Społeczeństwo

Ruch niekierowany

Kontrowersyjna eksmisja byłej milicjantki

Tak ją zapamiętali sąsiedzi: siwa, wyprostowana jak struna, ze wzrokiem utkwionym gdzieś daleko. Tak ją zapamiętali sąsiedzi: siwa, wyprostowana jak struna, ze wzrokiem utkwionym gdzieś daleko. Tadeusz Późniak / Polityka
Kiedy kazali jej opuścić mieszkanie, włożyła do reklamówki miseczkę kota, suchą karmę, puszkę z karmą mokrą oraz swoje kapcie. Tyle zostało z życia milicjantki Eli Bek.

Już stojąc z kotem na rękach, oparta o balustradę, patrzyła, jak zmieniają zamek w drzwiach, przez które wchodziła i wychodziła przez prawie 50 lat. Od 1968 r., kiedy klucze wręczył jej sam komendant stołeczny Milicji Obywatelskiej, po tym jak wygrała ogólnopolski konkurs kierowania ruchem. Podporucznik Elżbieta Bek była najładniejszą milicjantką warszawskiej drogówki, następczynią słynnej Lodzi, królową skrzyżowania Alej Jerozolimskich i Marszałkowskiej.

Przez ostatnie pięć lat, od śmierci męża, także emerytowanego milicjanta, a może nawet siedem, od kiedy zachorował, właściwie nie opuszczała tych dwóch pokoików ze ślepą kuchnią. Ostatnio wychodziła już tylko wyrzucić śmieci, a i to rzadko, od kiedy Halinka, sąsiadka z góry, na nią nakrzyczała. Bo z mieszkania śmierdziało coraz bardziej.

Ale urzędnicy i policjanci, którzy w sierpniowy poranek przeprowadzali egzekucję administracyjną w postaci opróżnienia zajmowanego lokalu, nie takie rzeczy widzieli. Nie zorientowali się, że kontakt z rzeczywistością 73-letniej Elżbiety jest poważnie ograniczony. Nie zwrócili uwagi, że kobieta nie zabrała ze sobą portfela, dokumentów, kosmetyczki. Właściwie niczego. I dali wiarę jej zapewnieniom, że przyjedzie po nią ktoś z rodziny.

Jeden z urzędników do reklamówki wrzucił jej skierowanie do schroniska dla bezdomnych, na którym dopisał długopisem: dojazd autobusem linii 180.

1.

Żart, i to kiepski, oburzyła się sąsiadka, jak zobaczyła ten dopisek. Jak Ela miałaby tam dojechać? Nie była nawet na pogrzebie męża ani wcześniej w szpitalu, kiedy amputowali mu nogę. Bała się po prostu wyjść dalej niż na próg mieszkania i latem na mały balkonik. Tak ją zapamiętali sąsiedzi: siwa, wyprostowana jak struna, ze wzrokiem utkwionym gdzieś daleko. Nie zwracała uwagi na to, co działo się na dole pod blokiem.

Kot musiał uciec Eli, jeszcze zanim pod jej drzwi przyszli sąsiedzi. Pewnie wtedy, kiedy urzędnicy wymieniali zamek. Elżbieta nie pamięta. Zapomniała też, że miała go na rękach. Więc kiedy sąsiedzi usłyszeli miauczenie (a na podeście pierwszego piętra zebrała się już spora grupa tych, co mieszkają tu najdłużej i znają się od 30–40 lat i pracowali kiedyś jak Ela i jej mąż w MO), wszyscy byli przekonani, że kot siedzi zamknięty w mieszkaniu. To jeszcze bardziej podgrzało nastroje. Zaczęły się krzyki: Barbarzyńcy, NKWD! Wyrzucili starą kobietę z domu, a kota zamknęli, żeby umarł z głodu! Żeby to jakiś kamienicznik wyrzucał, prywatni ochroniarze wynajęci – ale nie, stróże prawa! Funkcjonariusze, jak prawie wszyscy w tym bloku.

Ktoś przyniósł taboret dla Eli, ktoś szklankę wody. Przyszła pracownica opieki społecznej, zawiadomiona o eksmisji przez policję w godzinę po zdarzeniu. Ela powiedziała, że żadnej jałmużny od opieki społecznej nie potrzebuje, bo całe życie pracowała, od 18. roku aż do emerytury – i dostaje teraz to, co sobie wypracowała. Na wszystko jej wystarcza.

Nim znów przyjechała policja – pięciu funkcjonariuszy, powiadomionych za pośrednictwem samego wojewody – kot się znalazł. Ktoś z sąsiadów wywabił go jedzeniem zza kraty, zaadaptowanej na wspólny przedpokój dla dwóch mieszkań. Nim Elę wyprowadzili z budynku, pomiędzy jednym sąsiadem z parteru a jednym funkcjonariuszem doszło jeszcze do rękoczynu.

2.

Eksmisję zarządzono z powodu długu, który urósł do 35 tys. zł. Wcześniej wysyłano wezwania do zapłaty, Elżbieta odbierała, kwitowała, ale nie płaciła. Inne rachunki miała opłacone: dawała je Halinie, sąsiadce, kiedy ta szła do banku ze swoimi. Halina pilnowała, kiedy przychodził listonosz z emeryturą. Więc wszystko było jak należy, tylko ten czynsz nie.

O opłacanie rachunków poprosił sąsiadkę jeszcze mąż Elżbiety. Wymienił prąd, gaz i resztę. Zdziwiła się – a co z czynszem. A on jej wyjaśnił, że zameldowali u siebie syna brata Eli, żeby mieszkanie przeszło na niego po tym, jak oni, bezdzietni, umrą. I w zamian za to brat Eli reguluje to komorne. Widać, przestał płacić, lecz sąsiadka o tym nie wiedziała.

Lokatorka, która w terminie opłaca energię elektryczną, gaz i nawet telewizję kablową – a nie płaci czynszu, to dziwne, ale nikt z urzędników tej dziwności nie wyłapał. Może gdyby u Elżbiety Bek zjawił się jakiś asystent społeczny, popłaciliby i te rachunki – bo pieniądze były. Ale Zakład Gospodarowania Nieruchomościami Dzielnicy Mokotów zawiadomił Komendę Stołeczną Policji o rosnącym zadłużeniu i złożył wniosek, żeby policja albo dłużnika wykwaterowała, albo przekazała lokal miastu, to oni zrobią eksmisję. Zastępca komendanta stołecznego policji wszczął z urzędu postępowanie administracyjne w sprawie opróżnienia lokalu mieszkalnego, o czym poinformował emerytkę kolejnym pismem urzędowym. Potem było jeszcze więcej papieru – że zapadł wyrok (ale nie sądowy) i że można się od niego odwołać. Że policja wystąpiła do wojewody o przeprowadzenie eksmisji. Wreszcie wezwanie od wojewody – do opróżnienia mieszkania. I informacja o prawie do zażalenia, jakie można było wnieść do ministra spraw wewnętrznych.

Całkowity brak reakcji emerytki kogoś chyba w końcu zastanowił, bo pod koniec zeszłego roku Ośrodek Pomocy Społecznej Mokotów podjął próbę nawiązania kontaktu, która jednak skończyła się niepowodzeniem. Elżbieta Bek stwierdziła, że pomocy nie potrzebuje, bo ma wystarczającą emeryturę i wsparcie sąsiadów. Świadkiem rozmowy w progu mieszkania Elżbiety była Halina z II piętra, która właśnie przyniosła Eli zakupy. Więc był niejako dowód namacalny sąsiedzkiej pomocy. Pracownicy opieki społecznej nie zdziwiło, że Ela sama nie robi zakupów, chociaż fizycznie jest w pełni sprawna. Nie pytała też o te konkretne rachunki. Widać i ona nie skojarzyła, że szykuje się sprawa o wykwaterowanie.

3.

W dniu eksmisji na wezwanie otoczonych przez mieszkańców policjantów przyjechał jeszcze lekarz pogotowia. Ale i on stwierdził, że Elżbieta Bek jest sprawna i świadoma. Że rozumie, w jakiej sytuacji się znajduje. Tak więc może jechać do schroniska dla bezdomnych kobiet.

Policjantom udało się też skontaktować z rodziną. Powiedzieli, że są na wakacjach za granicą, wracają za parę dni i wtedy się ciotką zajmą.

A Elżbieta siedziała, jak ją posadzili na tym taborecie – i nic. Wtedy ktoś poruszył sprawę kota. Że Elżbieta pojedzie do schroniska, ale tylko ze zwierzęciem. To właśnie nieżyjący już mąż znalazł małego kociaka pod trzepakiem na podwórku. Gdy przed pięcioma laty umarł, Ela długo nie chciała przyjąć faktu do wiadomości. Mówiła, że leży w szpitalu. Że jest, chociaż go nie było. Pogrzebem zajął się brat Eli oraz jego żona. Dziś Ela upiera się, że mąż zmarł – ale w zeszłym roku.

Z bratową, Grażką, kiedyś była zaprzyjaźniona, jednak po śmierci męża już jej nie odwiedzali. Wiadomo, trudny kontakt, no i w mieszkaniu nie było zbyt przyjemnie. Ale sąsiedzi pomagali. Bo Ela była dobrym człowiekiem, pamiętają, że jak jeszcze pracowała, nie zdarzyło się, by komuś odmówiła przysługi. Najczęściej – wiadomo, o jakiś mandat chodziło. A i teraz nikomu nie przeszkadzała. Żyła, ale jakby jej wcale nie było. Więc gdy już eksmisja stała się faktem, sąsiedzi uparli się, że bez kota Ela nie pojedzie. Początkowo policjanci twierdzili, że zwierzęta nie mogą przebywać w noclegowni. Potem machnęli ręką. I Elżbieta z kotem odjechała radiowozem.

W schronisku Wspólnoty Chleb Życia, założonym przez siostrę Małgorzatę Chmielewską, kot najpierw podrapał pracownicę. Następnego dnia uciekł. Udało się go złapać i zamknąć w szafie w łazience. Nie chciał jeść ani pić. Gdy po kilku dniach do schroniska przyjechała piątka sąsiadów Elżbiety i chcieli koniecznie osobiście się przekonać, czy nic nie grozi kotu, pracownicy protestowali, żeby kota nie ruszać z szafy, bo będzie jeszcze gorzej. Elżbieta, odszorowana z brudu, który narastał latami, twierdziła, że kot ma się bardzo dobrze.

4.

A w piątek, równo tydzień po tym, jak Ela trafiła do noclegowni, podpisała zrzeczenie się praw do zwierzęcia i kot odjechał do fundacji Jakota. Lecz tego Ela też nie pamiętała. Gdy więc sąsiedzi przyjechali po raz kolejny, była przekonana, że kot uciekł i błąka się po ulicy. Martwiła się, że kot sobie nie poradzi, bo on nigdy nie wychodził na zewnątrz. Mówi o nim „kot”, zapytana o imię podaje: „Mrunio”.

W fundacji chętnie udzielą informacji, że kot trafił do weterynarza, a jego stan okazał się pozostawiać wiele do życzenia. Otóż najpierw okazało się, że jest kotką. Potem – że szybki test na kocią białaczkę wyszedł dodatnio. Badanie USG wykryło jakiś guz w jamie brzusznej. Podczas operacji okazało się, że to nie nowotwór, tylko martwa ciąża, którą lekarz usunął, od razu kotkę sterylizując. A także, że teraz kotka trafiła do domu tymczasowego. Czyli po prostu do mieszkania wolontariuszki Joanny. Dostała nowe imię: Śmigol i fundacja szuka dla niej domu. Kotka ma swoje wydarzenie na Fejsbuku; w ciągu trzech dni na jej leczenie udało się zebrać ponad 1 tys. zł. Ludzie jednak potrafią okazać serce i miłosierdzie – cieszą się panie fundacyjne.

A sama Elżbieta ze schroniska dla bezdomnych kobiet trafiła do domu opieki, do Wesołej. Policja wystąpiła o nowy dowód osobisty dla niej, bo stary, książeczkowy, okazał się nieaktualny od siedmiu lat i pięciu miesięcy. Z takim nieważnym dokumentem nie mogłaby pójść do lekarza. Ani do banku czy na policję. Ani też odebrać żadnego poleconego na poczcie czy załatwić jakiejkolwiek sprawy w urzędzie. Na przykład dotyczącej eksmisji.

Tymczasem komendant stołeczny policji podjął decyzję o powołaniu komisji, która będzie badać takie przypadki, jak porucznik Elżbiety Bek. Przed podjęciem decyzji o wykwaterowaniu byłego funkcjonariusza z mieszkania służbowego policja będzie się konsultować ze związkami zawodowymi i opieką społeczną. Mundurowi głodowych emerytur przecież nie mają.

A grupa sąsiedzka domaga się – choć pewnie bez większych szans na powodzenie – by teraz, gdy Elżbieta już trafiła do domu opieki, znalazło się tam też miejsce dla jej kota.

Polityka 40.2015 (3029) z dnia 29.09.2015; Społeczeństwo; s. 36
Oryginalny tytuł tekstu: "Ruch niekierowany"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Prof. Marcin Król: Obyśmy znów nie byli głupi

Prof. Marcin Król, historyk idei, o tym, że czeka nas koniec starego świata i nic dobrego z tego na razie nie wyjdzie.

Jacek Żakowski
01.01.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną