Marcin Wrona: reżyser własnej śmierci

Człowiek, który wskoczył do filmu
Reżyser Marcin Wrona popełnił samobójstwo na festiwalu w Gdyni. Spekulowano: umarł, bo nie dostał nagrody?
Gala wręczenia nagród 40. Festiwalu Filmowego w Gdyni, 19 września 2015 r.
Łukasz Dejnarowicz/Forum

Gala wręczenia nagród 40. Festiwalu Filmowego w Gdyni, 19 września 2015 r.

Takie przypuszczenia brzmią absurdalnie. Ale rzeczywiście był nadambitny. Z festiwalowych bankietów wrócili z żoną około 2 nad ranem. Na tych imprezach wszyscy już wiedzą, kto dobę później odbierze Lwy. Żona znalazła go o 5.30.

Zanim umarł, mówili o nim, że tacy ludzie potrafią działać na nerwy. Bo jeden haruje, nadużywa, bierze chałtury, żeby wyrobić na kredyt, polisę, angielski dla dzieci. A drugiemu wszystko przychodzi tak pach. Pach – film, pach – serial, pach – spektakl, pach – jedne, drugie, trzecie studia. Pach – doktorat, Gildia Reżyserów, firma producencka. Języki obce, sport, zero kaca, słabości, frustracji. Fryzura, styl, T-shirt bez zagnieceń. Dobra, nie miał dzieci, ożenił się dopiero teraz, mając 42 lata. Jego miłość – sporo młodsza, była studentka w szkole filmowej. Ostatnio pracowała z nim w tej firmie producenckiej.

Mówili też, że był jak inni faceci w jego wieku, tylko w większym stężeniu. Pokręcony emocjonalnie syn pokręconych rodziców. Wychowany wśród lewitujących kobiet, latających żelazek, egzorcyzmów, cudownych uzdrowień – w nowoczesnym świecie ambitny trochę nazbyt, zdystansowany ciut za bardzo. Skupiony na pracy. Skupiony na sobie.

Ostatnio ten alternatywny świat do niego wrócił. „Ten temat za mną chodził. Tak, można powiedzieć, zbliżał się” – mówił na konferencji prasowej o swoim ostatnim filmie „Demon”, historii wesela, na którym ciało pana młodego bierze we władanie dybuk – duch zmarłej (zamordowanej?) Żydówki.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj