestępczych zysków i chce jego przepadku. Ale czy to możliwe?
Marek J. handlował także bronią.CBŚ Marek J. handlował także bronią.
Kolekcja sztuki współczesnej handlarza narkotyków o wartości 2,7 mln zł.CBŚ Kolekcja sztuki współczesnej handlarza narkotyków o wartości 2,7 mln zł.
W schowku zrobionym w gaśnicy policjanci znaleźli narkotyki.CBŚ W schowku zrobionym w gaśnicy policjanci znaleźli narkotyki.
W garażu przygotowywano towar do wypuszczenia na ulice, mieszano, ważono, pakowano.CBŚ W garażu przygotowywano towar do wypuszczenia na ulice, mieszano, ważono, pakowano.
Na fotografii dom Ryszarda S., ps. Kajtek.Piotr Piwowarski/EAST NEWS Na fotografii dom Ryszarda S., ps. Kajtek.

Przed Sądem Okręgowym dla Warszawy Pragi właśnie rusza proces, który pozwoli zobaczyć, jak to naprawdę u nas jest z tym odbieraniem zysków z przestępstwa. Na ławie oskarżonych – Marek J., lat 36, zatrzymany w pościgu wczesnym popołudniem 18 maja 2011 r. Z majątkiem oszacowanym na kilkanaście milionów złotych.

Tamtego dnia, uciekając przed policją uliczkami warszawskiego Mokotowa, w pędzie wyrzucał jeszcze z auta paczki z narkotykami, w sumie ponad trzysta gramów kokainy i sto gramów heroiny. Na ulicy jeden gram kokainy kosztuje 250 zł, heroiny 150 zł. Marek J. miał więc przy sobie narkotyki wartości ok. 100 tys. zł.

O udziale Marka J. w narkotykowym biznesie zeznał w CBŚ, idąc na współpracę, Wirgiliusz L. ps. Wirek, członek gangu z Grochowa. A potwierdzał Adrian P., kolega Wirka, inny diler. Łącznie, od czerwca 2003 r., pierwszy wziął od Marka J. co najmniej 30 kg heroiny, pół kilo kokainy i kilo amfetaminy, a drugi co najmniej 7 kg heroiny i 500 tabletek ecstasy.

Gdy zabrano się za sprawdzanie, kto to jest ten Marek J., okazało się, że wiele lat temu, w 1995 r., jako 20-latek został zatrzymany wraz z kolegą na lotnisku Okęcie, gdy wysiadł z samolotu z Rio de Janeiro: w skarpetkach i slipkach miał ukryty kilogram kokainy. Dostał wyrok w zawieszeniu, po apelacji prokuratora zamieniono go na 3 lata więzienia, których i tak nigdy nie odsiedział. Zniknął. Objawił się teraz nagle w opowieści dwóch drobnych dilerów.

Proszki i skrytki

Nawet policjanci z pionu narkotykowego CBŚ nie wiedzieli, kogo złowili. Gdy Marek J. leżał powalony już przez antyterrorystów na ziemi, w jego kieszeniach znaleziono klucz do garażu znajdującego się tuż obok.

I tak trafiono w sam środek narkotykowego biznesu. Wielkiego, choć prowadzonego metodą chałupniczą. W garażu przygotowywano towar do wypuszczenia na ulice, mieszano, ważono, pakowano. W schowku zrobionym w gaśnicy policjanci znaleźli narkotyki. – Tak dużych ilości zwykle się nie znajduje. To pokazuje, jakim rekinem w tym świecie był Marek J. – przyznają prowadzący sprawę.

Jedne po drugich policjanci odkrywali tego dnia kolejne skrytki Marka J. Szukano kluczy do innych mieszkań, dokumentów, aktów notarialnych, korespondencji bankowej i coraz więcej znajdowano.

Nadinspektor Mirosław Schossler, zastępca komendanta głównego policji (jako komendant stołeczny utworzył pierwszy i do tej pory jedyny wydział odzyskiwania mienia), zaznacza, że dzisiaj to norma. – Wszyscy policjanci są szkoleni, by podczas przeszukań zwracać szczególną uwagę na dokumenty, akty notarialne, dokumenty bankowe, bo one mogą doprowadzić do przestępczych majątków. Równolegle ze śledztwem kryminalnym idzie śledztwo finansowe, czyli szukanie pieniędzy. I dodaje, że wielkość zabezpieczanych przez policję majątków podejrzanych wciąż rośnie; w 2012 r. – 400 mln zł, w 2013 – 570 mln zł, a w tym roku już 540 mln zł.

Tylko utworzony przez Schosslera zespół w Komendzie Stołecznej w 2013 r., w pierwszym roku działalności, zabezpieczył prawie 27 mln zł (wcześniej w 2012 r. w KSP było 13 mln zł), a do września tego roku jest już 30 mln zł. Jedynym zadaniem ludzi z tego wydziału jest tropienie, szukanie przestępczych majątków. Wszystkie dane o ustalonych majątkach trafiają do prokuratorów prowadzących śledztwa, i to oni wydają decyzje o ich formalnym zajęciu.

Sztuka i 17 sztuk

Marek J. był zameldowany w zwykłym bloku na Pradze, ale faktycznie, jak ustalono, mieszkał w nowym apartamentowcu, formalnie należącym do matki emerytki, w uroczej, pełnej zieleni okolicy blisko Torwaru. Przeszukano to mieszkanie. Policjanci znaleźli tam akty notarialne zakupu różnych nieruchomości, pełnomocnictwa do licznych rachunków itd. I cały plik pisanych na kartkach ze szkolnego zeszytu w kratkę zaświadczeń – o zwrotach pożyczek, zawsze w wysokości 1 mln zł, dla 90-letniej babci Marka J. Zdaniem policjantów te zaświadczenia miały służyć do uwiarygodniania majątku, podobnie jak wielomilionowe pożyczki, które brała mama Marka J. Wszystkie rejestrowała w urzędzie skarbowym, płacąc niekiedy i po 100 tys. zł podatku.

Były też kolejne klucze – do mieszkania w nowym apartamentowcu. Mieszkanie było świeże, jeszcze niewykończone. Tego, co znaleziono w środku, nikt się nie spodziewał: obok leżących paczek z kolejnymi kilogramami heroiny i kokainy – masa broni, nowiutkiej, w futerałach. W sumie 17 sztuk, do tego tłumiki, 1,5 tys. sztuk amunicji i pięć zapalników do ładunków wybuchowych.

Prócz broni i narkotyków były jeszcze obrazy – ponad sto. Stały oparte o ściany, jeden za drugim, fachowo popakowane w przezroczystą folię bąbelkową. Odsłonięty pierwszy z brzegu, duży, stojący na wprost drzwi wejściowych, był dziełem Leona Tarasiewicza z 2007 r. wycenionym na 50 tys. zł. A obok: Nowosielski, Pałka, Starzewski, Tarasin, Dwurnik, Stasys, Lebenstein, Szajna, Hasior. Do tego kilka cennych rzeźb chińskich z XVIII i XIX w.

Wezwany na miejsce biegły historyk sztuki nie krył podziwu dla tej kolekcji. Wartość rynkową zbioru ocenił na 2,7 mln zł.

Obrazy nie były kradzione. Wszystkie kupił osobiście Marek J. na aukcjach i w galeriach, zawsze za gotówkę. Pamiętało go wielu właścicieli galerii i domów aukcyjnych, w których kupował od lat. W jednym, okazało się, kupił jeszcze pięć innych obrazów, których na policyjnej liście nie było, w innej nie odebrał do tej pory rzeźby, za którą zapłacił. Analizując papiery znalezione w mieszkaniu, ustalono też, że Marek J. udzielał wysokich pożyczek. Zabezpieczeniem jednej okazał się bentley continental stojący w jego garażu w chwili zatrzymania.

Biedny inaczej

Tymczasem Marek J. do protokołu z przesłuchania w rubryce „majątek” podał: „nie posiada”. Na koncie ma 6 tys. zł, nie ma własnego mieszkania i został zatrzymany w samochodzie stanowiącym własność matki. W momencie zatrzymania miał w kieszeni 3 tys. zł. Kawaler, elektromechanik, zatrudniony jako pracownik archiwizacyjny w biurze brokerskim z pensją 1,2 tys. zł brutto.

Ale prokuratura wspólnie z CBŚ byli na to przygotowani. Wcześniej, jeszcze przed zatrzymaniem Marka J., włączono do operacji generalnego inspektora Informacji Finansowej (GIIF) w Ministerstwie Finansów. To instytucja walcząca z praniem brudnych pieniędzy, mająca ogromne uprawnienia. Może m.in. wejrzeć w każdy rachunek bankowy, każdy PIT, śledzić finansowe przepływy i przy podejrzanej transakcji natychmiast zablokować konta. CBŚ poprosiło więc GIIF o prześwietlenie Marka J. i jego rodziców pod kątem finansowym. A samo zabrało się za szukanie ich w księgach wieczystych i rejestrach gospodarczych.

Policjanci narzekają, że to niestety trzeba robić na piechotę; słać pisma do wszystkich banków z pytaniem, czy dana osoba ma konto, sprawdzać w rejestrach ksiąg wieczystych itp. Obecnie mówi się o tworzeniu jednego systemu, w którym znalazłyby się wszystkie dane kont wszystkich banków – ale prace się odwlekają. Policja skarży się też, że nie ma dostępu do tajemnicy skarbowej, a przecież dostęp taki mają urzędy pracy i ośrodki pomocy społecznej. Trzy lata temu próbowano rozszerzyć uprawnienia policji w tym względzie, jednak projekt przepadł w Sejmie.

Ale to i tak niebo a ziemia wobec tego, co było wcześniej. Sprawa finansowego rozliczania gangu pruszkowskiego to była totalna kompromitacja. Po zatrzymaniach mafiosów latem 2001 r. CBŚ wysłało do służb skarbowych listę prawie stu nazwisk domniemanych członków gangu i ich rodzin. Kontrole skarbowe trwały kilka lat. I tak: u Janusza P. ps. Parasol, z zarządu gangu pruszkowskiego, kontrola zakończyła się decyzją (czyli wyliczeniem nadwyżki majątku) na kwotę 20 zł. I drugie 20 zł u żony. W jednym przypadku wyszedł nawet zwrot podatku. Przy Leszku D. ps. Wańka (należącym do ścisłego kierownictwa gangu) UKS stwierdził „brak podstaw do kontroli”. Kontroli majątku uniknął też Słowik „wobec przebywania ww. w Areszcie Śledczym” – napisał UKS. I tyle było z tego. Wszyscy zachowali domy, działki, mieszkania i apartamenty.

Jak skarbówka podchodziła do tych kwestii, świadczy choćby historia z rozliczaniem majątku Jarosława S. ps. Masa. Okazało się w śledztwie dotyczącym nieprawidłowości przy rozliczeniach Masy, że miał on na pasku dwóch ważnych inspektorów warszawskiego UKS.

Policja wykrywa coraz więcej majątków uzyskanych z naruszeniem prawa. W samym tylko CBŚ jest obecnie 63 śledczych od szukania przestępczego mienia. W każdej komendzie jest od tego choć jeden człowiek (bywają i zespoły), który wie, gdzie i jak szukać, i współpracuje z prowadzącymi śledztwa. Wspomniany Wydział Odzyskiwania Mienia w Komendzie Stołecznej Policji pracuje na zlecenia z całego garnizonu i liczy 16 funkcjonariuszy. Większość pracuje w zespole operacyjno-rozpoznawczym. Wszystko koordynuje Biuro Służby Kryminalnej w Komendzie Głównej Policji. Efekty bywają spektakularne.

Choćby sprawa Marka J. Okazało się, że o ile on rzeczywiście ma na koncie 6 tys. zł, o tyle jego rodzice, mieszkający w blokowisku na Pradze, obracają milionami. Mama, wykształcenie średnie, emerytka, ojciec elektryk pracujący w szkole, mieszkają w bloku z wielkiej płyty na Pradze, ale 18 maja, w dniu aresztowania Marka J., saldo na ich rachunkach wynosiło 3,7 mln zł. Do tego na rachunkach inwestycyjnych mieli prawie 80 tys. zł. Mama była też właścicielką pięciu mieszkań w Warszawie i działki na Białołęce, zakupionych w ostatnich latach i wartych prawie 4 mln zł. Majątek całej trójki – syna i rodziców przekraczał 10,5 mln zł. Opinia GIIF była jednoznaczna: „wyraźnie brak jest możliwości dysponowania przez rodziców Marka J. pieniędzmi, które przechodziły przez ich konta”.

A była jeszcze 90-letnia babcia, przelewająca pokaźne sumy niewiadomego pochodzenia. Z historii jednego z jej rachunków wynika, że od 2005 r. dokonała wpłat i wypłat prawie na 8 mln zł, na rachunku w innym banku na ponad 5,5 mln zł. GIIF nie miał wątpliwości, że za tymi wszystkimi działaniami stoi faktycznie Marek J. Miał pełnomocnictwa do kont, a służyły one praniu pieniędzy z handlu narkotykami. Dlatego GIIF wystąpił do banków o blokady kont, jako związanych z próbą legalizacji środków uzyskanych z działalności przestępczej.

– W dniu zatrzymania Marka J. miałem na biurku wszystko co trzeba: ustalenia GIIF, które pozwoliły mi na zajęcie rachunków rodziny Marka J., oraz spis ustalonych składników majątkowych jego i jego rodziny, wypisy z ksiąg wieczystych, numery hipotek itp. To było ważne, bo zależało nam nie tylko na skazaniu go za handel narkotykami, ale też na realnym odebraniu mu owoców przestępstwa – nie kryje satysfakcji prokurator Wojciech Groszyk z Prokuratury Okręgowej Warszawa Praga. Za handel znacznymi ilościami narkotyków sąd może wymierzyć grzywnę w zależności od wysokości dochodów podejrzanego, maksymalnie 1 mln zł. Przy praniu brudnych pieniędzy grzywna może sięgać 1,6 mln zł.

I żeby było skąd na to brać, prokurator w momencie postawienia zarzutów Markowi J. wystąpił do banków o zajęcie kont, a do sądów o dokonanie wpisów hipotecznych zakazujących sprzedaży wszystkich nieruchomości. Żeby nic z tego majątku nie mogło zostać sprzedane lub przekazane dalej, co praktycznie uniemożliwiłoby później jego zabranie.

A prawa brak

Na razie pieniądze leżą na oprocentowanym koncie, w jednym z mieszkań nadal mieszka narzeczona Marka J., z tym że wszystko to, łącznie z kolekcją obrazów przekazaną na przechowanie do Muzeum Sztuki Współczesnej, czeka na wyrok sądu – czy i co z tego majątku przepadnie. A przepisy wciąż bardziej służą przestępcom.

Tam gdzie radzą sobie policja i prokuratura, zawodzi system prawny. Choć wszyscy są zgodni, że pozbawianie nielegalnych zysków jest najskuteczniejszą metodą walki z przestępczością, to ciągle coś staje na przeszkodzie, by to robić. W szczycie rozbijania mafii paliwowej, przed 10 laty, w Ministerstwie Finansów urzędnicy z departamentu kontroli skarbowej bezradnie rozkładali ręce. „Prawo mamy takie, że nie ma możliwości »puszczenia kogoś w skarpetkach«, tym samym zadośćuczynienia sprawiedliwości. Tak są skonstruowane przepisy”.

Przestępcy zapisywali majątek na żony, dzieci albo inwestowali, ale przez osoby trzecie, a wtedy udowodnienie, że to są pieniądze z przestępstwa, okazywało się niemożliwe. Do tego w 2005 r. weszła w życie zmiana w Kodeksie karnym, stwierdzająca, że nie można zajmować współwłasności małżeńskiej. Miała chronić rodziny przed egzekucją za niespłacone kredyty, ale świetnie posłużyła m.in. baronom paliwowym. Współwłasność można zajmować tylko w przypadku, jeżeli współmałżonek wyraził na to zgodę w chwili podjęcia zobowiązania. Na tej podstawie sądy odmawiały prokuratorom zwalczającym mafię paliwową zajmowania współwłasności. Efekt? W śledztwie, gdzie oskarżenie mówi o setkach milionów złotych, na jakie okradziono Skarb Państwa, udało się prokuraturze położyć rękę na majątku wartym zaledwie 9 mln zł.

Unia Europejska od lat domaga się od nas zmian prawa w kierunku konfiskowania majątków przestępczych, byśmy dostosowali się do trendów w Unii. A tam one są dla bandytów bezlitosne. W Wielkiej Brytanii uznaje się, że wszystko, co sprawca zdobył lub nabył po dokonaniu przestępstwa, podlega konfiskacie. I nie trzeba udowadniać, że mienie pochodzi z przestępstwa. Efekt – ponad 150 mln euro w jeden rok z samych konfiskat przestępczych majątków w Wielkiej Brytanii. U nas jest inaczej – trzeba dowieść sądowi ponad wszelką wątpliwość, że wskazany składnik majątkowy pochodzi z określonego przestępstwa, za które oskarżony ponosi odpowiedzialność karną. Udowodniono sprzedaż kilograma kokainy – sąd może orzec jako przepadek jej równowartość. Nasze sądy sięgają po to narzędzie niechętnie. Na prawie pół miliona skazywanych rocznie – decyzje o przepadku sądy okręgowe podjęły wobec tysiąca osób. To dwa promile. Co do grzywien, w dotychczasowej praktyce sądy nie nakładają ich, jeżeli oskarżony wykaże, że nie ma z czego ich zapłacić. A Marek J. zarabiał formalnie 1,2 tys. zł brutto.

Odsiedział, niech się cieszy

Unia od lat naciskała na wprowadzenie konfiskaty i to jeszcze rozszerzonej – czyli m.in. zabieranie majątków przekazanych przez sprawcę osobom trzecim, i konfiskatę w sprawach, gdzie nie zapadł wyrok, np. z powodu śmierci sprawcy. Posłowie mówili, że to uderzenie w niewinną, nieświadomą często rodzinę lub ludzi, którzy w dobrej wierze nabyli coś od przestępcy. Poseł Armand Ryfiński (do niedawna Twój Ruch) stwierdził nawet, że nie można kogoś karać kilkakrotnie za przestępstwo, bo skoro ktoś odsiedział swoje, to ma prawo cieszyć się pieniędzmi, mieszkaniem czy samochodem. Poseł Witold Pahl z PO zaznaczał, że konfiskata mienia powinna dotyczyć tylko najpoważniejszych przestępstw i powinna być stosowana wyjątkowo.

Dystansował się też rząd. Delegacja polska podczas rozmów na ten temat w Unii zajmowała stanowisko wstrzemięźliwe, tzn. z jednej strony popierała ogólny kierunek, a z drugiej opowiadała się za zawężeniem stosowania konfiskaty rozszerzonej do przestępczości zorganizowanej. „Niepokoi nas – mówił w Sejmie wiceminister sprawiedliwości Paweł Królikowski – zbyt niejasny zakres przesłanek stosowania tej konfiskaty, w szczególności wobec osób trzecich lub też osób, wobec których nie może być prowadzone postępowanie”.

I zaznaczył jednocześnie, że mamy dziś dobre i skuteczne prawo w odbieraniu majątków przestępcom. W marcu tego roku dyrektywa PE w tej sprawie została jednak przyjęta, a rząd ma ją teraz przetworzyć na prawo krajowe.

Proces Marka J. pokaże, jak w praktyce wygląda u nas odbieranie zysków z przestępstwa. Policja majątek znalazła, prokurator zabezpieczył, co będzie dalej? Na razie rodzina Marka J. milczy na temat majątków na swoich kontach i mieszkań. W dniu aresztowania ojciec zeznał tylko, że nie wie ani gdzie mieszka jego syn, ani z czego żyje oraz że utrzymują sporadyczne kontakty. Później oboje z żoną odmówili składania wyjaśnień. Wkrótce mają być przesłuchiwani w tej sprawie w sądzie. Ciekawe, czy handlarz i jego rodzina wyjdą z sądu biedniejsi?

Polityka 47.2014 (2985) z dnia 18.11.2014; Społeczeństwo; s. 28
Oryginalny tytuł tekstu: "Masa kasy do wzięcia"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną