Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Nas tu nie ma

Jak radzi sobie w Polsce cicha chińska mniejszość

Centrum wschodnie w Wólce Kosowskiej Centrum wschodnie w Wólce Kosowskiej Jan Brykczyński
Trochę ponad 5 tys. ludzi – i prawie tysiąc założonych przez nich spółek. Chińczycy wchodzą w Polskę od strony małych miast. Po cichu. Ich sklepy są wszędzie. Ich samych jakby nie było.
Chińskie mydło i powidło do kupienia w polskich miasteczkachJan Brykczyński Chińskie mydło i powidło do kupienia w polskich miasteczkach
Wielka Litera

Nas tu nie ma – powiedziała Chinka zza lady chińskiego marketu w Pułtusku, 60 km od Warszawy, stojąc obok męża i siostry, zapytana, czy zgodziliby się opowiedzieć o swoim życiu w Polsce.

• • •

Pierwszy zadzwonił do Agaty latem. Był 2008 r., zdała akurat na piąty rok sinologii w Poznaniu. Odebrała telefon i usłyszała (po chińsku): Czy ty mówisz po chińsku?

Dopiero potem dowiedziała się, że to był Naukowiec. Tak mówiła na niego czwórka wspólników ze sklepu chińskiego w Koninie, bo jako jedyny wśród nich był lepiej wykształcony. Skończył liceum, a cała reszta tylko gimnazjum, co jednak Agaty zupełnie nie zdziwiło. Spędziła w Chinach dwa lata na wymianach naukowych i wie, że wykształcenie to jeden z chińskich towarów deficytowych – do wyższych szkół idą ci, którzy mają pieniądze, a reszta po prostu od razu zabiera się za pracę.

Naukowiec, zresztą jak wielu Chińczyków, trafił do Polski przez Włochy. To było jeszcze w czasach, kiedy cudzoziemcowi było tam najłatwiej w Europie dostać kartę pobytu. Ale najłatwiej było zadrzeć z włoską mafią. Żaden rasizm ani dyskryminacja – mafia miała przekonania etnicznie neutralne, nie znosiła po prostu konkurencji handlowej.

Znajomy miał znajomego, który znał znajomego, który mieszkał w Wielkopolsce, więc Chińczycy zwinęli swój włoski interes i całą grupą przenieśli się na polski rynek.

Przez pierwsze pięć lat językowe meandry handlowo-usługowe tłumaczyła im udanie urodzona w Polsce Chinka. Ale niestety awansowała życiowo i wyjechała do Jaworzna, do pracy jako menedżer w dużym chińskim centrum handlowym. Zostawiła im listę z nazwiskami znajomych studentów sinologii. Pierwsza na liście była właśnie Agata.

• • •

Mniej więcej w tym samym czasie Justyna z Pułtuska szukała nowej pracy. Po socjologii na prywatnej uczelni w Warszawie, ale jakoś ciągle pozbywały się jej różne zatrudnienia. Aż w końcu ojciec, szczęśliwie jak na Pułtusk zatrudniony w Biedronce, która zajmuje cały parter galerii handlowej przy trasie wylotowej na Augustów, powiedział jej, że szukają kogoś na piętrze u Chińczyka.

Justyna jeszcze nigdy nie pracowała u obcego, więc czemu nie, poszła na rozmowę. Za sklepową ladą ustrojoną w zieloną żabę, chiński symbol szczęścia, oraz zawiadomienia na kartkach A4, że rzeczy poniżej 20 zł nie podlegają reklamacji, a zakupiony towar nie podlega zwrotowi, stali jej nowi pracodawcy, Chińczyk z żoną Chinką.

Ale to wcale nie z nimi miała rozmawiać Justyna. Szybką rozmowę kwalifikacyjną przeprowadziła z nią Polka, dziewczyna z obsługi. Żadnych badań, CV, świadectw z poprzedniej pracy, 6 zł za godzinę, wolne w co drugi weekend, no i będzie musiała ogarnąć nabijanie na kasę fiskalną. Ale i tak najbardziej się tu liczy znajomość języka polskiego – ktoś przecież musi odpowiadać, jeśli klient zapyta.

Mogła zaczynać od razu. Nie mogła się tylko dowiedzieć, u kogo właściwie pracuje. Swoich prawdziwych imion nowi pracodawcy nie chcieli jej podać. Francesco – wskazał na siebie Chińczyk, a potem wskazał na żonę i powiedział: Sonia. Tak lubią, bo mieszkali we Włoszech – szybkie tłumaczenie rzuciła Justynie zza worów z tenisówkami Polka z obsługi.

• • •

Wynagradzana w kwocie 200 zł za godzinę tłumaczenia lub 1 tys. zł za cały dzień pracy tłumaczka z polskiego na chiński: Agata zupełnie niespodziewanie zyskała równolegle do studiów niemal cały etat dodatkowych zajęć. Bo Naukowiec wraz ze wspólnikami, po kilku latach testowych i upewnieniu się, że na ich chiński towar jest w Polsce obfite branie, przystąpili do podboju małomiasteczkowych powierzchni handlowych, w związku z czym z dużą częstotliwością potrzebowali od Agaty pomocy w tłumaczeniu.

A system podboju był taki: ze swojej konińskiej siedziby wspólnicy co jakiś czas wypuszczali się na objazd po bliższej lub dalszej okolicy. Chodzili wokół rynku lub pawilonów handlowych, gdzie była Biedronka albo inny dyskont, i gdy tylko znajdowali kartkę „Do wynajęcia”, dzwonili do Agaty i mówili: Zadzwoń pod ten numer, dowiedz się, ile za wynajem i czy da się bez faktury.

Więc Agata dzwoniła, umawiała spotkania, jeździła na podpisywanie nowych umów, a czasami prowadziła nawet dwujęzykowe negocjacje na trzy telefony. Tak było przy okazji lokalu w Jarocinie. To było ostre międzykulturowe starcie na płaszczyźnie handlowej – Agata z Chińczykami przeciwko CCC, sieciówce butowej.

Agata: – Właściciel mówi, że CCC daje 6 tys. za miesiąc.

Naukowiec: – Dzwoń do niego, powiedz, że my dajemy 7!

Agata: – Właściciel mówi, że CCC daje 7,5.

Naukowiec: – Dajemy 8, dzwoń!

Agata: – CCC musi się zastanowić.

Naukowiec: – Dajemy 10!

I tak Chińczycy wygrali. Potem stwierdzili, że chcieliby jednak płacić trochę mniej, bo nie stać ich na tyle. Agata znów tłumaczyła – były kłótnie, rzucanie krzesłami, ale właściciel lokalu nie miał już wyjścia, podpisał umowę.

Minęło kilka miesięcy. Obłowieni w nowe lokale wspólnicy z Konina bez sentymentów się rozdzielili – na cztery wielkopolskie miasta. Każdy ze swoją spółką z o.o. z chińskim słowem Fu w nazwie, oznaczającym szczęście, oraz numerem telefonu z ósemką na przodzie, bo ósemka to dla Chińczyków cyfra szczęśliwa, wymawia się ją podobnie jak wzbogacać się.

Konin, Jarocin, Pleszew, Nowy Tomyśl – wszędzie regularnie jeździła Agata, wożona autostradą wypasionymi passatami, 200 km na godzinę albo i więcej, nie wie dokładnie, bo czasem zamykała oczy.

Przy okazji tych wypraw dostawała prezenty. Na Boże Narodzenie nową płytę Katie Melua albo po prostu wchodzili z nią do Empiku. Mówili Agacie, że jest przyjacielem, i dzięki temu wiedziała, że jej nie oszukają. Bo dla przyjaciół Chińczycy są w porządku. Kantują tylko nieprzyjaciół, czyli tych, których nie znają.

• • •

U Francesco i Soni, skośnookich Włochów z Pułtuska, Justyna pracowała już trzy miesiące, aż w końcu przyszedł czas na zawarcie umowy. Pół etatu, chociaż praca na cały, miesięcznie wychodziło zwykle poniżej średniej krajowej, ale Justyna się zgodziła.

Umowę dostarczyła jej księgowa – z Wólki Kosowskiej pod Warszawą, chińsko-turecko-wietnamskiego konglomeratu handlowego. Niestety, Justyna nie mogła poznać numeru telefonu księgowej, podobnie jak w dalszym ciągu prawdziwych imion swoich pracodawców. Mimo to praca mijała Justynie spokojnie, właściwie w milczeniu, przetykanym z rzadka silniejszymi doznaniami w postaci szoków międzykulturowych.

Bo gdy Justyna krążyła między klientami, znudzony bratanek Francesco i Soni, który czasami w zastępstwie siadał za kasą fiskalną (nie zawsze jednak na nią nabijając), obcinał sobie na wysokim stołku paznokcie u nóg. Justyna patrzyła z niedowierzaniem, postanawiała jednak siedzieć cicho. Plujący, w nosie dłubiący, ale to wciąż jednak pracodawca. Tylko klienci się podśmiewali. Ale chętnie przychodzili po tenisówki za 40 zł, które – jak raz udało się Justynie podejrzeć na fakturze – w Wólce Kosowskiej kupowane były w hurcie za niecałą dychę.

Był tylko jeden moment, kiedy w związku z Chińczykami mieszkańcy Pułtuska tracili tolerancję oraz pobłażanie. Gdy pojawiał się powracający wciąż problem: kto w mieście tym razem wynajmie im mieszkanie? Bo już od dawna krążyły opowieści, że to ostatnie zostawili z tłustą, brązową plamą w kuchni na ścianie i dziwną dziurą w drzwiach łazienkowych. Więc gdy w ramach dodatkowych obowiązków niezawartych w umowie Justyna wydzwaniała po ogłoszeniach i wspominała, dla kogo to mieszkanie, co chwila słyszała tylko: A nie, to dziękuję.

Aż w końcu i ten ślad po nich zaginął. Bo Francesco, Sonia oraz ich dłubiący w nosie bratanek pewnego dnia po prostu z Pułtuska zniknęli.

• • •

Gdzieś w Polsce Chińczyk zniknął, a gdzieś indziej się pojawił. Mniej więcej w tym samym czasie pewien chiński klient trafił do J., właściciela firmy reklamowej na terenie Wielkopolski. Wymagania sprecyzowane – niezbyt droga płachta z nadrukiem: Chińskie Centrum Handlowe, zestaw kolorystyczny: czerwony z białym (czerwony to kolor szczęśliwy), ewentualnie z elementami żółtego (żółty to kolor cesarski, więc nie można nadużywać), wymiary: najlepiej jak najwięcej ósemek (powody już wiadome).

Trochę się Chińczyk nawet zaczął J. zwierzać, że w swojej działalności stosuje taką zasadę: towar kupuje bezpośrednio w Chinach, a nie tak jak inni w Wólce Kosowskiej, i właśnie dzięki temu ma najlepsze przebicie. Powoli, ale konsekwentnie działa według tej reguły, ale na razie ostrożnie, bo wśród Chińczyków w Polsce panuje niepisana umowa, że trzeba trzymać się rewirów. Jesteś w Wielkopolsce, więc nie otwierasz nic na Pomorzu, trzymasz się swojego województwa i nie wychodzisz dalej. To wszystko dlatego, że konkurencja w Polsce jest duża. Oczywiście nie mówi o Polakach, tylko o Chińczykach.

• • •

Justyna zadzwoniła do K., właściciela powierzchni handlowo-usługowych w pułtuskiej galerii przy trasie wylotowej na Augustów, bo nie bardzo wiedziała, co innego zrobić. Powiedziała, że jego najemca z chińskiego sklepu na piętrze właśnie zniknął. Prawdopodobnie jest we Włoszech i nie zamierza wracać – tak przynajmniej twierdzą nowi najemcy, którzy od rana już sprzedają w sklepie. Mężczyzna i dwie kobiety – Leo, Ana i Maria – również skośnoocy Włosi, którzy za 100 tys. zł wykupili od poprzednich prawa do sklepu. Jak twierdzą, wraz z ludzką obsługą oraz całym towarem upchniętym na zapleczu.

K., gdy to usłyszał, aż zapadł się w fotel. Pracownicy przejęci razem ze sklepem to nie jego sprawa, ale poprzedni Chińczycy wciąż mu wisieli nieuregulowaną zaległość za czynsz – w sumie 10 tys. zł. Długu nie mógł odpuścić. Zgłosił sprawę do prokuratury. Wysłano list gończy za Chińczykami.

Tymczasem Justyna miała kolejny problem, bo trzeba było się dotrzeć z nowymi właścicielami. A ci byli jacyś inni. Nie pozwalali Polkom podchodzić do kasy, wprowadzili też w sklepie zupełnie nową zasadę – ciągła natarczywość względem każdego. Aż pewnego dnia, gdy Justyna powiedziała, że idzie do toalety, która była na dole zaraz obok Biedronki, Chinka jej zabroniła i zaczęły się kłócić. Justyna wrzeszczała na Chinkę (po polsku), a Chinka (po chińsku) wrzeszczała na Justynę.

Następnego dnia zadzwoniła do Justyny księgowa z Wólki Kosowskiej (ta sama, która pracowała dla poprzednich właścicieli) i powiedziała, że umowa o pracę wygasła, Chińczycy dziękują jej za dotychczasową współpracę.

• • •

W rok po pierwszym chińskim telefonie Agata obsługiwała jako tłumacz właścicieli (oraz ich znajomych i znajomych znajomych) już siedmiu chińskich sklepów. Nie mogła narzekać finansowo, ale miała już dosyć. Akurat przygotowywała się do obrony pracy magisterskiej, gdy zadzwonił dawny wspólnik Naukowca. Jechali w Austrii autostradą i mieli wypadek. Nic im się nie stało, ale trzeba załatwić formalności związane z rozwiązaniem leasingu, ubezpieczeniem, policją i ściągnięciem auta do Polski.

Agata załatwiła dla nich jeszcze tę ostatnią sprawę. Przekazała im na kartce kontakty do nowych studentów piątego roku sinologii. A zaraz potem zmieniła numer telefonu.

• • •

W Pułtusku, w galerii handlowej przy trasie wylotowej na Augustów, chiński sklep nadal działa. Właściciele ci sami, minęły już cztery lata, a oni wciąż się trzymają. Poprzednich nie udało się namierzyć i zmusić do spłacenia długu, wciąż są ścigani listem gończym.

Ostatnio po mieście chodzą słuchy, że Chińczycy mają ochotę powiększyć swoją powierzchnię i wygryźć ze sklepu obok Polaka, który sprzedaje podobne rzeczy, ale jest bardziej ukierunkowany na gospodarstwo domowe. Chińczyk już zaczął w ramach konkurencji sprowadzać niektóre z jego towarów. Na Boże Narodzenie ma bombki i ozdoby choinkowe, na Wielkanoc malowane jajka i żółte kurczaczki.

Justyna znowu tuła się od zatrudnienia do zatrudnienia. Ostatnio dorabiała w ciucholandzie w Warszawie. Ale, niestety, znów pech – właścicielka ją oszukała i za cały miesiąc pracy nic jej nie zapłaciła. Justyna myśli sobie: U Chińczyka to u Chińczyka, ale żeby u Polaka tak się człowiek naciął?

• • •

Kilka lat po pierwszej wizycie u J. Chińczyk z Ostrowa Wielkopolskiego, zgodnie ze swoimi planami, jest już potentatem. Ma sieć dziesięciu sklepów – w linii od Kluczborka i Rawicza, przez Bydgoszcz i Toruń, aż do samego Gdańska.

Dwa lata temu ostatecznie wyłamał się z niepisanej umowy o rewirach – odkąd w jego okolicy pojawił się intruz. Bez uprzedzenia założył sklep, więc Chińczyk szybko uznał, że koniec z zasadami. Dał takie promocje, że wszyscy chodzili tylko do niego i konkurent poszedł z torbami. Ma już dziesięć sklepów i ponad stu pracowników. Wszyscy to Polacy. Zwierza się J., że jak będzie miał dwustu, będzie usatysfakcjonowany.

Ostatnio znów zgłosił się do J., bo chciałby nowe reklamy. Tym razem już porządne, z przestrzennymi napisami – sztuka tak za ok. 10 tys. zł.

I do środka sklepu też planuje coś zamówić – stwierdził, że najbardziej chciałby wzorować się wizualnie na sieci CCC, odpowiada mu taki wystrój wnętrza i stylistyka napisów „promocja” oraz „kasy”. Trochę też mógłby mu J. dołożyć światełek ledowych. No i koniec z nazwą Chińskie Centrum Handlowe. Od teraz promuje już markę z nazwą własną, zindywidualizowaną. J. nie protestował. Uważnie słuchał i skrupulatnie zapisywał zlecenie.

***

Więcej o cudzoziemcach w Polsce można przeczytać w książce Marty Mazuś „Król kebabów i inne zderzenia polsko-obce”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Wielka Litera. 

Polityka 42.2015 (3031) z dnia 13.10.2015; Społeczeństwo; s. 32
Oryginalny tytuł tekstu: "Nas tu nie ma"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Kraj

Czy oddawać Ukrainie polskie patrioty? NATO naciska, presja rośnie, Warszawa odmawia

Międzynarodowa presja na Polskę nie maleje – zapewne będzie rosła do szczytu w Waszyngtonie, któremu potrzeba „sukcesu". W którymś momencie Warszawa może być nawet napiętnowana za opór, zwłaszcza jeśli na podarowanie Ukrainie świeżo kupionych patriotów zdecydują się Rumunia lub Szwecja.

Marek Świerczyński, Polityka Insight
14.05.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną