Społeczeństwo

Co komu pisane

Byłego komornika nękają... komornicy

W efekcie on, egzekutor zasłużony na skalę krajową, zadłuża się na 7 tys. i dostaje wyrok eksmisji pod adres dobrze sobie znany przy Alei Spółdzielczości Pracy 42, spełniający warunki wczesnego średniowiecza. W efekcie on, egzekutor zasłużony na skalę krajową, zadłuża się na 7 tys. i dostaje wyrok eksmisji pod adres dobrze sobie znany przy Alei Spółdzielczości Pracy 42, spełniający warunki wczesnego średniowiecza. Vadymvdrobot / PantherMedia
O tym, jak na Marianie B., słynącym z komorniczej gorliwości na skalę krajową, zemścił się los i nasłał nań kolegów po fachu.
Co było prapoczątkiem końca? Kiedy z księcia zaczął stawać się żebrakiem? – nie umie odpowiedzieć na te pytania.Francesco Carta/Getty Images Co było prapoczątkiem końca? Kiedy z księcia zaczął stawać się żebrakiem? – nie umie odpowiedzieć na te pytania.
Tak wywindował kulturalny poziom odzysku, że nikt nie robił w egzekucji bez szkolenia u Mariana B.zigzagmtart/PantherMedia Tak wywindował kulturalny poziom odzysku, że nikt nie robił w egzekucji bez szkolenia u Mariana B.

O Marianie B., choć jako komornik operował na terenie Lublina, głośno było nawet w centrali. Mawiano o nim: geniusz. Jako kolekcjoner aforyzmów świata może powiedzieć o sobie, iż rozpoznano go po owocach. Znał każdy wartościowy kąt swoich dłużników, rozkład mieszkań, marki sprzętów AGD, szczeliny w płotach, a wszystko to wyceniał na oko. Niestety – by rzec aforystycznie – zemścił się na nim przewrotny los i na Marianie B. też zawisł wyrok eksmisji.

Ktoś stojący z boku spuentowałby ten fakt porzekadłem Jak Kuba Bogu. Otóż na lokal zastępczy wyznaczono mu parszywy budynek przy Alei Spółdzielczości Pracy 42. Tak się składa, że w większości zamieszkany przez łachudry, których B. osobiście poddawał czynnościom eksmisyjnym. Kiedy przybył na rekonesans przydzielonej kwatery, obstąpili go od razu, rozpoznając w Marianie B. swego oprawcę: – To pan?! A co pan tu robisz? Już wcześniej te łachudry z siekierami robiły na niego zasadzki. Czy eksmitujący zdają sobie sprawę z niebezpieczeństwa, na jakie narażają Mariana B.? Miałby teraz korzystać ze wspólnego wychodka na poddaszu i za każdą potrzebą drżeć o życie?

Marian B. powiedziałby o sobie, że od najmłodszych lat był predestynowany na komornika. Zawsze prymusek z komputerową pamięcią do szczegółów. Jeszcze dziś opisałby detalicznie elektryfikację rodzinnej wsi pod Łęczną, choć był wówczas czteroletni. Tak chłonny wiedzy, że zanim ukończył podstawówkę, przeczytał książki z trzech bibliotek: szkolnej, gromadzkiej oraz gminnej. Z technikum mechanizacji rolnictwa płynęły na adres matki wyrazy uznania dla syna przodownika w nauce. (By lepiej zrozumieć Mariana B., należy napomknąć, że w szkole, jak i w internacie, najbliżej trzymał się z Edkiem Wojtasem, nie byle kim, bo późniejszym posłem PSL i ofiarą smoleńską).

Wojsko na matczyny adres śle gratulacje za wychowanie żołnierza LWP, kierowcy czołgu jednostki pancernej o wybitnych walorach osobowych. Pisały o nim nawet gazety, m.in. z racji tego, że dwie godziny siedział w czołgu zatopiony podczas ćwiczeń na dnie Odry i nie tracąc animuszu cierpliwie czekał na ratunek. Do tego bardzo reprezentacyjny. W czasie inspekcji pokazowych w jednostce zawsze przewodnik po muzealnej sali tradycji. Pupil. Na jego wniosek formalny do niedzielnych posiłków żołnierzy dołączono deser w postaci kawy. Niestety, nie wypaliło. Bo – pyta Marian B. – kto miał się nią delektować, skoro była to, w przeciwieństwie do niego, wiejska ciemnota, która zlewy w ustępach brała za porcelanę? Popili tej kawy w ilościach herbacianych, podostawali palpitacji i mało nie powykańczali się.

Ukończywszy służbę ojczyźnie z wyróżnieniem, już Marian B. pnie się do góry jako kierownik transportu w handlu sprzętem rolniczym, gdy odwiedza go znajomy urzędnik skarbowy z propozycją awansu. – Po co – mówi – Marian, ty z twoimi walorami, szczeblem wiedzy, marnujesz się, szarpiesz? Chodź na komornika, pobijesz innych na łeb i szyję, bo to są ludzie prości. Długo wahał się z decyzją, jako że sam wywodził się z ubóstwa. Szarpał nim dylemat: czy to aby zawód szlachetny? Uspokaja się następującym aforyzmem biblijnym: Oddaj cesarzowi co cesarskie. W końcu nie chodziło o grabież okupancką. Miał egzekwować długi jak swój od swojego.

Jest 1980 r., gdy wychodzi na rejon i natychmiast przypada do gustu naczelnikowi wydziału. Bo gdziekolwiek by Mariana B. posłał, zawsze pieniądze pięknie odzyskane, protokoły przejrzyste, a jak uniwersytecko formułowane roszczenia wobec dłużników!

Nie ukrywa, że na komornicze wyżyny pomogła mu wznieść się pasja do aforyzmów. Ma w kolekcji ponad 100 tys. sentencji z całego świata. Czyta je codziennie, analizuje, po czym wykorzystuje w sytuacjach życiowych. Czego nie ma Marian B.? Myśli Seneki; O miłości prawie nic (Tu nadmieni, że miłość ma opanowaną do perfekcji); Myśli pań niepospolitych; Skrzydlate słowa; Mądrości narodów; Aforystykon; Dykteryjki; Cytaty łacińskie na każdą okazję; Rzymskie epitafia; Nieprzyjemne prawdy i tak dalej.

O byciu przebiegłym jak wąż

Przez 20 lat przydzielany do najtrudniejszych spraw. Należy podkreślić, że komorniczył w okresie ustrojowych przemian, na które składał się melanż upadających firm państwowych i raczkujących kapitalistów, unikających podatków. Zarówno jednych, jak i drugich należało umiejętnie przycisnąć. Naczelnik zwracał się do Mariana B.: – Idź, myśl, kombinuj.

Odbiera należności od bankrutów najpotężniejszych w regionie. Przecina zakładowe łańcuchy, wchodzi, zabiera sprzęt na kilkaset tysięcy, a pracownicy od miesięcy bez pensji biją brawa. Przez jednego z przedsiębiorców wielobranżowych oskarżony nawet o podłożenie bomby pod biurowiec. Tymczasem to nie on, lecz podwykonawcy, którym biznesmen nie płacił. Tak czarował aforystyką, potrafiąc dostosować sentencję do zaistniałego zdarzenia, że lekceważący podatki, spłoszeni zalewem złotych myśli, sami pokornie wykładali pieniądze na stół. Należy wspomnieć, iż przed denominacją było ich tyle, że liczyło się dnie i noce.

Pewnego wierzyciela poprzednicy, ponaglani z centrali, ścigali trzy lata. Dopadł go w końcu Marian B., przegrzebując kosz na śmieci w gabinecie, który, uciekając przed nim naprędce, opuścił, zostawiwszy nieopatrznie karteczkę z aktualnym adresem do siebie. Przyłapany na wyładowywaniu towaru zbladł, proponując kawę na okoliczność negocjacji. Po wszystkim uścisnął mu rękę: – Wie pan, nie spodziewałem się, że są jeszcze tacy kulturalni egzekutorzy. Pewną komplikacją był fakt, że w latach 90. wraz z kiełkującym kapitalizmem pojawiła się biznesowa gangsterka. Marian B. musiał zaopatrzyć się w broń, ukończywszy uprzednio odpowiednie kursy.

Więc głośno się o nim zrobiło nawet w Warszawie, a przybywający na kontrolę delegaci pierwsze co chcieli, to poznać tego Mariana, słynącego z wyników.

Najtrudniej umysłowo miał przy obsłudze dłużników detalicznych typu pijak, mandaciarz, klient izby wytrzeźwień, pasażer na gapę komunikacji miejskiej, bezrobotny. Wpadając na rewizję, musiał wymyślać aforystyczne cuda, patrząc w oczy gromady siedzących na dywanie dzieci i jeden telewizor w tle. Przy czym, wchodząc, nigdy nie kopał w drzwi, co było przed nim nawykiem powszechnym.

W przypadku tych biedaczyn odzysk był sztuką bardzo obciążającą emocjonalnie i najmniej opłacalną. Bo co mieli na stanie? Wspomniany telewizor, trzeszczące radio, instrument muzyczny, fotel, ławę, okopcony obraz Matki Boskiej na ścianie, pralkę Franię. Wychodziły mu naprzeciw babuleńki, matczyny ściganych pijaczyn. Zapraszały do dużych pokoi, wskazując na leżących w czyściutkiej pościeli schorowanych mężów, którym muszą zakupić pampersy. Za co jeszcze mieć na ten mandat na poczet syna? Tłumaczył przez łzy, że nie zabiera, lecz tylko zabezpiecza. Musiał zachować się przebiegle jak wąż, jednocześnie nieskazitelnie niczym gołębica, co nie było proste.

Tak wywindował kulturalny poziom odzysku, że nikt nie robił w egzekucji bez szkolenia u Mariana B. Po trzy miesiące chodzili z nim w teren, obserwując fenomenalność. Kilkudziesięciu przyuczył w 20 lat służby skarbówce, przysparzając ojczyźnie dodatkowych pieniędzy. Na kursy do centrali też wysyłany tylko Marian B. Bronił się: – Niech jadą młodzi, ja to mam w małym palcu. Jednak naczelnik upierał się: Tylko ty wydziałowi wstydu nie przyniesiesz.

O tym, jak nosił wilk razy kilka

Gdyby miał odpowiedzieć na aforystycznie postawione pytanie: w którym momencie z księcia zaczął stawać się żebrakiem, nie umiałby tego zrobić.

Początkowo równie dobrze, co w komorniczym, wiodło mu się w rejonach prywatnych. Doceniony nawet przydziałem mieszkania, by urzędnik tej klasy nie tułał się po stancjach. Wprowadza się z o 10 lat młodszą żoną, którą poznał, anulując jej mandat za przejazd na gapę, oraz parką dzieci. Mija dzień za dniem. Marian B. wychodzi do pracy punktualnie na godzinę siódmą. Najpierw zdaje odzysk z dnia poprzedniego, ma dwie godziny na petentów błagających o prolongatę zapłaty, następnie udaje się w teren.

Przychodzi do domu wieczorową porą, pyta: co w domu?, zjadłszy rodzinną kolację, bierze dzieci na kolanka, po czym znów do późnych godzin nocnych zanurza się w egzekucyjne protokoły, sumuje w pionie i poziomie, a wszystko po to, by zadowolić naczelnika.

Zajęty komorniczym rytmem dnia, przy całej swej zawodowej czujności na szczegóły, nie zauważył ochłodzenia ze strony ciągle jeszcze młodej małżonki. Któregoś dnia po wspólnych latach siedemnastu zabrała parkę dzieci i wniosła o rozwód.

Jednak woląc przebywać przy nim, ojcu przewidywalnym, syn i córka uciekli od rozhisteryzowanej romantycznie matki, szukającej prawdziwej miłości. Co było prapoczątkiem końca. W przerwach od obowiązków względem państwa stał się więc mamusią, tatusiem, sprzątaczką, kucharzem, wychowawcą, do tego wszystko to zbiegło się z zawodowym wypaleniem Mariana B. Miał dość tych wizyt, podczas których dłużnicy walili w stół siekierą, a ich kobiety krzyczały: – Weź się uspokój, bo zabijesz pana! Tych zniewag na mieście: – Aleś się upasł na mojej krwawicy! Można to zilustrować aforyzmem pewnego zakonnika: Ile razy wyszedłem z domu, tyle razy wracałem mniejszym człowiekiem.

Przerzuca się na transport detaliczny typu majtki/rajstopy. Śpiąc w tanich agroturystykach, rozwozi towar po podlaskich wioskach. Choć realizuje nawet zamówienia nietypowe, w tym na wielkie dessous dla tamtejszych gospodyń, interes nie idzie. Marian B. będący na zasiłku celowym w wysokości 400 zł popada w coraz większe długi czynszowe. Wszystko, co ma, idzie na edukację coraz ambitniejszych dzieci, chcących naśladować jego przodownicze podejście do życia.

W efekcie on, egzekutor zasłużony na skalę krajową, zadłuża się na 7 tys. i dostaje wyrok eksmisji pod adres dobrze sobie znany przy Alei Spółdzielczości Pracy 42, spełniający warunki wczesnego średniowiecza. Licha izdebka bez ganku, drzwi frontowe przy samej ziemi, piec i kran z zimną wodą, do którego nie sposób podłączyć pralki. Kategorycznie odmawia. To nie jest miejsce godne jego przyzwoitej osoby. Z niedostatku lokatorzy umierają tam na zawały serca, a czasem wyskakują z okien w samych koszulach.

O przyjaciołach poznanych w biedzie

Gdyby miał określić, co jest dziś dla niego ważne, odpowiedziałby, że aforystyka wschodnia poruszająca temat śmierci ludzkiej. Zainteresowania te są najprawdopodobniej spowodowane stanem depresyjnym Mariana B., który nie może się pogodzić z faktem skierowania go pod adres zagęszczony przez element, poupychany po nieogrzewanych dziuplach, który w dodatku rozpoznał go jako oprawcę. Czy wiadomo, co tym typkom odbije w stanie upojenia, gdy człowiek zawsze przypomina sobie najgorsze? Jeszcze bardziej szlag ich trafi, kiedy zobaczą, że Marian B. nie pije. Już słyszał, jak to brudne zarośnięte woła za nim Jezusek. Co pomyślą o renomie urzędu miasta, skoro zobaczą wśród swoich tak zasłużonego pracownika?

Peregrynując po sądach z prośbą o porządną lokalizację dla jego eksmitowanej osoby, Marian B. zaznacza, że z wyżej wymienionych powodów nie przyjmie też kwaterunku przy ul. Lubartowskiej, Zamojskiej i innych skupiskach dawnych klientów. Swoje położenie określa nową porcją złotych myśli. Używa skrótu CZJCH: zadaj sobie pytanie: Co Zrobiłby Jezus Chrystus na twoim miejscu? W podtekście: czy skazałby na tułaczkę przyzwoitego człowieka?

Marian B. nie powie – składający mu komornicze wizyty (de facto jego byli kursanci) czują przed nim respekt. Delikatnie dopominają się w zawiadomieniach o natychmiastowe opróżnienie lokalu. Skoro nie chce przyjąć lokalizacji zastępczej, sugerują schronienie w całorocznych noclegowniach dla bezdomnych mężczyzn, czynnych w godzinach 18.00–8.00.

Komornicząc we własnej sprawie, Marian B. wykorzystuje świeże umysły własnych dzieci, obecnie pnących się w górę równie gorliwie jak on przed laty. Do sądowych pisemnych zażaleń swoje mądrości dorzuca syn, doktorant filozofii, który na światowych sympozjach odczytuje referaty o złożoności ludzkiego umysłu, stanowiącego jedną z największych zagadek ludzkości. Oraz córka, której nie mogą się nachwalić w prestiżowej fundacji w Glasgow, gdzie pnie się jako prawnik.

Marian B. trzyma w wiązanej teczce listy gratulujące mu córki, przodowniczki w nauce, w tym podpisany przez wicemarszałka Sejmu Kazimierza Kutza. Zaś prezydent miasta Lublina okrasił słowa uznania następującą sentencją: To, kim jesteś, jest niezmiernie ważniejsze od tego, co posiadasz.

Polityka 18.2016 (3057) z dnia 26.04.2016; Społeczeństwo; s. 31
Oryginalny tytuł tekstu: "Co komu pisane"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Rozmowa – klucz do udanego związku

Czego człowiek powinien się dowiedzieć o najbliższej mu osobie.

Ewa Wilk
25.02.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną