Widok na Słupsk z okien pewnej jadłodajni

Poranek w Słupsku
Zmieniał się Słupsk, zmieniał się Poranek. Poranek zmienił się mniej.
Codziennie rano pracownice Poranka ustawiają talerze z przykładowymi daniami, które można zamówić w barze.
Michał Łuczak

Codziennie rano pracownice Poranka ustawiają talerze z przykładowymi daniami, które można zamówić w barze.

W Poranku pracuje 20 pań, wszystkie z solidnym stażem.
Michał Łuczak

W Poranku pracuje 20 pań, wszystkie z solidnym stażem.

Obecne ceny: bigos 3,35 zł, barszcz 2,40, a ruskie (z tłuszczem) 4,89 zł.
Michał Łuczak

Obecne ceny: bigos 3,35 zł, barszcz 2,40, a ruskie (z tłuszczem) 4,89 zł.

W sezonie zimowym – od 23 listopada 2015 r. do 3 marca 2016 r. – w Poranku można było „zawiesić” zupę, czyli podarować komuś anonimowo ciepły posiłek. Wyszło 7600 takich zup.
Michał Łuczak

W sezonie zimowym – od 23 listopada 2015 r. do 3 marca 2016 r. – w Poranku można było „zawiesić” zupę, czyli podarować komuś anonimowo ciepły posiłek. Wyszło 7600 takich zup.

W latach 80. i 90. w Poranku jadało nawet 2 tys. osób dziennie. Dziś – mniej więcej pół tysiąca. W sezonie wciąż zdarza się, że kolejka zaczyna się już na ulicy.
Michał Łuczak

W latach 80. i 90. w Poranku jadało nawet 2 tys. osób dziennie. Dziś – mniej więcej pół tysiąca. W sezonie wciąż zdarza się, że kolejka zaczyna się już na ulicy.

Nie wszędzie w Słupsku można zjeść kaszę gryczaną czy pęczak, w Poranku są codziennie.
Michał Łuczak

Nie wszędzie w Słupsku można zjeść kaszę gryczaną czy pęczak, w Poranku są codziennie.

Z Porankiem sąsiaduje pierwsza w Polsce pizzeria. Włosi jedli pizzę z oliwkami i anchois, słupszczanie z makrelą, boczniakiem czy baraniną. Do dziś uznaniem cieszą się dwa smaki: z kiełbasą i pieczarkami.
Michał Łuczak

Z Porankiem sąsiaduje pierwsza w Polsce pizzeria. Włosi jedli pizzę z oliwkami i anchois, słupszczanie z makrelą, boczniakiem czy baraniną. Do dziś uznaniem cieszą się dwa smaki: z kiełbasą i pieczarkami.

Grażyna Nieradka wstaje po czwartej, w pracy jest po piątej. Przebiera się, rozmawia z koleżankami, ale zaraz się rozgląda, sprawdza, co trzeba zamówić, przynosi towar. Wszystkie zabierają się do produkcji. Naleśniczki trzeba smażyć, zrobić kakao, bułeczki, zupkę, żeby na otwarcie konsument miał danie fajne gorące. Bo tradycjonalista weźmie jajecznicę czy jajko sadzone. Ale niejeden prosi o pomidorówkę albo schabowego. I już o 7.30 ktoś otwiera przeszklone drzwi, wpuszcza wiatr, zamyka.

Cud

Za drzwiami ulica, kiedyś ruchliwa, jedna z najbardziej reprezentacyjnych w mieście. Już przed pierwszą wojną jeździły nią tramwaje. Wtedy miasto nazywało się Stolp. Słupskiem zostało w maju 1946 r. Rok po wojnie słupszczan było niemal 40 tys. i z każdym dniem ich przybywało: ściągali tu z całej Polski, najpierw jako osadnicy, później z nakazem pracy w ręku.

Przez ćwierć wieku miasto należało do województwa koszalińskiego, w 1975 r. zostało stolicą nowo utworzonego województwa słupskiego. Na niektóre miasta wojewódzki awans spadł niespodziewanie. Musiały dopiero znaleźć własną ścieżkę rozwoju, uruchomić fabryki, wybudować osiedla, przychodnie, szkoły.

Tomasz Urbaniak, badacz, który o historii regionu wie wszystko, mówi, że Słupsk był na awans gotowy: – Byliśmy większym od Koszalina, bardziej uprzemysłowionym ośrodkiem, który generował więcej pieniędzy i dawał więcej zatrudnienia. Cała Polska chodziła w naszych butach. Jadła cukierki z Pomorzanki. Były karczmy słupskie. Festiwal Pianistyki.

Przez kolejne lata miasto rozwijało się modelowo.

W 1988 r. Słupsk nazwano cudem gospodarczym. W 1990 r. liczba mieszkańców sięgnęła 100 tys., w 2000 r. przekroczyła 102 tys. i zaraz potem zaczął się powolny spadek. Dziś słupszczan jest 92 tys. Tak mówią statystyki. Ludzie – coś innego. Że to emeryckie miasto. Że statystyki zawyżają emigranci i młodzi, którzy wyjeżdżają studiować i już nie wracają. 87 proc. słupskiej młodzieży deklaruje, że po maturze wyprowadzi się z miasta (wyniki badań przeprowadzonych w 2015 r. przez naukowców z Akademii Pomorskiej).

Filar

Znowu ktoś wchodzi, trzaskają drzwi. Słychać urywane zdania, łoskot odkładanych tac, łyżeczka stuka o szklankę, łyżka o talerz. 10,74 zł, brzęczą monety, kasa się wysuwa, ślicznie dziękuję.

Po jednej stronie okienka ludzie w kurtkach. Podchodzą, zamawiają, płacą, zajmują stolik, jedzą i wychodzą na słońce lub deszcz. Po drugiej – kobiety w białych fartuchach. Żartują, rozmawiają, pochylone nad deskami do krojenia, fryturami, blatami, garnkami z zupą. Ręce wciąż mają w ruchu, ugniatają, posypują, nalewają, podają. Bez fartucha do ich świata nie przejdzie nikt. Ani pomoc kuchenna, ani fotograf, ani nawet kierowniczka Bogusława Panasiuk.

Do pracy tutaj nie garną się mężczyźni, więc to królestwo kobiet. Razem z kierowniczką pracuje ich 20, wszystkie z solidnym stażem. Na czele słupskiego Społem, które od lat zarządza barem Poranek, również stoi kobieta Eugenia Rębacz.

– Myśmy się na mężczyznach trochę zawiodły – przyznaje Bogusława Panasiuk. – Bo to ciężka praca, na nogach cały czas. No i dziewuchy lepiej się komunikują, więcej mają serca do pracy. Bo w kuchni trzeba mieć serducho, żeby wszystko smaczne było, wyglądało jakoś. I ja na ludzi nie mogę narzekać, zwłaszcza na te starsze pracownice, na ten filar, który trzyma kuchnię – mówi, poprawiając fartuch.

Filarem numer jeden jest Grażyna Nieradka, szefowa kuchni. Pracuje w Poranku od 1979 r. Filar numer dwa, Danuta Kubów, zaczęła pracę jeszcze wcześniej, w 1974 r. Dziś wizja związania się z firmą na kilkanaście lat – a co dopiero na kilkadziesiąt – jest nierealna. Całe zawodowe życie spędzić w jednym miejscu? Dzisiejszym 20-, 30-latkom to się już nie przydarzy.

A Grażyna Nieradka i Danuta Kubów mogły obserwować, jak się zmienia miasto, przez jedno okienko. Jak ludzie, którzy dopiero co wysiedli z pociągu, stoją przed barem i czekają na otwarcie. Jak się zmieniają dania, garnki i patelnie, jak piec, w którym się przez lata paliło węglem przyniesionym w wiaderku, przestaje być potrzebny. Jak wymieniają kafle na podłodze i kosze na śmieci na Wojska Polskiego, jak znikają markizy znad witryn zamykanych kolejno sklepów.

– Kiedyś od 6.30 miałyśmy otwarte. Wtedy było obuwie, Pomorzanka, Sezamor, dużo pracowników leciało z pociągu najpierw na śniadanie. Jedli jajecznicę, ale i dużo ziemniaków podsmażanych, zupy mleczne, mannę, kakao, i to w dużych kubkach, 300-gramowych – wspomina Grażyna Nieradka.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną