Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

I że was nie dopuszczę!

Ślub w plenerze dla każdego? Nowa moda ślubna

Sweet Ice Cream Photography / Unsplash
Chętnych do wyjścia w plener jest wielu, ale najważniejsze „tak” wciąż należy do urzędnika.
Szczecin, ślub na pokładzie jachtu „Magnolia”Jarosław Gaszyński Szczecin, ślub na pokładzie jachtu „Magnolia”
Plenerowy ślub w ŁomiankachKuba Kamiński/Fotorzepa/Forum Plenerowy ślub w Łomiankach
Ślub dworkowy w LublinieWojciech Pacewicz/PAP Ślub dworkowy w Lublinie

Południowa Polska. Szkolenie dla konsultantek ślubnych. Na ścianie zdjęcie: namiot na łące, w nim goście siedzący na drewnianych ławach, ksiądz pochylony nad młodymi. – Sakramentalne „tak” na łonie przyrody można powiedzieć za zgodą biskupa, ale nie słyszałam, żeby ktoś w Polsce ją dostał. Liczymy na Franciszka, ale na razie nie zapowiada się, żeby był bardziej wyrozumiały od Benedykta, wielkiego przeciwnika plenerów – przekonuje instruktorka nr 1. – Goście ze zdjęcia mieli szczęście: znajomy ksiądz był odważny i miał plecy – dodaje instruktorka nr 2. – Moi klienci z Ś. trafili dużo gorzej. Ustawili wszystko pod mszę nad potokiem, ale tydzień przed uroczystością ktoś wsypał duchownego i przełożeni zagrozili mu ekskomuniką. Ślub był w kościele, ale – prawdopodobnie za karę – nie mogli go przybrać po swojemu. Słowem: odradzamy, no chyba, że wasi klienci chcieliby ruszyć w pielgrzymkę i tam poprosić o błogosławieństwo.

Co innego śluby cywilne. Jak mówią instruktorki, z Kościołem nikt się nie dogada, z państwem i owszem. Dowód: w myśl działającej od 1986 r. tzw. starej ustawy Prawo o aktach stanu cywilnego, urzędnik wychodził z USC w wyjątkowych sytuacjach typu ciężka choroba albo uwięzienie nupturientów. Mimo to rocznie udzielano ponad 2 tys. ślubów m.in. w zamkach, pałacach czy parkach. Młodzi uciekali w plener przez dwie furtki. Pierwsza: niepełnosprawność nawet jednego z zaproszonych gości i brak podjazdów czy windy w USC. Druga: liczba gości przekraczająca pojemność sali ślubów. Udawało się – czym dzielili się nowożeńcy na forach – m.in. w Gdańsku, Krakowie i Wrocławiu, ale też w mniejszych gminach, np. Wymysłowie, Załuskach czy Suchedniowie.

Mieliśmy nadzieję, że nowa ustawa wypchnie na świeże powietrze wszystkich urzędników USC – mówi instruktorka nr 1, włączając przezrocze z pustym, przybranym na biało molo. – Niestety, z zapisów ustawy wynika, że urzędnik może przyjąć oświadczenia o wstąpieniu w związek małżeński poza USC, jeśli miejsce zapewnia uroczystą formę ceremonii oraz jest bezpieczne. Pod jakim względem – ustawodawca nie precyzuje, a prawo o podjęciu ostatecznej decyzji pozostawia urzędnikom. – I to bez możliwości odwołania. Na zasadzie nie, bo nie – mówi instruktorka nr 2 i najeżdża na ikonkę ze zdjęciem pustego stołu z rozsypanym confetti.

Godnie czy wygodnie?

Zuza Kuczbajska, rzecznik prasowy Polskiego Stowarzyszenia Konsultantów Ślubnych (PSKŚ), przyznaje, że z terenu spływają skargi na urzędników niechętnych ślubom w plenerze. – I to mimo wymiernych korzyści, bo „tak” poza USC kosztuje 1 tys. zł, które trafiają do budżetu gminy – dziwi się Kuczbajska. Zawodzi – tak jak wcześniej – tzw. element ludzki. Stara ustawa była papierkiem lakmusowym dla życzliwych i rozsądnych urzędników. W teren wychodzili – a nawet płynęli w motorówce po Zatoce Gdańskiej czy wspinali się w góry – ci, którzy wiedzieli, że są dla klientów. A nie odwrotnie.

Wyjdą i teraz, ale w USC zostanie – dodatkowo utwardzony przez nieprecyzyjny zapis – urzędniczy beton, który odrzucając wnioski o ślub w plenerze, najchętniej powołuje się na wymóg godności miejsca. I tak niegodne ceremonii zaślubin są: publiczna plaża (chodzą po niej niekompletnie ubrani ludzie, gra radio, piasek przylepia się do butów), łąka (podmokły albo bagienny teren, który może się źle kojarzyć), niektóre parki miejskie (na ławeczkach odbywają się popijawy, biegają psy). I nie pomagają zapewnienia młodych albo reprezentujących ich konsultantów ślubnych, że rzucą na nadmorski piasek biały dywan, postawią na łące specjalne, drewniane proscenium albo odgrodzą się od parkowych bywalców transparentnym namiotem.

Przeszkodą staje się również godność własna urzędnika. Karina Komorowska, właścicielka agencji ślubnej Perfect Moments, usłyszała od szefa USC, którego zabrała na tzw. wizję lokalną na łąkę, że gdyby udzielił tam ślubu, to cała Polska by się z niego śmiała. Inna urzędniczka stwierdziła, że wałęsanie się po stajni (faktycznie: stadninie) jej nie przystoi. Kolejna (co opisała na swoim FB Agata z Sopotu) uznała ślub na molo za niegodny również młodych i sugerowała, że 1 tys. zł opłaty mogliby wydać na coś lepszego.

– A ja rozumiem kolegów – przyznaje Tomasz Brzózka, prezes Stowarzyszenia Urzędników Stanu Cywilnego RP. – Nikt nie chce w smokingu, z łańcuchem z wizerunkiem orła, robić z siebie pajaca. Poza tym opinia publiczna słyszy tylko o ślubach w romantycznych okolicznościach przyrody, ale nupturienci w swojej masie nie idą w romantykę, ale na łatwiznę. Czyli zamiast tarabanić setkę weselników do USC ściągają urzędnika np. na taras restauracji, w której potem mają imprezę. Często te lokale nie wyglądają godnie i nie dziwię się kolegom, że odmawiają.

Bezpiecznie czy bajecznie?

Szkolenia w Polsce południowej ciąg dalszy. Na ścianie zdjęcie namiotu na plaży. Bukiety z gipsówką, okrągłe stoły, krzesła w białych pokrowcach, kelner otwierający szablą szampana. Słowem: esencja plenerowej elegancji ślubnej. – Uwaga. Urzędnik może się przyczepić, że nie ma gdzie zawiesić godła. Jeśli nie chcecie kłopotów, stawiajcie na skanseny i muzea, z definicji narodowe. Nie bójcie się, odpowiedni wystrój czyni cuda – przekonuje instruktorka nr 1. Na dowód klik i na ścianę wypełza zdjęcie ozdobionego na biało betonowego parkingu przed muzeum archeologicznym. Kolejny klik: skansen wsi polskiej stylizowany na wnętrza z filmu „Wielki Gatsby”.

Pilnujcie, żeby nikt nie zarzucił, że nie pomyślałyście o bezpieczeństwie gości – dodaje instruktorka nr 2. – Urzędnik odrzuci wasz wniosek, jeśli uzna, że okoliczności imprezy grożą śmiercią albo kalectwem. Możecie oczywiście dyskutować, że dbałość o życie gości nie należy do USC, ale organizatora zgromadzenia, czyli pary młodej albo właściciela obiektu. Najlepiej jednak nie dyskutujcie, róbcie, o co proszą, uspokajajcie, że pomyślałyście o wszystkim.

Najbardziej – co można wyczytać na FB czy forach ślubnych – urzędnicy boją się wody. Daria z Goleniowa (27 lat, handlowiec) i Arkadiusz (33, mechanik), aby dostać wymarzony ślub w Marinie Lubczyna, musieli dostarczyć wizualizację miejsca i zaświadczenie o bezpieczeństwie. Na szczęście zdobyli zdjęcie przystani z lotu ptaka (Google Maps), a jej właściciel, czyli Ośrodek Sportu i Rekreacji, jako jednostka gminna miał świadectwa BHP i p.poż. Swoje zrobił też ton prośby do USC, w którym Daria i Arkadiusz podnosili, że „Marina została oddana do użytku po gruntownym remoncie. Nowa, zadbana przystań jest niewątpliwie wizytówką gminy Goleniów. Marina Lubczyna – naszym drugim domem!”.

Trudniejsze okazało się wywalczenie zgody na ślub podczas rejsu po Zatoce Gdańskiej. – Jacht nie był np. „Darem Młodzieży”, ale prywatną jednostką pływającą, mimo to dostaliśmy zgodę – przyznaje konsultantka Anna Pietruszka, właścicielka działającej w Trójmieście Ślubnej Pracowni. – Największym kłopotem okazało się uzyskanie niezbędnej zgody na przycumowanie. Kilku właścicieli nabrzeży nam odmówiło z powodu m.in. głębokiego zanurzenia jednostki. Wreszcie, po trzech miesiącach poszukiwań udało się znaleźć właściwe, bezpieczne i godne (czyli bez wrzeszczących wycieczek) nabrzeże.

Ślub na jachcie czy pomoście to – póki co – największe ekstrawagancje polskich USC. Po trzech miesiącach eksperymentowania z nową ustawą wiadomo (z FB i forów), że w góry polski urzędnik raczej nie pójdzie. Wniosek o ślub ze spadochronem albo w balonie odrzuci. Prywatnego samolotu jeszcze nikt nie próbował, ale pewnie i tu pokręci nosem. – W sprawie ślubów w powietrzu moglibyśmy pójść na rękę nowożeńcom, ale brakuje nam umocowań prawnych – przyznaje Tomasz Brzózka.

– Ślub powinien odbywać się w publicznym miejscu, a jak mamy zdefiniować przestrzeń powietrzną? Jakie skutki prawne będzie mieć ślub, który odbędzie się na pokładzie balonu czy samolotu, który potem – z różnych przyczyn – spadnie, a lecący nim nupturienci z urzędnikiem zginą? Czy mamy uznać, że się odbył, czy nie odbył? I co wtedy ze sprawami spadkowymi?

Punktualnie czy teatralnie?

– A co z parą, która chce wziąć ślub w plenerze i ma wszystko zapięte na ostatni guzik, ale urzędnik mówi, że w piątek to on nie może, bo wtedy USC nie udziela ślubów, w zamian proponując czwartek? – pyta retorycznie Anna Pietruszka ze Ślubnej Pracowni. Albo co z tłumem nowożeńców, którzy postawili na 15 sierpnia, a akurat wtedy przypada święto i urzędy nie pracują? Albo co wreszcie z marzycielami, którzy chcieliby powiedzieć „tak” o 16.00 i potem pójść z rodziną na obiad, a słyszą w USC, że to po godzinach ich pracy i proponuje im się 10.00? Co mają przez ten czas zrobić z gośćmi? – Teoretycznie powinni walczyć o swoje, bo również jeśli chodzi o datę i godzinę, mają prawo żądać urzędniczej elastyczności – przekonuje Zuza Kuczbajska.

W dowód cytuje wyjaśnienia z departamentu spraw obywatelskich MSWiA: „przyjęcie oświadczeń o wstąpieniu w związek małżeński poza siedzibą USC może odbywać się w godzinach przedpołudniowych i popołudniowych. Nie ma przeciwwskazań, aby ceremonia ta przebiegała poza godzinami pracy, w tym w dni ustawowo wolne od pracy”. – Teoretycznie, ponieważ – co dalej wyjaśnia MSWiA – ostateczna decyzja i tak należy do kierownika USC. I nie można się od niej odwołać – denerwuje się Kuczbajska. Dlatego, jak przekonuje instruktorka nr 1 na szkoleniu ślubnym w południowej Polsce – „kiedy dochodzicie do ściany, namówcie klientów na ślub z udziałem aktora”. Warunki są, bo w Polsce działa kilka firm udzielających takich ślubów artystów scen polskich albo zdolnych naturszczyków. Usługa kosztuje 500 zł, więc o połowę taniej niż ślub z USC, ale, niestety, nie ma skutków prawnych.

Ale i to można obejść. Jak? Klik. Na ścianie pojawiają się zdjęcia ze ślubu w restauracji i posiadłości znanej z filmu „Testosteron”. Młodzi, do 18.00 casualowo i w myśl ostatnich trendów przyjmujący gości candy barem i drinkami. O 21.00 panna młoda w towarzystwie ojca wchodzi na pomost, do oczekującego ją młodego. Płoną pochodnie, na wozie pływają lampiony, urzędnik w garniturze, z łańcuchem, ale bez orła, czyta coś z kartki. – To oczywiście aktor, bo urzędnikowi nie pasował termin, czyli sobota i godziny wieczorne. Tekst czytany przez aktora niewiele różnił się od obowiązującego w USC. Wypadło na przykład zdanie: „oświadczam, że związek został zawarty zgodnie z przepisami”– tłumaczy instruktorka nr 2. – Młodzi po cichu, kilka dni wcześniej, ślubowali w USC, ale i tak byli wzruszeni. A goście – popłakujący z wrażenia i przekonani, że trafili na ludzkiego urzędnika – nie mieli pojęcia, że uczestniczą w inscenizacji. I nikt ich z tego błędu nie zamierza wyprowadzać.

Karina Komorowska z Perfect Moments przyznaje, że śluby z aktorami udającymi urzędników USC – przewrotnie uwiarygodnione przez ustawę – cieszą się wśród jej klientów sporą popularnością. I nic dziwnego: podrabianemu urzędnikowi nie przeszkadza plaża, uchodzące za nie do końca godne stadiony piłkarskie (ponoć marzenie wielu młodych kibiców), nieczynne, a więc uznawane za niezbyt bezpieczne, kopalnie czy niedogodny, jeśli chodzi o termin, zachód słońca (wymarzona pora na przysięgę małżeńską). Z luk i niedogodności w ustawie – jak przypuszcza Zuza Kuczbajska – mogą też skorzystać celebransi udzielający w plenerze tzw. ślubów humanistycznych, czyli symbolicznych uroczystości, niemających konsekwencji prawnych.

Michał Worgacz, współpracujący z Perfect Moments mistrz ceremonii humanistycznych, przyznaje jednak, że większość jego klientów (99 proc.) przed uroczystością symboliczną przyrzeka w urzędzie. Przemówienia gości, wydłużoną, jak mówi Worgacz, spersonalizowaną przysięgę ślubną (np. wierszem) zostawia na później, czasem nawet kilka miesięcy po przysiędze w USC. Wtedy zaprasza gości, którzy – podobnie jak w przypadku ślubów z aktorami – nie mają pojęcia, że impreza, w której uczestniczą, nie ma skutków prawnych. Są zachwyceni, że celebrans się nie spieszy, bo za kolejne dziesięć minut ma kolejną parę, w przemowie nie ucieka od niewygodnych tematów (np. poprzednich małżeństw i dzieci nowożeńców) i nie odmawia wejścia na idealne na uroczystość zaślubin Równicę (885 m n.p.m.) czy Turbacz (1310 m n.p.m.).

Worgacz udzielał ślubów na wysokości, choć wie, że nie każdy urzędnik by podołał. Ale, jak mówi, nawet w czterech ścianach mógłby zrezygnować z suchej formułki i pozwolić młodym na własną przysięgę albo włączenie do ceremonii mowy lub wiersza. Instruktorki z Polski południowej zapewniają, że też o tym myślały. I już zaczynają lobbować, ale na razie (a robią w biznesie ślubnym od kilku lat) słyszały tylko o jednej urzędniczce, która zgodziła się nauczyć kilkunastu dodatkowych zdań na pamięć.

Polityka 23.2015 (3012) z dnia 31.05.2015; Społeczeństwo; s. 30
Oryginalny tytuł tekstu: "I że was nie dopuszczę!"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Kraj

Duda nie wypełnia obowiązku. Ktoś się łudził?

PiS i Andrzej Duda dostarczyli przekonującego dowodu, że powoływani przez nich ambasadorowie byli, ogólnie rzecz biorąc, marnej jakości. Konflikt prezydenta z rządem Tuska na tym tle właśnie się pogłębił.

Marek Ostrowski
13.06.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną