Wyznania nawróconego marksisty

Kamikadze w imperium bez granic
Rozmowa z Antonio Negri, włoskim filozofem, więźniem politycznym, oskarżanym o terroryzm.

Antonio Negri, współtwórca jednej z najgłośniejszych dziś koncepcji ładu XXI w., jest chyba ostatnim w Europie rewolucjonistą z dziewiętnastowiecznego obrazka. Ale to nie największy paradoks jego życia. Biografia Negriego nadaje się na sensacyjny serial lub powieść w stylu Dostojewskiego. Filozof i politolog, profesor dobrych uniwersytetów, pisarz polityczny, chwilowy parlamentarzysta, ale też zamieszany w zabójstwa i akty terroryzmu przywódca najdramatyczniejszej rebelii w powojennych Włoszech, uchodźca i wieloletni więzień.

Kiedy cztery lata temu jego – napisane wspólnie w prof. Michaelem Hardtem – „Empire” pojawiło się w ofercie prestiżowego Harvard University Press i trafiło na listę akademickich bestsellerów, a nawet na łamy najważniejszych gazet, do świadomości publicznej wrócił także sam Negri. „Empire” (polskie tłumaczenie ukaże się jesienią nakładem wydawnictwa WAB) jest czymś więcej niż filozoficzną rozprawą. W debacie, którą wywołało, krytycy i apologeci równie często porównywali je z „Kapitałem” Marksa. Podobnie jak Karol Marks i Fryderyk Engels, Michael Hardt i Antonio Negri zaproponowali bowiem kompletny sposób interpretowania świata XXI w., nazwali jego nowych aktorów, nowy układ sił, mechanizmy władzy, produkcji i podziału bogactwa. Można się z nimi zgadzać lub nie, ale bez tej książki trudno już toczyć debatę o świecie. 

Na odbiorze „Empire” najbardziej zaciążyła jednak nie tyle marksistowska proweniencja autorów, co dramatyczna biografia Negriego. Jego ojca, jednego z założycieli partii komunistycznej w Padwie i sekretarza miejscowego magistratu, w latach 40. zamordowali faszystowscy bojówkarze Mussoliniego. Działalność społeczną Negri zaczął w Akcji Katolickiej, ale po konflikcie z miejscowymi księżmi, którzy zakazali wyświetlania „La dolce vita” Felliniego, zaczął działać w partii komunistycznej – jednej z dwóch (obok Chrześcijańskich Demokratów) najsilniejszych partii we Włoszech, zdobywającej regularnie przeszło 30 proc. głosów. W połowie lat 70. odszedł z niej wraz z dużą grupą radykałów, kiedy szef partii Enrico Berlinguer – obawiając się puczu w stylu Pinocheta – oświadczył, że włoscy komuniści nie wezmą udziału we władzy, nawet gdyby zdobyli większość w parlamencie.

Włochy – ważny kraj NATO i Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej – były wówczas pogrążone w chaosie. Dwie partie parlamentarne – potężni komuniści i wciąż mocni w strukturach państwa faszyści – nie mogły brać udziału we władzy, więc rządy sprawowały wymuszone i nietrwałe koalicje chadeków z socjalistami. Coraz bardziej skorumpowane państwo ulegało mafii i nieformalnym grupom. Kryzys pogłębiał szybko narastający terroryzm.

W 1977 r. Negri – wówczas już posiadający międzynarodową renomę profesor uniwersytetu w Padwie, czołowy intelektualista i teoretyk radykalnej lewicy – założył komunistyczno-anarchistyczną organizację Autonomia Operaia (AO – Niezależność Pracownicza), która organizowała włoskich robotników do czynnej walki przeciw systemowi. Był radykałem, ale jak na te czasy nie był ekstremistą. W czołowych włoskich wydawnictwach (m.in. u Feltrinellego wydającego dziś Harry’ego Pottera i książki Dana Browna) ukazywały się jego rewolucyjne eseje (np. „Dominacja i sabotaż: marksistowska metoda społecznej transformacji”). Sam Feltrinelli – wpływowy mediolański wydawca i przyjaciel Negriego – wysadził się w powietrze montując bombę na słupie wysokiego napięcia. Może nie było to całkiem banalne zdarzenie, ale w ówczesnych Włoszech nie było to też nic nadzwyczajnego.

W odróżnieniu od działających w podziemiu, organizujących zamachy bombowe, porwania i zabójstwa, terrorystycznych grup skrajnej prawicy i Czerwonych Brygad, AO działała jawnie i odżegnywała się od zabijania cywilów. Organizowała jednak krwawe zamieszki, podczas których jej członkowie kryli się za narciarskimi goglami, dokonywała rabunków w supermarketach i bankach oraz napadów na wrogich jej urzędników. Prowadziła też sabotaż w fabrykach i inicjowała akcje obywatelskiego nieposłuszeństwa – na przykład jazdy na gapę. Negri chętnie cytował wówczas zdanie Bertolda Brechta: „Nie wiadomo, co jest większą zbrodnią – założyć bank czy go obrabować”. Od siebie pisał zaś, że „czuje żar pracowniczo-proletariackiej wspólnoty, ilekroć zakłada gogle”, że „każdy akt zniszczenia i sabotażu jest wzbogacającym go symbolem klasowej wspólnoty”.

W kwietniu 1979 r. Negri został aresztowany wraz z 80 członkami AO wywodzącymi się głównie ze środowisk akademickich. Zarzucono mu udział w porwaniu i zamordowaniu przez Czerwone Brygady Aldo Moro – byłego włoskiego premiera i szefa Chrześcijańskiej Demokracji. Moro został porwany, gdy jechał na uroczystą inaugurację pierwszego chadeckiego rządu oficjalnie popieranego przez partię komunistyczną. Zdaniem policji mózgiem porwania i zarazem osobą, która w imieniu porywaczy dzwoniła do żony Moro, był Negri. On sam temu zaprzeczał. Tygodnik „Espresso” dołączył jednak do jednego z numerów uzyskane z prokuratorskiego przecieku nagranie rozmowy pani Moro z jednym z porywaczy. Głos porywacza przypominał dość powszechnie znany głos Antonia Negriego. Eksperci nie byli jednak jednomyślni. W sądzie dowody upadły tym łatwiej, że AO była oczywistym konkurentem Czerwonych Brygad, które przyznały się do zamachu, a Negri już wcześniej publicznie je krytykował za „strzelanie na oślep”.

Gdy oskarżenia związane z porwaniem Moro upadły, Negriemu zarzucono kierowanie organizacją antypaństwową i obciążono go odpowiedzialnością za blisko 400 przypisywanych AO rabunków i napadów. W 17 z nich miał osobiście brać udział, ale nie udowodniono mu tego przed sądem. W 1981 r. wraz z innymi więźniami podpisał tzw. Dokument dziewięćdziesięciu, deklarujący koniec walki zbrojnej. Czerwone Brygady skazały go za to na śmierć. Wytypowany zabójca trafił do jednej celi z Negrim i się z nim zaprzyjaźnił.

W 1983 r. Negri – jeden z tysięcy włoskich więźniów politycznych, od przeszło czterech lat przebywający w areszcie – został wybrany do włoskiego parlamentu z listy Partii Radykalnej. Jako parlamentarzysta został wypuszczony na wolność. Kiedy dwa miesiące później parlament większością 4 głosów (należących do Partii Radykalnej) cofnął mu immunitet, Negri wyjechał do Francji. Dzięki pomocy francuskich intelektualistów, którzy już wcześniej występowali w jego obronie, prezydent Mitterrand zaoferował mu azyl, a Sorbona pracę. Francja przyjęła wówczas przeszło 500 włoskich uchodźców ze środowisk zbliżonych do AO. W tym samym roku – głównie na podstawie zeznań skruszonego anarchisty, który w zamian odzyskał wolność – włoski sąd zaocznie skazał Negriego na 30 lat więzienia za kierowanie organizacją antypaństwową. Proces był ostro krytykowany przez Amnesty International oraz przez wiele organizacji i osobistości we Włoszech i Europie. Petycje w obronie Negriego podpisali m.in. Bernardo Bertolucci, Umberto Eco, Alberto Moravia. Trzy lata później sąd drugiej instancji zamienił wyrok na 13,5 roku.

W 1997 r. 64-letni Negri z własnej woli nieoczekiwanie wrócił do Włoch i znów trafił do więzienia, by odbyć resztę wyroku. Spędził tam przeszło rok. Przez następne cztery lata stopniowo łagodzono mu reżim wykonania kary. Trzy lata spędził na oddziale, którego pensjonariusze mieli prawo w ciągu dnia pracować poza więzieniem. Ostatni rok przesiedział w areszcie domowym w Rzymie. Wolność odzyskał ostatecznie w kwietniu 2003 r. W 2004 r. wydał „Multitude” („Wielość – wojna i demokracja w epoce imperium”), kolejną książkę napisaną wspólnie z Michaelem Hardtem. Mieszka w Rzymie. Lato spędza w Wenecji.

Dziś Antonio Negri ma 72 lata, jest arcyuprzejmym starszym panem. Nie widać po nim lat spędzonych w więzieniu. Wygląda raczej na 50 lat. Wciąż nie ma zbyt wiele czasu, ale gdy znajdujemy się w jego obszernym weneckim mieszkaniu, nie traci okazji, by okazać gościnność. Pytania czasami go drażnią, ale odpowiada cierpliwie. Zdecydowanie wolałby jednak być w tej rozmowie tylko filozofem, a nie świadkiem i bohaterem wydarzeń, których wspomnienia zapewne do dziś budzą go po nocach. Odmawia tylko jednego. Pozowania do zdjęcia ze stojącym w jego gabinecie popiersiem Lenina – czerwonym jak skorupa parzonego raka.

Jacek Żakowski: – Po czyjej pan jest stronie widząc w telewizji kolejne zamachy?

Antonio Negri: – Ja zawsze jestem po stronie ofiary.

 

A rozumie pan zamachowców?  

Właśnie wystawiłem w Paryżu sztukę przedstawiającą przemianę kamikadze. To jest historia człowieka, który krok po kroku zakłada strój kamikadze, a potem go z siebie zrywa i znów staje się zwyczajną osobą.

 

To jest pan?

Nie. To jest obraz ponowoczesności, systemu kapitalistycznego, który wciąż wywołuje dramatyczny opór, ale forma tego oporu się zmienia.

 

A co znaczy zdejmowanie przez kamikadze rytualnego stroju?

To jest symbol różnorodności rewolucjonistów walczących z imperium.

 

Pana zdaniem zamachy w Nowym Jorku, Madrycie, Londynie są częścią tej walki?

Zamachy są absurdem. To jest forma walki, której w świecie cywilizacji zachodniej nie można już akceptować. Ale też nie możemy widzieć w nich tylko wyrazu czystej nienawiści, która w nas uderza.

 

Co pan w nich jeszcze widzi?

Są dwa rodzaje politycznej odpowiedzialności. Jedna oparta jest na etyce konwencji. Druga na etyce odpowiedzialności. Zamachowcy, jak wszyscy rewolucjoniści, naruszają konwencję w imię odpowiedzialności. Mamy do tego prawo. Co nie znaczy, że mamy prawo stosować terroryzm.

 

Co z tego wynika?

Konieczność oddzielenia metody od motywacji. Trzeba spojrzeć poza samą metodę, żeby zrozumieć istotę problemu.

 

A jaka jest ta istota?

Sprzeciw wobec formy, w jakiej nowoczesność się realizuje. Nowoczesność nie jest prostą, jednokierunkową ulicą. Jest też możliwa inna nowoczesność. Nowoczesność nie musi oznaczać uniwersalizacji kapitalizmu w amerykańskiej formule. To, co dziś się wokół nas dzieje, zasługuje na twórczą, radykalną, ekstremalną refleksję. Ja uważam, że Oriana Fallaci zasadniczo się myli obwiniając za wszystkie nieszczęścia Arabów.

 

Ja też tak uważam.

To nie rozumiem agresywnego tonu pana pierwszych pytań.

 

Ja chcę się tylko dowiedzieć, co pan dzisiaj myśli widząc skutki zamachów, bo mam w pamięci pana słowa z lat 70.: „Nie martwi mnie ewentualne ryzyko; raczej mnie ekscytuje, tak jak mężczyznę ekscytuje oczekiwanie kochanki. I nie obchodzi mnie ból moich przeciwników!”. Czy coś się zmieniło?

Wszystko. Zmiana jest fundamentalna. Wtedy prowadziliśmy walkę klasową.

 

A teraz?

To nie jest już walka klasowa. Wtedy mieliśmy ostre kategorie, które pozwalały nam zrozumieć świat, nazywać naszych wrogów i przyjaciół. Dziś takich prostych kategorii już nie ma. A przede wszystkim nie ma klasy rządzącej i nie ma proletariatu.

 

Ale jednak ktoś rządzi i ktoś wykonuje, ktoś ma własność i ktoś dla niego pracuje.

A wie pan, kto rządzi?

 

Przyjechałem tutaj, żeby dowiedzieć się, co pan o tym myśli.

Jesteśmy w epoce przełomu pomiędzy dwoma różnymi światami. Nie chodzi o to, że walkę między klasami zastąpiła walka między cywilizacjami. Nie chodzi o rosnące napięcie między chrześcijaństwem a islamem. Wielki historyczny przełom dokonuje się wewnątrz naszego świata. I w każdym z nas także. Przeciwnicy stali się niewidoczni. Władzę sprawuje Imperium, które nie ma stolicy ani godła. A miejsce proletariatu, który walczył z państwem, teraz zajęła wielość. O obrazie świata nie decydują już ani rządy wysyłające do boju armie i strzegące granic, ani wielotysięczne tłumy robotników po szychcie wychodzących z fabryk. Jak można prowadzić walkę klasową, kiedy nie ma klas, które ze sobą walczyły? Nie ma już sensu upierać się przy wizjach, które się nie sprawdziły w świecie socjalistycznym.

 

 

 

Walka i terror

W latach 70. wzywał pan do walki. Studenci, którzy poszli za panem, zakładali gogle i bili się z policją na ulicach. Inni wysadzali samochody w powietrze. Strzelali do karabinierów. Czym z punktu widzenia filozofa tamta walka różniła się od walki Al-Kaidy w Londynie albo w Egipcie?

Wszystkim.

 

Wciąż nie rozumiem, dlaczego wtedy mógł się pan nie interesować bólem ofiar, a dziś jest pan po stronie tych, którzy cierpią?

Ja zawsze się przejmowałem bólem tych, którzy cierpią.

 

Jednak inaczej niż teraz.

...A pan był za Jaruzelskim czy przeciw, kiedy on zwalczał Solidarność?

 

Przeciw.

Więc byliśmy po tej samej stronie.

 

Jednak my nie strzelaliśmy, nie urządzaliśmy zamachów bombowych i nie porywaliśmy ludzi.

Ale Jaruzelski porywał, mordował, wsadzał do więzienia. Co by się stało, gdyby Jaruzelski zaczął dokonywać zamachów przypisując je Solidarności? A tu faszyści, którzy od czasów Mussoliniego mieli wielkie wpływy we władzach – zwłaszcza w tajnych służbach, w policji, wśród karabinierów – zaczęli w 1969 r. organizować zamachy bombowe. W Mediolanie nie było tygodnia, żeby nie zginął jakiś robotnik albo student związany z lewicą. U nas 1968 r. trwał przeszło 10 lat. Musieliśmy się bronić. Domagaliśmy się, żeby państwo zaczęło poważnie walczyć z faszystami i żeby zaakceptowało prawdziwą demokrację.

Wtedy mówił pan, że chodzi o rewolucję, a nie o demokrację. „Każde niszczące działanie i każdy sabotaż...”.

 

To zdanie powtarzali mi moi sędziowie. Wiele lat przesiedziałem za nie w więzieniu.

 

Słusznie?

A pana zdaniem słuszne jest skazanie człowieka – na 25 lat wygnania i więzienia – za słowa?

 

Ważne jest, co pan dziś o tym myśli.

A ja chcę wiedzieć, co pan o tym myśli.

 

Są słowa, które mordują.

Słowa, które mordują, nie istnieją w zachodnim liberalnym prawie.

 

W realnym świecie istnieją. „Mein Kampf” to słowa, które mordowały.

Nawet „Mein Kampf” nie był sądzony w Norymberdze.

 

Bo autor nie doczekał.

Jak mamy tak rozmawiać, to Oriana Fallaci powinna siedzieć w więzieniu.

 

Skoro jej słowa sieją tę sama nienawiść co pańskie eseje z lat 70. ...

To dobrze, że pan nie ma władzy.

 

Kiedy generał każe żołnierzom strzelać, też są to tylko słowa.

Ja nigdy nikomu nie kazałem strzelać.

 

Ale pan zachęcał do czynnej, fizycznej walki. To jest na papierze.

Papier nas nie przeniesie w lata 70. z całą ich dramaturgią – z monopolem władzy, z demokracją ograniczoną przez układ sił międzynarodowych, z nielegalnymi represjami stosowanymi przez władze, z rządami faktycznie sprawowanymi przez skrajną prawicę kontrolującą formalnie demokratyczne państwo. Musieliśmy się bronić. Partia komunistyczna, która się porozumiała z prawicą, blokowała powstanie we Włoszech normalnej, wolnościowej lewicy – takiej, jaką kiedyś była Solidarność, jaka istniała w Niemczech i we Francji. A zablokowanie naturalnego rozwoju demokracji zawsze prowadzi do jakiejś dyktatury. Ograniczanie wolności wymusza jeszcze większe ograniczanie wolności. Jeżeli tego pan nie zrozumie, nie będzie pan z polityki rozumiał niczego.

 

Wiem, że wszystkiego nie wyczytamy z papieru. Ale mam przekonanie, że nie uda nam się zrozumieć dzisiejszych arabskich, islamskich terrorystów, dopóki nie zrozumiemy doświadczenia europejskich, chrześcijańskich terrorystów. Pańska historia jest częścią tego doświadczenia. Dlaczego pana zdaniem dzisiejszy terroryzm jest oczywistym złem, a w odniesieniu do europejskiego terroryzmu lat 70. nie jest to dla pana takie oczywiste.

Niech pan sobie przypomni Polskę lat 70. Wasz realny socjalizm bardziej przypominał włoski kapitalizm realny niż rzeczywisty komunizm. Podobnie jak nasz kapitalizm realny bardziej przypominał realny socjalizm niż liberalny system demokratyczny. Mieliśmy atrapy demokracji, wybory, parlamenty, ale i tak było z góry wiadomo, kto ma sprawować władzę. W latach 80. poznałem we Francji bardzo wielu Polaków – jak ja uchodźców politycznych. Rozumieliśmy się doskonale... Dotąd z wszystkimi Polakami miałem bardzo dobre stosunki. Nie kłóciliśmy się.

 

Ja też nie chcę się z panem kłócić. Ale jest pan jednym z niewielu ludzi, którzy mają wiedzę i doświadczenie pozwalające zrozumieć, gdzie jest granica, po przekroczeniu której ludzie gotowi są zabijać niewinnych w imię swoich przekonań?

Granicą jest bezsilne cierpienie. To nie znaczy, że tę granicę wolno jest przekraczać. Ale wiadomo, że ludzie ją przekraczają. To jest absurdalne i złe, ale jednak bywa nieuchronne jako reakcja na własne położenie. Trzeba powtarzać, że to jest nie do przyjęcia, że niczemu dobremu nie służy. Trzeba opierać wspólnotę na takim przekonaniu, ale są sytuacje, w których ktoś zawsze może się z tej wspólnoty wyłamać i przekroczyć granicę. Kiedyś ja spierałem się o to z ludźmi Czerwonych Brygad. Dziś większość muzułmanów spiera się o to z ludźmi Al-Kaidy. Ale to mało pomaga, dopóki się sytuacja nie zmieni.

 

We Włoszech się zmieniła?

We Włoszech wszystko się zmieniło. Jestem zadowolony, że złamaliśmy realny kapitalizm i poszliśmy w stronę demokracji, tak jak pan jest zadowolony, że złamaliście realny socjalizm. Jestem zadowolony, że demokracja zaczęła funkcjonować, że dzięki temu nie ma już terroryzmu. To mi się podoba, co nie znaczy, że jestem pacyfistą.

 

By dojść do pacyfizmu, wyznawca opinii Brechta na temat rabowania banków musiałby przejść bardzo długą drogę.

Z tą wypowiedzią Brechta do dzisiaj się zgadzam. Ale nigdy nie zgodzę się z jego metaforą trawy – że lepiej rośnie, gdy jest przycinana.

 

Pan przecież właśnie wzywał do przycinania trawy. Czym innym miała być walka o demokrację przy użyciu przemocy łamiącej reguły demokracji?

To był krzyk, który miał oznaczać, że nasze ciała są wspólne, że jesteśmy jednym, jednością, że nie ma moich problemów i twoich problemów, że są tylko nasze wspólne problemy, więc nie możemy robić sobie krzywdy, nawzajem się wyzyskiwać, pozbawiać się podmiotowości.

 

Teraz pan mówi jak św. Franciszek. To jest zaskakujące u człowieka o pańskiej biografii. Ale mnie pan jednak bardzo nie zaskoczył, bo w finale „Imperium” – nieoczekiwanie jak na marksistę i komunistę – też zwrócił się pan do św. Franciszka, który w tej książce okazuje się być wzorem człowieka XXI w.

Zdanie o św. Franciszku cytuję za Machiavellim, który pisał, że jeżeli chrześcijaństwo nie wróci do swoich korzeni, to koniec. Powtarzam tę myśl wobec komunizmu, który też musi wrócić do korzeni.

 

A co by to miało znaczyć?

Zwrot ku idei wielości. Nie masa. Nie wielkie kategorie epoki przemysłowej, ale różnorodność. Walka o różnorodność, o prawo do odmienności.

 

Co św. Franciszek ma wspólnego z obroną wielości? Jak on może naprawić imperium? Mamy – jak Franciszek – wyrzec się pożądania, luksusów, konsumpcji i tak zbawić naszą cywilizację?

Tak pan to zrozumiał?

 

Zrozumiałem, że człowiek, który był aktywistą – jak pan – i walczył, by zmienić świat wokół siebie, na końcu dzieła swego życia robi publiczne wyznanie, że przede wszystkim trzeba zmieniać świat w sobie, że zwłaszcza dobro trzeba budować przede wszystkim w sobie, a nie wokół siebie. Jak święty Franciszek.

Zgoda.

Ale z małą różnicą. Bo dziś nie ma już prywatności. Już nie ma jednostek. Jest samotność, a nie ma odrębności. Żyjemy w sieci tak gęstych i wszechogarniających powiązań, nasze życie jest przez te powiązania przeniknięte i kształtowane tak bardzo głęboko, że nie sposób zmienić tylko samego siebie. Zmieniając samych siebie, zmieniamy świat dokoła. Każda wewnętrzna zmiana wyraża się na zewnątrz.

 

Przecież zawsze tak było.

Ale w innym stopniu. Globalizacja to jest przenikanie, które niszczy odrębność.

 

Czyli?

Imperium jest wszechogarniające. Nie tylko w sensie przestrzennym, geograficznym, geopolitycznym. Jest wszechogarniające przede wszystkim w tym sensie, że dotyka każdej sfery życia, wszystkiego, co robimy, myślimy, czujemy. Dawniej polityka obejmowała to, co wobec ludzi zewnętrzne – naszego życia społecznego. Dziś dotyka tego, co jest w nas. Naszych aspiracji, pragnień, emocji. Gospodarka kiedyś odpowiadała na nasze potrzeby. Dzisiaj je kształtuje. Imperium zmienia świat i każdego z nas nie pytając nikogo o zdanie.

 

 

 

Piramida imperium

Chyba już pora powiedzieć, co dla pana oznacza imperium. W ostatnich latach przeczytałem trzy książki pod takim tytułem. „Imperium” Ryszarda Kapuścińskiego – reportaż o Rosji. „Imperium” Nialla Fergusona – esej o Wielkiej Brytanii. I pańskie „Imperium”. Czym te trzy imperia się różnią?

To Imperium istnieje, a tamte się rozpadły. Rozpadły się między innymi dlatego, że imperium nie znosi konkurencji i wchłania wszystko dokoła. Ludzie tego nie rozumieją i marzą o powrocie starego porządku. Zwłaszcza u Fergusona dobrze widać tęsknotę za formą imperium, którą znamy z historii. To jest wizja, która ma prowadzić do neutralizacji imperium wielości. W „New York Timesie” może pan przeczytać, że dzisiejsze wielkie ruchy społeczne są antyglobalistyczne, co znaczy antyimperialne. Ludzi walczących o lepszy kształt nowego globalnego imperium przedstawia się jako siłę wrogą globalizacji. To jest oczywisty absurd wynikający z rozpaczliwych prób przejęcia kontroli nad globalizacją. Elity państwowe chcą odzyskać władzę, która im się wymknęła. Spór o Irak między Ameryką a Francją jest tego dobrym przykładem. Tu przecież nie chodzi o Irak, tylko o to, kto będzie rządził światem. Francuzi mają swoją wizję. Amerykanie swoją. Jednym ani drugim nie udaje się wcielić w życie ich wizji, bo rządzi Imperium.

 

Nie przypadkiem przypomniałem te trzy modele imperium: totalitarny u Kapuścińskiego, liberalny u Fergusona i wasz – model niewidzialnego imperium XXI w. W imperium totalitarnym rządzi dyktatorska władza. W liberalnym – demokratyczne państwo. A w waszym?

Rynki, wielkie migracje, Internet, zjawiska niematerialne – świat pracy niematerialnej, konkurencja intelektualna, kultura, mody, trendy. To jest przepotężny, fundamentalny proces.

 

Dobry czy zły?

Dobry, ale wymagający uporządkowania. Amerykanie próbują to zrobić samodzielnie. Chcą jednostronnie podporządkować sobie globalizację. Konkuruje z nimi globalna arystokracja – rynkowa, rządowa, intelektualna, społeczna, która próbuje stworzyć mechanizm kontroli wielostronnej.

 

A pan po której jest stronie?

Po stronie wielości. Imperium stwarza niezwykłą szansę dla sił wolnościowych. Sprawą zasadniczą jest obrona wielości przed jednostronnością.

 

Czyli przed Ameryką?

Przed siłami państw narodowych, które próbują odzyskać kontrolę, ale już są za słabe. Nawet Amerykanie nie mają na to dość siły. Z jednym małym Irakiem nie mogą sobie poradzić. Chcieli ograniczyć terroryzm, a zamiast tego rozwlekli go po Europie. Blair sam się ośmiesza, gdy mówi, że nie istnieje związek między atakiem na Irak a zamachami w Londynie.

 

To jakie reguły, pana zdaniem, rządzą dziś światowym porządkiem?

O tym cały czas próbujemy mówić. Widzę, że nowoczesna władza nie może być scentralizowana, zhierarchizowana. Świat musi już być rządzony przez współistniejące siły, różne procesy i nurty. Państwa nie mają już władzy. Suwerenność państwowa stała się iluzją. Rządy jeszcze myślą, że rządzą, ale nie mogą już wygrać walki o utrzymanie władzy. Władza rządów została podzielona między różne ciała.

 

Więc kto rządzi?

Imperium.

 

A kto rządzi w Imperium?

Piramida władzy zbudowana z monarchii, arystokracji i sieci.

 

Nie Ameryka?

Ameryka hegemonicznie kontrolująca globalne użycie siły jest na samym szczycie monarchii i całej piramidy władzy, ale nie jest Rzymem XXI w., chociaż wciąż ktoś ją ku temu popycha. Jak w pierwszym wieku chrześcijaństwa rzymska arystokracja zabiegała, by August w interesie publicznym wziął władzę cesarską, tak dziś rozmaici aktorzy – zwłaszcza organizacje humanitarne – zabiegają, by Ameryka stała na straży globalnego porządku. Wciąż słyszę o antyamerykanizmie, ale kiedy przychodzi kryzys, widzę raczej filoamerykanizm. Wojna w Iraku była pierwszym od dawna przypadkiem amerykańskiej interwencji, o którą Waszyngtonu nie trzeba było prosić. Haiti, Somalia, Bośnia – to wszystko były interwencje wyproszone przez imperialną większość i pokazujące uprzywilejowaną pozycję Ameryki w Imperium.

 

Pana zdaniem pozycja USA jest uprzywilejowana w sposób niezasłużony?

Z pewnością zasłużony. Po zimnej wojnie na Amerykę spadła światowa władza policyjna, bo nikt inny nie jest zdolny do pełnienia tej roli. W latach 90. USA okazały się pierwszym historycznie imperium skłonnym wykonywać imperialną władzę policyjną w imię globalnej sprawiedliwości, a nie tylko w imię swoich interesów. Formalnym początkiem tego nowego imperialnego porządku była wojna w Zatoce prowadzona przez Busha seniora. W tym sensie Ameryka nie była mocarstwem imperialistycznym, ale imperialnym.

A wojna w Iraku?

To jest objaw regresu spowodowanego przez powrót logiki imperialistycznej. Wojna w Iraku jest wojną imperialistyczną, prowadzoną we własnym interesie, wbrew imperialnej większości i w tym sensie jest sprzeczna z konstytucją epoki. Nawet w obrębie szczebla monarchicznego Amerykanie nie uzyskali poparcia dla tej wojny.

 

Co to znaczy: w obrębie szczebla monarchicznego?

To znaczy, że nie poparły jej nawet najważniejsze państwa – uczestnicy G7, stali członkowie Rady Bezpieczeństwa ani czołowe organizacje międzynarodowe, takie jak ONZ czy NATO, które obok Ameryki należą do szczebla monarchicznego Imperium. Sprawa Iraku chwilowo zepchnęła Imperium ku tyranii, ale już widać, że to jest chwilowa zmiana, bo cała piramida władzy się przeciw niej burzy.

 

Kto jeszcze należy do tej piramidy?

Poniżej monarchii jest arystokracja – gęsta sieć upleciona przez ogół państw i największe globalne korporacje kontrolujące przepływ kapitału, kultury, ludności, technologii. Trzecie piętro to demokracja – sieć niezliczonych grup reprezentujących interesy ogółu, siedlisko ruchów społecznych, środowisk, organizacji pozarządowych. Formalnie nikt na tym poziomie nie ma żadnej władzy, ale takie organizacje jak OXFAM, Amnesty International, Human Rights Watch, Greenpeace należą do największych globalnych graczy politycznych.

 

A Europa?

Anglia, Francja, Niemcy należą do monarchii, a Europa jako polityczny podmiot niewiele dziś znaczy. Samo to, że Imperium powstało na gruzach europejskich imperiów, ma już wystarczającą wymowę. Europę zniszczyła jej klasa próżniacza. Zdemoralizowana, gotowa w swoim interesie odwołać się do faszyzmu, nacjonalizmu, populizmu, a teraz chowająca się za falą globalnego neoliberalizmu. Z Europy uleciał duch, kiedy na gruzach imperializmu powstało Imperium. A kiedy nie ma ducha, nie sposób się odnaleźć w całej tej piramidzie, która jest w nieustannym ruchu. Nigdy nie można powiedzieć, w którym jej punkcie zapadnie, a nawet gdzie naprawdę zapadła, jakaś kluczowa dla wszystkich decyzja. Wszyscy się nieustannie zaskakują, obserwują, kontrolują i ograniczają. Imperium się nieustannie zmienia i nigdy nie wraca do tego samego układu.

 

Więc nikt za nic nie odpowiada.

Bo faktycznie nikt sam o niczym nie decyduje i nikt nie może sam skutecznie narzucić swojej władzy reszcie.

 

To widać, kiedy przychodzi do rozstrzygania najpoważniejszych problemów takich jak: ocieplenie, klęski głodu, globalne epidemie.

To jest cena. Ale taki układ ma swoje zalety. Polibiusz, grecko--rzymski autor pierwszej historii powszechnej, uważał, że rzymskie imperium było najpotężniejsze, kiedy odwołało się do tych trzech form dobrej władzy naraz. Do monarchii, którą reprezentował cesarz. Do arystokracji reprezentowanej przez senat. I do demokracji pozwalającej ludowi kontrolować dwie pozostałe władze. Bo takie połączenie chroniło monarchię przed stoczeniem się w tyranię, arystokrację przed przejściem w oligarchię i demokrację przed popadnięciem w anarchię.

 

Pan uważa, że teraz też to działa?

Tego nie jestem pewien. Zwłaszcza po ataku na Irak mam raczej wrażenie, że w naszym przypadku triada Polibiusza działa teraz na opak. Monarchia staje się globalną siłą policyjną, a zatem formą tyranii. Arystokracja zajęła się operacjami czysto finansowymi, zamiast rozwijać prawdziwą przedsiębiorczość, więc zmierza ku oligarchii pasożytującej na własnym społeczeństwie. A demokracja, czyli rezerwuar wielości, coraz wyraźniej nabiera charakteru korporacyjnego, działa egoistycznie, reakcyjnie, a nawet fundamentalistycznie. Na każdym szczeblu władza tak się koncentruje na własnych interesach, że niszczy wspólną tkankę, dzięki której istnieje. To Imperium – tak jak każde poprzednie – stopniowo podcina gałąź, na której wyrosło. Może nawet robi to intensywniej niż jego poprzednicy.

 

Dlaczego pana zdaniem?

Może dlatego, że to Imperium nie ma swojego Rzymu. Monarchia jest przecież rozproszona, wieloosobowa. Arystokracja próbuje kierować gospodarką, która jest coraz mniej uchwytna, a nie potrafi kontrolować sieci, gdzie toczy się prawdziwe życie. Demokracja jest blokowana przez wpływy monarchii i arystokracji. A prawdziwa walka, która ten system rozsadza, toczy się między gospodarką a polityką.

 

Kto ją może wygrać?

Nikt nie może wygrać ani zdobyć takiej władzy, jaka istniała dotychczas. Natomiast różne podmioty coraz zręczniej formują nasze życie skłaniając nas do różnych zachowań i postaw.

 

Pan mówi o propagandzie?

Propaganda to było proste manipulowanie świadomością ludzi. Jesteśmy już dalej. Demokracja zamieniła się w spektakl. Politycy, którzy stracili wielką część swojej władzy, zrównali się z gwiazdami show-biznesu. Debata polityczna sprowadza się do sprytnego zachwalania towaru, a udział w polityce oznacza wybór sztucznie wykreowanych obrazów. Cały współczesny spektakl polityczny to wielka manipulacja medialna.

 

Pana zdaniem ktoś konkretny za tą manipulacją stoi?

Nikt. Nie ma jednego miejsca, z którego ktoś rządziłby imperialnym spektaklem. Przynajmniej w tym sensie, że nie istnieje – jak w krajach totalitarnych – żaden centralny ośrodek celowo kształtujący nasze emocje i myśli. Tę władzę ma Imperium. Jego władza jest wypadkową działania różnych aktorów z niebywałą siłą wpływających na nas i na siebie nawzajem. A jednak cały spektakl funkcjonuje tak, jakby takie imperialne centrum dyspozycyjne istniało. To rodzi kolejne fale najfantastyczniejszych teorii spiskowych.

 

Pana zdaniem niesłusznych?

Słusznych i niesłusznych. Istota spektaklu na tym właśnie polega, że biegnie on tak, jakby rząd, korporacje, media, wojsko, banki podlegały jakiejś jednej imperialnej władzy i realizowały jakiś jeden scenariusz zmierzający do tego, żeby nas przerazić i podporządkować. Natura interesów wszystkich tych instytucji sprawia, że posługują się tym samym z grubsza narzędziem, czyli strachem.

 

To nie jest nowy wynalazek.

Oczywiście, że nie jest. Już przecież Hobbes pisał w „Lewiatanie”, że gdy chce się skutecznie dominować, najlepiej odwołać się do strachu. Uważał, że strach to najsilniejsze spoiwo społeczne. We współczesnym społeczeństwie spektakl strachu też jest podstawowym narzędziem kontroli. Ponowoczesny spektakl wydaje się być oparty na pożądaniu dóbr i przyjemności konsumpcji. Ale jego istotą jest łączenie pożądania i przyjemności z lękiem. Czym więcej pożądania i silniejsza przyjemność, tym większy strach przed utratą czy niezaspokojeniem.

 

Tu też nie ma nic nowego.

Nowe jest kreowanie lęku na niespotykaną skalę.

 

Pan myśli, że jesteśmy celowo straszeni?

W jakimś sensie. Nie istnieje żadne imperialne centrum kreowania strachu, ale mechanizm Imperium sam sprawia, że bardzo wielu aktorów na różnych poziomach szuka w strachu racji swojego istnienia. Może nie wymyślają zagrożeń, ale je wciąż eksponują. Od reżyserów, powieściopisarzy i mediów, po generałów, firmy ubezpieczeniowe, koncerny farmaceutyczne, ochroniarzy, tajne służby i rządy – wszyscy z tego żyją. Nie trzeba żadnego spisku, żeby nas nieustannie przerażać. Współdziałanie może być całkiem spontaniczne i nawet nieuświadomione. Zresztą przestraszyć nas jest zapewne łatwiej niż kiedykolwiek, bo rzeczywistość zmienia się tak szybko i tak prędko powstają nowe zagrożenia albo niebezpieczeństwa, które są nam przedstawiane jako społeczna nowość, że w otaczającym świecie czujemy się coraz bardziej obco i niepewnie.

 

Na przykład z powodu terroryzmu?

Ja myślę, że większą rolę odgrywają zmiany w gospodarce. Zwłaszcza na rynku pracy. Krótko można je podsumować hasłem: więcej pracy, mniej płacy. Nieustanny lęk o pracę i przyszłość stał się kluczowym motywem ludzkiego życia i politycznych wyborów. Kraje próbujące nadal regulować reżim zatrudnienia, hamujące deregulację i mobilność siły roboczej są przez Imperium karane za pomocą globalnych przepływów kapitałowych i gier walutowych. To samo dotyczy polityki socjalnej. Każdy rząd, który próbuje obronić zdobycze socjalne, jest przez Imperium niszczony.

 

To jest rezultat globalnej konkurencji.

Ale tu nie chodzi tylko o gospodarkę. Proces imperialny sprawia, że dokonuje się zacieranie granic.

 

W jakim sensie?

W takim, że Imperium nie ma ostatecznych granic. Nie niszczy innych potęg, ale się na nie otwiera i włącza je do swojej przestrzeni, która jest zawsze otwarta. Włączyło wschodnią Europę, potem Rosję, próbuje włączyć Chiny. Nie podbija ich, nie podporządkowuje, nie okupuje, ale asymiluje. Ten mechanizm wirtualna konstytucja Imperium przyswoiła z konstytucji Stanów Zjednoczonych, które z zasady też nie podbijały, ale asymilowały. W tym sensie ekspansja imperium nie ma nic wspólnego z Imperializmem. Państwa imperialistyczne włączały zamknięte przestrzenie w swoją zamkniętą przestrzeń. Imperium otwiera zamknięte przestrzenie kolejnych państw narodowych na swoją otwartą przestrzeń. Dzięki temu jego cicha ekspansja odbywa się z zasady bezboleśnie. Na nowych obszarach pojawia się imperialna gospodarka ponadnarodowa, imperialna uniwersalna kultura, imperialne prawa człowieka, imperialne uniwersalne marki, imperialne media, imperialne zasady gospodarcze. Polska jest dobrym przykładem.

 

My sami chcieliśmy się włączyć.

Dlatego mówię, że to jest typowy przykład bezbolesnego imperialnego, a nie imperialistycznego rozszerzania granic. Po 1989 r. prawie cały Drugi Świat został tak wchłonięty przez Pierwszy. Potem zaczęło się zacieranie granic między światem Trzecim a Pierwszym. I tu wybuchło napięcie. Trzeci Świat wkroczył do Pierwszego i osiadł w nim jako getto, slums wciąż uzupełniany przez nowych imigrantów i spychanych tam dotychczasowych mieszkańców, którzy nie pasują do nowego systemu. A jednocześnie Pierwszy Świat pełną parą wkracza do Trzeciego w postaci imperialnych mechanizmów gospodarki i władzy, giełd, banków, mediów, konsumpcji, metod zarządzania. W rezultacie na obszarze Imperium tuż obok siebie żyją zbiorowości o skrajnie odmiennym statusie. To powoduje stan ciągłego napięcia i zagrożenia. Trzeba tworzyć potężne instytucje kontroli, żeby te zbiorowości od siebie separować i poddawać ogólnoimperialnym rygorom. Równowaga wewnętrzna staje się dla Imperium sprawą zasadniczą i wymaga odpowiednich narzędzi.

Czyli wojny z terroryzmem?

To jest tylko etap albo – jak pan woli – hasło przywracania ładu. Jego budowaniu na długo przed wybuchem wojny z terroryzmem służyły bomba, pieniądze i sieć – trzy potężne narzędzia władzy na jej różnych szczeblach. Każde z tych narzędzi ma swoją symboliczną stolicę. Bomba w Waszyngtonie. Pieniądze w Nowym Jorku. Sieć w Los Angeles. Potęga Ameryki wynika między innymi z tego, że wszystkie one są na jej terytorium. Ale to nie znaczy, że Ameryka kontroluje narzędzia. Nawet bomba – narzędzie monarchii – jest bronią całego szczebla monarchicznego. Monarchia strzeże jej zazdrośnie. Bo bomba koncentruje władzę w kręgu monarchicznym Imperium i większość państw pozbawia faktycznej suwerenności.

 

W jakim sensie?

Przede wszystkim w takim, że odbiera im faktyczne prawo decydowania o wojnie i pokoju, co zawsze było jednym z podstawowych atrybutów państwa. Każda próba wybudowania bomby poza kręgiem monarchii uważana jest za uzurpację groźną dla całego systemu i napotyka natychmiastową reakcję całego szczebla monarchicznego.

 

Bo bomba atomowa jest rzeczywiście groźna.

Ale nie tylko dlatego, że ktoś jej może użyć. Nawet gdyby jakieś niepowołane państwo zbudowało bombę i tak nie zdoła zrównoważyć potęgi monarchii. Natomiast odbierze jej monopol ostatecznej, metafizycznej potęgi. Naruszy sacrum systemu i go zdestabilizuje. Gdyby użyło tej broni przeciwko Imperium, zostanie obrócone w perzynę. Ale nadweręży porządek. Inaczej jest z pieniędzmi, które są bronią imperialnej arystokracji. Tu nikt nie ma monopolu i nikt nie może nikomu zakazać udziału we władzy. Do kręgu arystokratycznego każdy może wejść i każdy może z niego wypaść, tak jak wszedł do niego Microsoft, a wypadł z niego Enron. Wszyscy muszą tylko respektować zasady. Kto je narusza, tego Imperium zniszczy. W sieci jest najwięcej wolności. Sieć to komunikacja, władza symboliczna, kultura. Tu dostęp ma każdy i nikt nie podlega żadnej formalnej władzy. Teoretycznie jest to przestrzeń prawdziwej globalnej demokracji. Ale tę demokrację znów ogranicza kapitał, którego nikt nie może powstrzymać, bo państwo nie ma tu już nic do gadania. Jednak to też nie znaczy, że w symbolicznej sieci panuje anarchia. Tak jak dwa pozostałe narzędzia, jest ona kontrolowana przez podstawową zasadę. Jak rola bomby wynika z zasady zniszczenia, a rola pieniądza z zasady szacunku, tak rola symbolicznej sieci komunikacyjnej imperialnej kultury opiera się na strachu i straszeniu.

 

 

Jak to się dzieje, panie profesorze, że wszystkie wielkie polityczne wizje są takie ponure?

Dlaczego pan uważa, że to jest ponura wizja?

 

A pan tak nie uważa?

Ja myślę, że to jest w gruncie rzeczy wizja optymistyczna, bo ona pokazuje, że świat poszedł do przodu. Imperium jest lepsze od imperializmu przynajmniej w tym sensie, w jakim Marks uważał, że kapitalizm jest lepszy od niewolnictwa i feudalizmu.

 

Panu się ten porządek podoba?

To nie jest zły porządek, chociaż ma swoje wady.

 

Dość oryginalna opinia jak na komunistę.

Duża części lewicy komunistycznej, socjalistycznej i liberalnej uważa inaczej, ale to jest rezultat jej intelektualnego kryzysu. Po wypaleniu się buntu lat 60. lewica pozostała więźniem mentalności odchodzącej epoki. Próbowała lokalizować walkę, gdy procesy się globalizowały. Przeciwstawiała się globalizacji, broniła państwa narodowego i logiki walki klasowej. A globalizacja daje siłom wolnościowym nowe możliwości. Podtrzymując Imperium, twórcze siły wielości mogą przecież stworzyć własne kontrimperium. Możliwość budowania lepszego świata, tworzenia alternatywnych społecznych organizacji daje dziś dekonstrukcja władzy zglobalizowanego kapitalizmu. Globalizacja, o ile rozbija poprzednie struktury władzy, stanowi szansę wyzwolenia wielości.

 

Jak to pańskim zdaniem miałoby się dokonać?

Na pewno już nie tak, jak to sobie wyobrażał Marks, że ruch wolnościowy jest jak kret, który wychodził na powierzchnię w czasach otwartego konfliktu klasowego, a potem wracał pod ziemię, by ryć swoje tunele i wyskoczyć na powierzchnię, gdy przyjdzie właściwa pora – jak w 1830, 1848 czy 1870 r. Kret zdechł. Deluze pisze, że zastąpił go wąż. Walka już nie musi schodzić do podziemia, więc wciąż snuje się po krajobrazie Imperium. Im bardziej kapitał się globalizuje, tym powszechniejszy jest skutek pojedynczej rewolty. Bunty już się nie rozlewają po świecie, jak kiedyś sądził Trocki. Nie uderzają w kolejne najsłabsze ogniwa. Albo nie mają żadnego znaczenia, albo wprost trafiają w samo jądro Imperium.

 

Czyli w WTC?

Pan ciągle myśli w kategoriach poprzedniej epoki. Wyobraża pan sobie, że jądro Imperium to – tak jak zawsze było – miejsce, gdzie kumulują się moce: polityczne, ekonomiczne, militarne, symboliczne. Ale tak pojmowane jądro teraz nie istnieje. Jądro jest wirtualne, podobnie jak Imperium.

 

To jak w nie można uderzyć?

Symbolicznie. Każde ognisko spektakularnego oporu pokazuje całemu Imperium, jakie procesy są uniwersalnie możliwe, a jakie stanowią zagrożenie.

 

Ale siła globalnego porządku stała się tak wielka, że pojedynczy sprzeciw jest izolowany – jak w Chiapas, na Białorusi, na Kubie – albo przełamywany, gdy może stać się groźny – jak w Libii czy w Iraku.

To nie znaczy, że nie wywołuje wstrząsu i nie zmienia Imperium. Zresztą nie chodzi tylko o sprzeciw fizyczny. Spinoza pisał, że prorok tworzy własny lud. W tym sensie prorocy i idee tworzą też Imperium. Myśliciele, idole, manifesty dyskurs polityczny wypełniają spinozowską misję tworząc wyobrażenia świata i kreując marzenia, które organizują działania wielości. Ponieważ Imperium ma wirtualny porządek i jego konstytucja w dużej mierze też jest wirtualna, a kształt nie jest w żaden sposób zdeterminowany, prorocy mogą je zmieniać, tworząc nowe teologie materialistyczne.

 

Do czego one by miały prowadzić? Ma pan jakiś projekt dobrego porządku?

Nie da się wymyślić nowego systemu. On musi się rodzić w wielości. Wielość będzie musiała stopniowo stworzyć nowe formy demokracji i władzy przedstawicielskiej, które wyprowadzą nas poza Imperium. Wiem tylko, że Imperium nie można stawić czoła za pomocą projektu obliczonego na lokalną skalę. Można z nim walczyć tylko na jego własnym poziomie odpowiednio popychając procesy imperialne. Z globalizacją trzeba się mierzyć za pomocą innej globalizacji, Imperium zwalczać budując kontrimperium. Tu inspiracją jest św. Augustyn, który doskonale rozumiał, że żadna ograniczona grupa nie mogła zmierzyć się z Rzymem. Mogła tego dokonać tylko wspólnota powszechna, katolicka.

 

Ale jak to się może odbyć w Imperium bez Rzymu?

Na pewno zupełnie inaczej niż zawsze do tej pory. Sfera polityczna straciła niezależność. Państwo przestało być ważne, więc nie ma sensu dokonywać zmiany w pojedynczym kraju. To sprawia, że tracą znaczenie stare formy oporu – organizacje robotnicze, partie, rewolucje. Trzeba wymyślić jakąś nową formę rewolucji.

 

Ma pan pomysł jaką?

Ja myślę, że to przede wszystkim musi być rewolucja mentalna, intelektualna. Burżuazyjna metafizyka ma przemożną siłę. Szczególnie powszechne stało się złudzenie, że kapitalizm jest wieczny i nieprzezwyciężalny. A przecież nic w historii nie jest wieczne ani nieprzezwyciężalne. Ludzie muszą zrozumieć, że naturalność kapitalizmu jest mistyfikacją, a alternatywą nie musi być anarchia.

 

Ale nie wiemy co.

Żadnej wielkiej formacji nikt przecież nie wymyślił. Nikt nie wymyślił niewolnictwa, feudalizmu ani kapitalizmu. Kiedyś próbowano wymyślić komunizm i to się źle skończyło.

 

Więc jak pana zdaniem ta walka ma wyglądać?

Trzeba wzbudzić w ludziach wolę bycia przeciw. Pytanie, jak to zrobić? Dziś problemem nie jest to, dlaczego ludzie się buntują, tylko to, dlaczego się nie buntują.

 

Może nie mają powodu? Może jest im dobrze?

Ja tego powszechnego zadowolenia nie widzę.

 

Więc czemu się nie buntują?

Zasadniczym problemem jest zidentyfikowanie wroga, przeciwko któremu mamy się buntować. Doświadczamy wyzysku, alienacji i władzy jako wrogów, ale nie wiemy, kto je tworzy. Gnębią nas reguły, które nie mają autorów ani strażników. Ilekroć zaczynamy ich szukać, wpadamy w labirynt powiązań i powstających nie wiadomo gdzie konieczności stanowiących istotę systemu.

 

Skoro ten system jest tak skonstruowany, to może walka stała się niemożliwa? Trudno przecież fechtować się z cieniem.

To nie jest fechtowanie się z cieniem. Skoro nie ma już tego zewnętrznego wroga, musimy być przeciw wszystkim zasadom Imperium. W poprzedniej epoce podstawową formą oporu był sabotaż. W epoce imperialnej może nią być dezercja. Nieprawda, że nie ma już pola bitwy. Teraz pole bitwy jest wszędzie.

 

Ale w imię czego mamy tę bitwę toczyć?

W imię lepszego świata. Świata bez korupcji, która w Imperium jest wszędzie. Indywidualna korupcja jako nieuczciwość. Korupcja gospodarki w formie zorganizowanego wyzysku. Korupcja zwracającej się przeciw ludziom władzy szukającej oparcia w terrorze. Wszystkie te formy korupcji są maskowane przez język. Dlatego walka z korupcją toczy się przede wszystkim w obrębie języka, który pozwala odzyskać kontrolę nad wiedzą, informacją, komunikacją, wyobrażeniami. Klucz jest w ludzkim umyśle. Dziś jesteśmy blisko tego klucza. Tak blisko, że czekamy już głównie na eksplozję nowej organizacji, która nam pozwoli odzyskać kontrolę nad Imperium.

 

Nam, czyli komu?

Wielości, czyli demokracji.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj