Społeczeństwo

Grzech konkubinatu

Ponad 20 proc. urodzin to dzieci pozamałżeńskie. Przyczyn jest kilka

Konkubinat to prawna pustynia. Nie ma w polskim prawie nawet ustawowej definicji. Konkubinat to prawna pustynia. Nie ma w polskim prawie nawet ustawowej definicji. Diana Kosaric / PantherMedia
Polskie prawo stawia pary przed alternatywą: święty węzeł małżeński albo nic. Dla wielu ludzi coraz częściej oznacza to życiowe komplikacje.
MS/Polityka
Obrońcy tradycji mówią, że małżeństwo to naturalna i najbardziej podstawowa instytucja cywilizacji, która kształtowała się przez tysiąclecia.Robert Recker/Corbis Obrońcy tradycji mówią, że małżeństwo to naturalna i najbardziej podstawowa instytucja cywilizacji, która kształtowała się przez tysiąclecia.

Artykuł w wersji audio

W ciągu ostatniej dekady liczba ludzi żyjących w konkubinatach podwoiła się. Już ponad 20 proc. urodzin to dzieci pozamałżeńskie. Przełomowy był 2013 r., gdy liczba zawartych ślubów była najniższa od zakończenia II wojny światowej. Przyczyn jest kilka: niż demograficzny, emigracja, ale też przemiany obyczajowe. Społeczne tabu pękło dawno temu: rozwody to codzienność, nieślubne dziecko to już nie bękart, a życie bez ślubu, które kiedyś podlegało napiętnowaniu, już nie budzi świętej zgrozy. Mające pejoratywny wydźwięk zwroty, jak „życie na kocią łapę” czy „na kartę rowerową”, właściwie wyszły z użycia.

Z drugiej strony instytucja małżeństwa coraz bardziej rozmija się ze społeczną rzeczywistością. Kodeksy pisano w czasach, gdy pary sztywno dzieliły się rolami. Pracujący mężczyzna miał obowiązek łożyć na niesamodzielną życiowo kobietę, zajmującą się domem i dziećmi. Współczesne kobiety stały się bardziej samodzielne i wymagające, mężczyźni mniej pewni siebie. Ludzie nie są już tak wzajemnie zależni, wzrosła autonomia jednostki. Słowa klucze to indywidualizm, samorealizacja, wolność. Dlatego kruszy się monolit tradycyjnej rodziny, a ludzie układają sobie życie na indywidualną miarę, szukają własnej drogi.

Niechętnie, ale praktycznie

Słowo „konkubinat” ma posmak społecznej patologii i kojarzy się z salą sądową. Proponowana przez socjologów „kohabitacja” się nie przyjęła. Mówimy raczej o wolnych związkach lub związkach partnerskich. Rozwiązanie to wybierają przede wszystkim ludzie młodzi. 62 proc. żyjących w konkubinatach to osoby, które nie były wcześniej w żadnym formalnym związku. W dorosłość wchodzi bowiem pokolenie, dla którego rozwód rodziców jest doświadczeniem powszechnym, często traumatycznym. Dorastali w pustych domach, wychowywani przez zabieganych, zapracowanych rodziców, którym wiecznie brakowało czasu. Nie dostali stabilnych wzorców, które mogliby powielać. Inna rzecz, że czas płynie dziś szybciej, wymaga stałego bycia na bieżąco, dostosowywania się do zmian, ciągłego chwytania nowych rzeczy. Trudno zakładać, że przez całe życie będzie się miało jedną pracę, i coraz trudniej obiecywać drugiej osobie, że się jej nie opuści aż do śmierci. Młodym ludziom brak poczucia bezpieczeństwa. Nie wiedzą, gdzie będą mieszkać czy pracować za kilka lat.

Jak pisze prof. Krystyna Slany w książce „Alternatywne formy życia małżeńskiego w ponowoczesnym świecie”, kiedyś młody człowiek miał z góry zaprojektowaną trajektorię życiową. Człowiek dzisiejszy to homo optionis, któremu dana jest konieczność rozstrzygania o życiu, tożsamości, religii, małżeństwie i rodzicielstwie. Wszystko jest kwestią kalkulacji, decyzji, ryzyka, przypadku. Tradycyjne małżeństwo coraz bardziej odstaje od takiego modelu życia. Zaczyna budzić lęk, jako ten rodzaj stabilizacji, który zamyka na inne drogi życiowe, odbiera wolność. Jest przez młodych postrzegane jako zatrzaskująca się pułapka. Za dużo w niej państwa, zapisanych sztywno zobowiązań, a sformułowanie „podstawowa komórka społeczna” nie rymuje się z ich stylem życia. To pokolenie bardzo świadomie wybiera wartości i jest zdecydowane wybierać to, co użyteczne.

Gdy Jacek Kochanowski w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW analizował ze studentami różne typy związków zawieranych w krajach Europy Zachodniej, najbardziej podobało im się rozwiązanie niemieckie, pozwalające, by zawierająca związek partnerski para sama decydowała, które punkty umowy podpisuje; sama określa zakres zobowiązań, by w razie czego rozstać się bez awantur. W małżeństwie najbardziej przerażała ich perspektywa rozwodu, jako traumatycznego spektaklu, podczas którego państwo ingeruje w najbardziej intymne sfery życia, a urzędnik w todze wypytuje ludzi, kiedy ostatni raz uprawiali seks, bo musi stwierdzić zupełny rozkład pożycia. To dla ponowoczesnych indywidualistów rzecz nie do zaakceptowania. Dlatego coraz częściej wybierają luźne związki, które nie łączą się z poczuciem, że to decyzja raz na zawsze.

Druga liczebnie grupa wybierająca życie bez ślubu to właśnie rozwodnicy. Stanowią 28 proc. żyjących w konkubinatach; ludzie po przejściach, którzy na własnej skórze doświadczyli traumy rozwodu i nie wyobrażają sobie, by przechodzić to jeszcze raz.

Formalnie obcy

W większości państw europejskich kwestia związków partnerskich jest uregulowana prawnie. Różnie określany jest zakres praw i obowiązków. W niektórych krajach taki związek ma podobne skutki prawne jak ślub, ale by się rozejść, wystarczy oświadczenie. Te przepisy były uchwalane głównie z myślą o parach jednopłciowych, które nie miały możliwości zawarcia małżeństwa, ale – jak pokazuje choćby przykład Francji – rozwiązanie takie wybierają chętnie pary heteroseksualne. 96 proc. PACS, czyli tzw. Paktów Solidarności, to związki kobiety i mężczyzny.

W Polsce batalia o związki partnerskie trwa już ponad 10 lat, jak dotychczas bez skutku. A problem w tym, że konkubinat to prawna pustynia. Nie ma w polskim prawie nawet ustawowej definicji. Ludzie razem mieszkają, mają dzieci, inwestują w dom, płacą rachunki, a prawo podatkowe i spadkowe traktuje je jako zupełnie obce osoby. Mogą odmówić składania zeznań w sądzie przeciwko partnerowi, ale nie mogą wspólnie rozliczyć podatków. Jeśli nie spiszą testamentów, nie dziedziczą po sobie, a majątek przypada ustawowym spadkobiercom, czyli rodzinie. Darowizny i spadki w obrębie konkubinatu objęte są najwyższą stawką podatkową. W wyjątkowych wypadkach można ubiegać się o rentę po zmarłym partnerze, ale trzeba wykazać, że nie jest się zdolnym do pracy lub wychowuje małe dzieci i że nie krzywdzi to najbliższej rodziny.

Prawo zna takie pojęcie jak „pozostawanie we wspólnym pożyciu”, ale niewiele z niego wynika. Właściwie tyle, że po śmierci partnera można po nim przejąć mieszkanie komunalne, w którym się razem żyło. Jednak gdy chodzi o pary homoseksualne, nie jest to już tak oczywiste i jedna z takich spraw zakończyła się w Strasburgu (Kozak przeciwko Polsce). – W przypadku rozwodu przepisy precyzyjnie regulują sprawy dotyczące korzystania ze wspólnego mieszkania, alimentacji, w przypadku konkubinatu nie ma w zasadzie nic – mówi mec. Agnieszka Metelska. – Podobnie w przypadku śmierci jednego z partnerów. Nawet jeśli zapisze drugiemu cały majątek w spadku, rodzina ma prawo zwrócić się o zachowek. Jeśli testamentu nie spisano, majątek dziedziczy rodzina, a partner prawa do zachowku nie ma.

Z jednej strony brak wspólnoty majątkowej sprawia, że parze łatwiej się rozejść. Jeśli dogadają się sami, co jest czyje, unikną skomplikowanej sprawy i kosztów sądowych. Ale jeśli rozstają się w konflikcie, jedna ze stron może zostać na lodzie, ograbiona z życiowego dorobku, z poczuciem straconych lat. Oczywiście można spisać umowę notarialną, która zabezpieczy interesy stron w razie rozstania, ale to rozwiązanie sztuczne i trudne psychicznie, bo to tak, jakby od razu zakładać, że związek się rozpadnie. Trudno też oczekiwać, że ludzie będą przez lata wspólnego życia gromadzić kwity, rachunki i faktury, by potem udowadniać w sądzie, kto co kupił.

Jeśli kobieta jest na utrzymaniu mężczyzny, prowadzi dom, zajmuje się dziećmi i związek się rozpada, zostaje z niczym. Nie ma prawa do żadnego zabezpieczenia. Mec. Metelska prowadziła sprawę, w której role się odwróciły. On, bogaty starszy pan, ona młodsza o blisko 30 lat. Urodziło się dziecko. On, zakochany i szczęśliwy przekazał jej w postaci darowizny większość majątku: kolekcję białej broni, obrazy, zbiór monet. Na jej nazwisko kupił w okolicy Kołobrzegu trzy sanatoria i w nie inwestował. Gdy interes się rozkręcił, ona odeszła z innym, młodszym panem. On próbował odzyskać choć część majątku, bo zostało mu tylko niewielkie mieszkanie. Dom też na nią przepisał.

– Istnieje przepis, że darowiznę można odwołać, gdy wykaże się rażącą niewdzięczność obdarowanego, ale to bardzo trudne procesowo. Poza tym w tym przypadku większość majątku była kupowana na jej nazwisko, a nie darowana – mówi mec. Metelska. – Sprawa długo się ciągnęła. Rozmowy, spotkania, pertraktacje. Mój klient był całkowicie zależny od kaprysów byłej partnerki. Oddała mu tylko jakieś stare rzęchy, nic wartościowego. Strasznie to przeżył, dostał wylewu, wkrótce potem zmarł.

Ostrożnie lub burzliwie

Żyjący w wolnym związku często decydują się go sformalizować, gdy na świecie pojawia się dziecko i chcą ustabilizować jego sytuację. Ale dzieci polskie prawo chroni bez względu na to, czy są ślubne czy nie. W małżeństwie obowiązuje zasada domniemania ojcostwa, to znaczy, że za ojca dziecka automatycznie uznawany jest mąż jego matki. W konkubinacie ojciec musi dziecko uznać, a jeśli tego nie robi, ojcostwo ustala sąd. Jeśli partnerzy nie zdecydują, czyje nazwisko dziecko ma nosić, dostaje podwójne. I to właściwie wszystkie różnice. Obojgu partnerom przysługują prawa rodzicielskie. Dziecko z kolei ma prawo do alimentów, renty po rodzicu i do dziedziczenia. Żyjąc w konkubinacie, kobieta ma status samotnej matki, a to oznacza ulgi podatkowe, zasiłki, łatwiejszy dostęp do żłobków i przedszkoli. Przy czym fiskus, teoretycznie, może sprawdzić, czy kobieta faktycznie sama wychowuje dziecko.

Wprowadzony niedawno przepis rozwodowy stanowi, że gdy rozstające się małżeństwo ustali między sobą właściwy sposób opieki nad potomstwem, państwo zwróci połowę kosztów postępowania. To nagroda za odpowiedzialność, która ma chronić dzieci przed skutkami wyniszczających rozwodowych wojen. W przypadku rozpadu konkubinatu takiej możliwości nie ma. Ale, jak twierdzi mediator rodzinny Maciej Tański, rozwody zawartych formalnie związków bywają bardziej burzliwe, ze względu na to, że w grę wchodzą tu antagonizujące czynniki zewnętrzne: kwestie orzekania o winie, wyostrzony ton pozwów rozwodowych, gra adwokatów obu stron. – Dla strony porzuconej bardzo silnym przeżyciem jest także złamanie przysięgi małżeńskiej – mówi Maciej Tański. – Chociaż rozstania konkubinatów też bywają bardzo emocjonalne, bo rozpada się związek, który świadomie podjął ryzyko życia bez ślubu, w którym miłość miała być ważniejsza niż papierek, a mimo to się nie udało.

Z badań przeprowadzonych przez CBOS na zlecenie firmy Centrum Mediacji Partners Polska wynika, że konkubinaty i małżeństwa różnią się znacznie temperaturą sporów. Małżeństwa prawie dwa razy chętniej stosują strategię unikania konfliktów. W związkach nieformalnych partnerzy rzadziej omijają sporne tematy, udając, że nic się nie stało. Tak jakby inaczej rozumieli zasady bycia razem. Małżeństwo to instytucja, którą należy chronić, więc lepiej unikać dyskusji i zachować święty spokój. W wolnym związku ludzie widzą większą szansę na realizację swoich potrzeb, więc bardziej otwarcie o nich mówią.

W konkubinatach kobiety bardziej aktywnie wchodzą w spory. Częściej podnoszą głos, krzyczą, bronią swoich racji. Wiedzą, czego chcą i starają się to uzyskać, więc domagają się rozwiązania konfliktu na swoich warunkach. – To wynika z tego, że na wolne związki decydują się zazwyczaj kobiety, którym bardziej zależy na istocie relacji niż na formach społecznych, bardziej skłonne do ryzyka, odważniejsze, niezależne indywidualistki – mówi Maciej Tański. – A takie jasno wyrażają swoje oczekiwania i inicjują trudne rozmowy.

Krótka historia

Państwo przywykło do małżeństw. Pod nie pisane było prawo podatkowe, karne i cywilne. Tylko że w międzyczasie ludzie zaczęli żyć inaczej. Nieformalne związki stały się zjawiskiem masowym i nie ma sensu udawać, że to się nie dzieje. Ludzie mają prawo decydować, jak chcą ułożyć sobie życie, a państwo powinno to uszanować i dać im wybór. Konserwatywna prawica, która od lat blokuje ustawę o związkach partnerskich, argumentuje, że taka możliwość odwiedzie ludzi od małżeństwa, a Kościół katolicki grzmi, że byłaby to „legalizacja zła” i „pomnożenie społecznego chaosu”. Tylko że bez ustawy liczba zawieranych małżeństw i tak spada, „chaos się mnoży” i warto by go jakoś ucywilizować. Nie da się ustawowo zmusić ludzi do sakramentalnych związków.

Obrońcy tradycji mówią, że małżeństwo to naturalna i najbardziej podstawowa instytucja cywilizacji, która kształtowała się przez tysiąclecia. Ale to nie do końca prawda. Według antropologów małżeństwo nie jest pojęciem jednoznacznym, ponadczasowym i niezmiennym. Jak pisze Jean Louis Flandrin w „Historii rodziny”, jest ona tworem stale adaptującym się do przemian kulturowych, religijnych, gospodarczych i politycznych. Małżeństwo oparte na miłości, dobrowolności i równouprawnieniu, jakie znamy dziś, jest instytucją stosunkowo nową. Wcześniej było traktowane przede wszystkim jako kontrakt ekonomiczny, a struktura rodziny opierała się na absolutnej władzy ojca, którą porównywano do władzy boskiej. Moda na miłość małżeńską rozpoczęła się w purytańskiej Anglii w XVI w., a stamtąd przejęły ją elity francuskie. Dopiero w XIX w. stała się europejską normą. Flandrin twierdzi, że był to bunt przeciwko dawnej moralności, porównywalny z buntem przeciwko tradycji, który dokonał się w XX w.

Ten XX-wieczny bunt dotarł do Polski z opóźnieniem, bo w ciągu przemian kulturowych, jaki dokonywał się na świecie, PRL stworzyła wyrwę. Zakonserwowała tradycyjny, odizolowany wzorzec rodziny. Poza tym w socjalizmie rodzina była najskuteczniejszą organizacją ekonomiczną. Tak też traktuje ją nadal polskie prawo. Zawierając związek małżeński, wchodzi się w relacje nie tylko z drugą osobą, ale z całą grupą ludzi. A dziś więzy rodzinne się rozluźniły. Bywa, że rodzeństwa prawie się nie znają, dzieci nie widziały na oczy jednego z rodziców, dziadków, a zgodnie z prawem wszyscy oni zobowiązani są do alimentacji. W logice kodeksów nawet kuzyni czy wujowie, o których istnieniu ma się mgliste pojęcie, są na tyle bliscy, że można po nich na przykład odziedziczyć dług, który trzeba dźwigać z aktualnym małżonkiem.

Instytucji małżeństwa nie konserwują już także przekonania religijne. Mimo że w Polsce nadal ponad 70 proc. zawieranych ślubów to śluby kościelne, liczba rozwodów rośnie lawinowo. W społeczeństwie deklarującym się jako katolickie takie zachowania, jak życie bez ślubu czy wolne związki, są powszechnie aprobowane. Wiara coraz bardziej rozchodzi się z życiem. Jak pisze ks. Sławomir Zaręba z Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego w książce „W kierunku jakiej religijności?”, ten proces rozpoczął się w latach 90., gdy nastąpił zwrot od religijności kościelnej w kierunku selektywnej, zorientowanej indywidualnie. Katolicy wybierający, katolicy na własną rękę – to postawy dominujące w ponowoczesnym społeczeństwie. Treści wiary podlegają subiektywnej ocenie, a normy moralne prywatnej interpretacji.

Tych trendów się nie zatrzyma. Dziś wszystko jest bardziej relatywne, życia doświadcza się samodzielnie, ludzie wolniej dojrzewają, każdy ma własne inicjacje. W takich czasach dozgonna przysięga staje się problemem. Małżeństwo przestaje być instytucją wyniesioną ponad jednostkę. Staje się kreatywnym, dynamicznym związkiem, który może być realizowany w wielu wariantach. Zamiast narzekać, że rodzina się rozpada, może lepiej uznać, że – po raz kolejny – zmienia kształt.

Polityka 14.2015 (3003) z dnia 30.03.2015; Społeczeństwo; s. 30
Oryginalny tytuł tekstu: "Grzech konkubinatu"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Świat w 8K

Ekrany nowej generacji wyświetlą nam bardziej szczegółowy obraz. Ale wszystko wskazuje, że to tylko jedna z kilku ważnych zmian, jakie przyniosą.

Olaf Szewczyk
17.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną