Dlaczego Polacy będą zabijać i palić zdrowe świnie

Dożynki
Wybijanie świń to polska odpowiedź na afrykański pomór. W ramach rządowego programu bioasekuracji będziemy zabijać tysiące zdrowych zwierząt. A mięso palić.
Wywóz zwierząt z gospodarstwa Jerzego G. we wsi Babiki.
Juliusz Ćwieluch/Polityka

Wywóz zwierząt z gospodarstwa Jerzego G. we wsi Babiki.

W sumie w całej Polsce zarazę złapało 10 świń.
Bruno Mathieu/Corbis

W sumie w całej Polsce zarazę złapało 10 świń.

Ostateczne przygotowania do wygaszenia hodowli siedmiu świń Jerzego G. trwały prawie trzy tygodnie. Już kilka miesięcy wcześniej świnie objęte zostały najlepszą opieką weterynaryjną na świecie. Regularnie odwiedzał je weterynarz. Badał. Pobierał krew. A próbki wysyłał do akredytowanego przez Unię Europejską ośrodka w Puławach. Po czterech seriach badań, które w sumie kosztowały prawie 6 tys. zł, uznano, że zwierzęta są w stu procentach zdrowe i wolne od ASF, czyli Afrykańskiego Pomoru Świń. Zgodnie z nowo uchwalonymi przepisami oznacza to, że można je zawieźć do rzeźni. Zabić, a mięso poddać utylizacji. Konkretnie spalić w piecu. – W emocjonalnym ujęciu można uznać utylizację tego mięsa jako stratę. Jednak w walce z chorobą zgodnie z krajowymi i wspólnotowymi przepisami o zwalczaniu chorób zakaźnych zwierząt przyjęto taką prewencję, mając na względzie maksymalne zabezpieczenie przed przeniesieniem wirusa ASF, i należy się do niej stosować – tłumaczy Mirosław Czech, wojewódzki inspektor ds. chorób zakaźnych zwierząt, koordynujący walkę z ASF na terenie województwa.

W ramach odszkodowania za zgodę na wybicie stada Jerzemu G. wypłacono około 3 tys. zł. Jako rekompensatę za zlikwidowanie hodowli w ciągu najbliższych czterech lat dostanie kolejne 3 tys. zł. W sumie mniej, niż państwo wydało na same badania krwi jego świń. – Rozumem, panie, tego wszystkiego nie obejmiesz – mówi Jerzy G., od tygodnia były hodowca świń.

Pisak nietoksyczny

We wsi Babiki stada wygaszali we wtorek 23 czerwca. Kulturalnie. Bez zabijania w obejściu, bo ludzie i tak już nerwy mieli poszarpane. A w wytycznych od władz wojewódzkich było, żeby „uwzględnić aspekt emocjonalny i nie ranić uczuć gospodarzy”.

O piątej nad ranem samochód podstawili. Wcześniej, zanim dzieci się pobudzą. Świnki na pakę i po sprawie. W sumie normalna rzecz. Po to człowiek tę świnię trzyma, żeby do rzeźni pojechała. Tylko że tym razem to już sprawa ostateczna. Papier podpisujesz i żegnasz się z hodowlą na trzy lata. A może i do końca życia, bo ludzie się zrazili. Świnia się już dobrze nie kojarzy.

Na wsi się nie płacze, więc ludzie nie wiedzieli, jak na to wszystko reagować. Na zimno chcieli brać. Tylko ciężko było, bo ręce im tak z nerwów chodziły, że jeden drugiemu papierosa zapalał. Weterynarz też urzędowy spokój próbował wprowadzać. Może nawet słowem jakimś wspomóc. Ale ostatecznie kazał tylko papiery podpisać, bo co tu mówić?

Zaczynali pod numerem 13. Samochód pod chlew podjechał z rampą nowoczesną, na prąd sterowaną, cichutką. Świnie i tak usłyszały. I od razu w kwik, bo głupie nie są. Swoich po głosie poznają. Jak obcy, to zaraz się robią nerwowe. W ludzkim głosie emocje potrafią wyczuć. A tu nerwów nie brakowało, to i świnie zareagowały. No, pełna apokalipsa, bo warchlaczki jeszcze przy maciorach. 18 ich w sumie było. Tylko zagrodę otworzyli, a warchlaczki rozsypały się po całym chlewie jak koraliki. Każdy w inną stronę. Jednego zaganiasz, drugi ucieka. Za małe nawet na pieczenie, ale już swój spryt miały. Jeden to nawet między nogami smyknął i po podwórku zgrabną pętlę wykręcił. Ale pierwszy raz poza chlewem był. Stanął. Na świat się zapatrzył i tyle tej jego wolności było. Za ucho i na pakę.

U Jerzego pełna profesjonalizacja była, bo jak człowiek ma wyobraźnię, to wie, że pewne sprawy lepiej samemu przygotować. Dzień wcześniej miał już wszystko zaplanowane. Kłopot był tylko, bo pani weterynarz kazała świnie przed zabiciem tatuować. A to 300 zł kosztuje. W drodze wyjątku na pisak niezmywalny się zgodziła. We wsi takiego nie kupisz, to do Sokółki pojechał. Pisak niezmywalny kupił. Nowoczesny non toxic. Chociaż to już właściwie wszystko jedno, bo świnie na zabicie i do pieca.

Z tym pisaniem numerów na świniach, to jednak nieswojo mu było. Skojarzenie różne miał. Tym bardziej że po co im numery pisać, skoro każda ma przepisowy kolczyk z numerem? Z urzędem nie dyskutujesz. Krowy ostatnio sprzedał. Kupiec dzień po terminie wyrejestrował. Ale to jemu za karę 3 proc. dopłat unijnych zabrali. Przy trójce dzieci to każda złotówka ważna. Zwłaszcza że chcą się kształcić, bo na wsi już swoje zobaczyły i im wystarczy.

Świnie już o czwartej nad ranem na przyczepce były załadowane. Też łatwo nie było, bo czuły, że to nie będzie miła wycieczka. Z przyczepki po rampie miały wleźć na pakę. Z tymi świniami spod trzynastki jechać. Ale nie pchały się do towarzyszek. Górą chciały skakać, bokiem uciekać. Nic nie pomogło.

Świńskie górki i dołki

Świnię polskiej wieprzowinie podłożył zagraniczny dzik. Konkretnie białoruski. Co zresztą dla specjalistów nie było niespodzianką. O tym, że u Łukaszenki mają afrykański pomór, wiadomo było już od wielu miesięcy. Wirus ma naturę podróżniczą. I od 2007 r. szedł od Kaukazu na Zachód. Wiadomo było, że z czasem dojdzie i do Polski. Przedstawiciele hodowców, przetwórców i eksporterów wieprzowiny postulowali nawet odgrodzić się od sąsiada płotem. – Mieliśmy to już wszystko policzone. Wartość eksportu polskiej wieprzowiny wynosi ponad 3 mld zł rocznie. A sto kilometrów płotu to koszt 20 mln. Proponowaliśmy stronie rządowej, że branża może pokryć koszt takiego rozwiązania – mówi Witold Choiński, prezes Związku Polskie Mięso. Pomysł runął na poziomie wstępnych konsultacji międzyresortowych. – Minister środowiska uznał, że to zakłóciłoby ekosystem. Nam się wydawało, że kontakt chorych zwierząt ze zdrowymi zakłóca go jeszcze bardziej – dodaje prezes Choiński. Politycy nie byli w stanie się dogadać. Pozostało czekać na wirusa.

Pierwszą polską ofiarą ASF okazał się minister rolnictwa Stanisław Kalemba. 13 lutego 2014 r. Piotr Horczak ze wsi Grzybowszczyzna znalazł padłego od asefu dzika. A dokładnie miesiąc później minister Kalemba żegnał się już z urzędem. Jeszcze głównego lekarza weterynarii za sobą pociągnął. Wydawało się, że po takim politycznym trzęsieniu ziemi władza z chorobą i rolnikami igrać nie będzie.

Tym bardziej że na jednym dziku się nie skończyło. Co kilka tygodni pojawiały się nowe ogniska choroby. Głównie wśród dzików. 10 października odnotowany został 18 przypadek ASF u dzikiej świni. I tego rolnicy najbardziej nie mogli zrozumieć, że nikt się za tego dzika nie chciał zabrać. Myśliwi mówili, że robią, co mogą, chociaż nawet zwykłych planów łowieckich nie realizowali. Taka złość w rolnikach powstała, że zaczęli blokować drogi. Z tego jeszcze większa awantura i złość się robiła. A ASF rozwijał się dalej.

W tym samym czasie Niemcy rozpoczynali intensywny odstrzał dzika. Ustawili znaki informujące o zagrożeniu ASF na parkingach przy autostradach. I przygotowali specjalnie wzmacniane kosze na odpadki jedzenia, żeby ich dziki nie zjadły jakiegoś zarażonego mięsa i same nie zaczęły chorować. Polski rząd potrzebował prawie roku na przepchnięcie przez Sejm odpowiedniego pakietu ustaw i rozporządzeń.

Na szczęście wirus zachował się odpowiedzialnie i nie rozprzestrzeniał się w prognozowanym tempie 300 km rocznie. Przeskoczył zaledwie 30 km. Nawet całych stad dzików nie dziesiątkował. Na zwykłe świnie niemrawo się przenosił. W sumie w całej Polsce zarazę złapało 10 świń.

Bioasekuracja

Słowem kluczem polskiego sposobu na walkę z ASF jest bioasekuracja. Brzmi naukowo i poważnie. Sporo też obiecuje. Program opracowany na wniosek głównego lekarza weterynarii wprowadzono w życie rozporządzeniem ministra rolnictwa i rozwoju wsi w kwietniu. Skoro nie udało się dogadać w sprawie depopulacji dzika, postanowiono zdepopulować świnie.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną