Dlaczego dzieciom z domów dziecka tak trudno zapomnieć o biologicznych rodzicach?

Nienawidzę, ale kocham
Więź dzieci z domów dziecka z biologiczną rodziną jest silna i trwa. Często mimo ogromu krzywd.
Dzieci idealizują rodziców, mimo że tak wiele od nich wycierpiały. Kiedy ktoś zapyta placówkowe dziecko, dlaczego znalazło się w bidulu, to ono powie, że przez opiekę społeczną albo sędzię, która się uwzięła.
Brain Light/Alamy/BEW

Dzieci idealizują rodziców, mimo że tak wiele od nich wycierpiały. Kiedy ktoś zapyta placówkowe dziecko, dlaczego znalazło się w bidulu, to ono powie, że przez opiekę społeczną albo sędzię, która się uwzięła.

W ciągu minionych 15 lat, po lekkiej zwyżce, ponadtrzykrotnie spadła liczba dzieci z domów dziecka, które wróciły do swoich „naprawionych” przez system rodzin.
PantherMedia

W ciągu minionych 15 lat, po lekkiej zwyżce, ponadtrzykrotnie spadła liczba dzieci z domów dziecka, które wróciły do swoich „naprawionych” przez system rodzin.

Rhendi Rukmana/StockSnap.io

audio

Audio Polityka Joanna Leszczyńska - Nienawidzę, ale kocham

Tekst ukazał się w POLITYCE w marcu 2016 r.

Ucałuj Agatkę, moją wnuczkę ukochaną – prosi matka w esemesie. Jaką wnuczkę? – nie może zrozumieć Agnieszka i wścieka się: jak się nie było matką, to czy można być babcią?

Pierwszego domu dziecka Agnieszka nie pamięta, bo miała wtedy rok. Zapisał się dopiero drugi, Dom Dziecka nr 1 w Łodzi, do którego zabrano ją z dwójką braci. Może to cud niepamięci, ale to nie był jakiś wstrząs. W domu była wódka, awantury i chleb z cukrem – czyli patent na głód, a w domu dziecka przynajmniej karmili. Dziś Agnieszka ma dom kilkadziesiąt kilometrów od Łodzi, ponaddwuletnią córkę i męża. Skończyła studia, pracuje w marketingu w dużej łódzkiej firmie i mówi, że „rodzonej matki”, choć bezdomna, pod dach nie wpuści. Bo to dla niej obcy człowiek. Do komórki wpisała ją z nazwiska, a nie po prostu „mama”. Na własny ślub nie zaprosiła, choć próbował to wymusić ksiądz. No, ale jednak potem wysłała jej z tej komórki zdjęcie swojej córki. Sama też wciąż coś za matkę załatwia.

Natalia tych kilka lat, jakie spędziła w domach dziecka, określa słowem: spokój. Sama chciała się tam przenieść. Nie po to odratowano ją w wieku 15 lat z próby samobójczej, żeby miała dalej znosić zapijaczonych rodziców, ciągłe kłótnie i jedną z najgorszych ulic Łodzi. Za sobą miała już śmierć dwuletniej siostry Gosi. Dziewczynka rano skarżyła się na ból głowy, z trudem oddychała, ale rodziców nie było. A kiedy wrócili nietrzeźwi późnym popołudniem, lekarz mógł wypisać już tylko akt zgonu z diagnozą: ropne zapalenie opon mózgowych. A jednak wychowawcy z domu dziecka pamiętają też, że Natalia wciąż im uciekała, usiłując wrócić do tego znienawidzonego domu.

Arsena pamięta ucisk w żołądku, towarzyszący każdej przepustce z bidula. Matka bywała nietrzeźwa, a wówczas ona jako jedyna z rodzeństwa odwracała się na pięcie i wracała do placówki. Sąd ograniczył matce władzę rodzicielską. Młodsze siostry po wyjściu z domu dziecka nawet zamieszkały z nią – no, ale wtedy to była już zupełnie inna kobieta. Posprzątała, ugotowała – nie tak, jak w dzieciństwie Arseny. A jednak na ścianie w jej nowym domu wiszą zdjęcia rodziców: ojca – alkoholika, który mówił, że jej nienawidzi, albo bił, no i matki.

Krzysztofowi, który uważa, że już się uporał z przeszłością i nie chce do niej wracać, matkę zabił konkubent, zadał jej 24 ciosy nożem. Krzysztof miał wtedy kilka lat. Potem był dom dziecka, chłopakiem formalnie opiekowała się łódzka Fundacja Ochrony Dzieci przed Okrucieństwem. Gdy tylko Krzysztof się usamodzielnił, ojciec ogołocił mu mieszkanie niemal ze wszystkiego – bo potrzebował forsy na alkohol. Potem go napadł i pobił. Odsiedział to w kryminale.

Z dawnego zbuntowanego życia, z dziewięciu kolczyków na twarzy zostały Krzysztofowi trzy i irokez na głowie, ale już nie tak kolorowy jak kiedyś. A jednak Roksana, z którą razem wychowują jej syna z poprzedniego związku, zauważa, że Krzysiek nieraz opowiada, ile się od ojca nauczył – dekarstwa, budowlanki czy stolarki. A w ubiegłym roku pojechał do Pszczyny szukać tego hotelu, w którym jego matka straciła życie. Czy zrobiłby to, pyta Roksana, gdyby przeszłość była mu obojętna?

Dlaczego nie mogli kochać?

Dr hab. Agnieszka Golczyńska-Grondas, socjolożka z Uniwersytetu Łódzkiego, w latach 2011–14 zbadała losy i tożsamość dorosłych wychowanków domów dziecka. Właśnie wtedy poznała Natalię – której losy opisała w książce „Wychowało nas państwo”– i 45 innych wychowanków tych placówek, wchodzących w dorosłość w latach 80. i 90. W ich losach przewijał się ten sam wątek: młodzi, którzy nie mieli wcześniej kontaktu z rodzicami, przeważnie próbowali ich odszukać.

Z wywiadów socjolożki wyłaniał się ogromny żal do rodziców za utracone dzieciństwo. To jedynie osoba, która mnie urodziła – mówili. Wielu, rozpoczynając samodzielne życie, starało się zerwać kontakty z rodzicami. Nie odbierali telefonów, wyrzucali bez czytania listy, grozili, że w przypadku odwiedzin wyrzucą ich za drzwi.

W rozmowie padały ostre słowa, że nie jest potrzebne „nawrócenie i wielka matczyna miłość”, bo matka liczy teraz tylko na pomoc, może nawet na alimenty – relacjonuje Agnieszka Golczyńska-Grondas. A jednak, kiedy badacze zagłębiali się w szczegóły, okazywało się, że więź wciąż jest. – Nawet jeśli rzadko kiedy wychowanek domu dziecka chce podtrzymywać kontakty z rodzicami, to jednak kocha rodzica i tego nie da się wymazać – podkreśla Magdalena Krotowska, psycholog z Międzypokoleniowego Domu Dziecka w Łodzi.

Uczucia zbudowane są jednak na poczuciu winy. Czasem jawnym, nazwanym, nawet jeśli absurdalnym – jak w przypadku wychowanka, którego matka opuściła, gdy miał trzy lata. Odwiedził ją niespodziewanie 15 lat później, a zaraz potem matka zmarła na udar. Syn został z przekonaniem, że mama zmarła przez niego. Częściej poczucie winy zaszyte jest gdzieś głębiej. „Co się stało w życiu mojej matki czy ojca, że nie mogli mnie kochać? Co ja takiego zrobiłem, że ich nie uratowałem?”.

Psychologowie obserwują też, jak dzieci idealizują rodziców, mimo że tak wiele od nich wycierpiały. Kiedy ktoś zapyta placówkowe dziecko, dlaczego znalazło się w bidulu, to ono powie, że przez opiekę społeczną albo sędzię, która się uwzięła. A to najgorzej przez matkę traktowane pójdzie do wychowawcy i zapyta, czy może zanieść jej swoją obiadową zupę, bo mama jest chora. Ta tęsknota, czasem nieuświadamiana, za rodzicem, który nie wywiązał się ze swojej roli, tkwi w człowieku także w dorosłości. A pula wybaczania okazuje się właściwie nieskończona uważa Jolanta Zmarzlik, terapeutka dziecięca, związana z Fundacją Dzieci Niczyje, która przepracowała 13 lat w domu dziecka. Niby wyrzuca się więc za drzwi „tę, która wciąż pije”, a potem gryzie się, że „obcy jej pomagają, a ja nie”. Albo zaprasza się na Wigilię, kosztem własnych nerwów i swojej nowej rodziny, bo „przecież on nie będzie siedział sam w schronisku dla bezdomnych w taki dzień”.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną