J. i B. dwa lata ukrywali, że zabili synka

Sprawa rodzinna
Czteroletnia W., pytana o braciszka z cieszyńskiego stawu, tego Szymonka, za którym płakała cała Polska, rumieniła się, zakrywając piąstkami oczy.
Mirosław Gryń/Polityka

Mirosław Gryń/Polityka

Mały leżał w stawie już od trzech tygodni, gdy zobaczyli na żółtym pasku w tefał, że jednak się wydało. Była połowa marca 2010 r. Zbieracze złomu wzięli długi patyk i dzióbli to w policzek. Ugiął się, znaczy że chyba człowiek. Zgon – dowiedzieli się z tefał – nastąpił w wyniku urazu jamy brzusznej.

Gdy opublikowano wizerunek NN, wiek ok. 22 miesiące, zwanego jeszcze wtedy operacyjnie Jaś, schowali się z córkami w pensjonacie wrocławskim, skąd śledzili, jak sprawy się toczą, wychodząc z pokoju raz dziennie na rodzinny spacer. Gdyby jednak potoczyły się niepomyślnie, powiedzą, że to W. skoczyła mu na brzuch. Taka z niej – powiedzą – żywotna czterolatka, czerpiąca dużo radości ze skakania po ludziach, jak po manekinach.

Odczekali tydzień. Nikt nie rozpoznał NN. Nawet babcia Z., której nie schodził z kolanek. Wrócili do Będzina.

Czy J. (tata) i B. (mama) byli aż tak uzdolnieni fabularnie, że przez ponad dwa lata współtworzyli przekonującą legendę niby-istnienia, przerwaną anonimowym donosem?

Babcia

Z. to matka J. Nieprzepadająca za tą B. z wytatuowaną różą na lewym ramieniu, którą przyprowadził pewnego sylwestra. Z. odbierała ją jako wielką panią niepracującą, w wiecznym połogu. W matczynej opinii nie pasowała do syna. On niebójkowy, prawie abstynent, epizodycznie ślusarz, rozwoziciel lodów, kierowca firmy pogrzebowej, niszczyciel dokumentów urzędowych.

Jednak Z. z każdym dzieckiem, a miał ich więcej z byłą kobietą, składała mu gratulacje. On też zdawał się nie mieć nic przeciwko. W krótkim czasie B. urodziła mu troje. Ten Szymonek był środkowy.

Co robić? Ranek w ranek Z. prostowała kości i szła do nich z prowiantem. B. nie jadała śniadań to i dzieciom na odwal sypała do misek suche chrupeczki. Kiedy B. leciała do MOPS odebrać pieniądze, Z. siedziała dłużej. Widziało się u Szymonka przykurczoną rączkę, jakby został na siłę wyciągnięty z łóżeczka. Raz poparzona skóra na plecach zeszła z ręcznikiem. B. mówiła, że pies skoczył na piec, wylewając wrzątek. Ale nie wnikało się. To są jednak sprawy rodzinne.

Tego Szymonka Z. ostatni raz widziała, będąc z sobotnią wizytą prowiantującą. Był 27 lutego 2010 r. Upierała się ucałować go przed wyjściem. Takie to kruche, płaczliwe, niezaradne, typ samotnika, wcześniaczek, serce jakieś wadliwe, ponoć ze szparą, mającą się z wiekiem zasklepić. Jednak syn przymknął drzwi od pokoju. Niech nie przeszkadza, bo śpi. Potem pukała wielokrotnie, wlokąc siaty nadaremnie.

J. zadzwonił do niej po miesiącu, żeby nie martwiła się. Przebywają u chorego ojca B. w Mysłowicach. Z czasem, gdy on i ona zaczęli regularnie wpadać do Z. po większe pożyczki, zauważyła, że syn szuka po szafkach kropli nasercowych. Poza tym nic szczególnego. B. do J. jak zawsze kochanie, a siedząc, swoją nogę przewieszała przez jego kolano. Ona zrobiła sobie czerwone pasemka, a on trochę przytył. Zimą opowiadali, że ojciec B. zakochany w Szymonku, spacerują sobie po lesie. Latem, że wrócił z gór opalony na równiutko, bo latał po dolinach golutki. Ma nawet dmuchany basen i – złościła się B. – potrafi powiedzieć kur... Na to wszystko przytakiwały przyprowadzane z rzadka dwie małe córeczki.

Pewnej pożyczkowej wizyty on pokazał Z. w telefonie chłopca leżącego na łące. Już pojawiły się jakieś wątpliwości. Nawet pytała, czy wie coś więcej o NN ze stawu, choć absolutnie nie widziała podobieństwa.

Potem relacjonowane istnienie Szymonka jakoś się jej rozmazało w podeszłym umyśle. Nawet przestała celebrować jego narodziny, przekazując, jak wcześniej miała w zwyczaju, drobne kwoty na buty i ciuszki. Choć finansowo wciąż zasilała dziewczynki. Jakby ten dzieciak przestał dla niej rosnąć.

Wujkowie i ciocie

A. to córka B. z nieszczęśliwego małżeństwa z pijakiem. Jedna z piątki. Tamte dzieci niechętnie wpadały do niej, już układającej się z obecnym partnerem oraz trójką nowych. Więzy krwi podtrzymywali zdawkowo na Gadu-Gadu. Tym łączem A. dowiedziała się też o narodzinach Szymonka.

Wpadając, niechętnie widziało się, że całe dnie siedział na nocniku. B., nieznosząca brudnych pieluch, skarżyła się, że ciągle sra, taki jest złośliwy. Na fotkach, którymi rewanżowała się elektronicznie, zauważało się twarz z siniaczkami wielkości dwuzłotowej. Ten Szymonek – szeptało się między piątką już dorosłych dzieci z nieszczęśliwego związku – najwyraźniej jej nie podpasował, ale to przecież już nie ich sprawy rodzinne. Zaczęły wchodzić w swoje własne burzliwe konkubinaty.

Nagle B. przestała przewijać w telefonie jego fotki. Zagadywana o tego Szymonka powtarzała, że przebywa u Z., matki obecnego partnera, bo czuje się tam bardzo dobrze, tylko od Z. niepłaczliwie przyjmuje zastrzyki.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną