Tajemnica operatora ze Smoleńska

Sławek Wiśniewski nie padł
Od katastrofy smoleńskiej uśmiercano go już kilka razy. Po raz pierwszy zobaczy to wkrótce na ekranie. Premierę „Smoleńska” zapowiedziano na 9 września.
Wobec wagi propagandowej filmu indywidualny los Sławka Wiśniewskiego okazuje się nieistotny.
Maksymilian Rigamonti/Reporter

Wobec wagi propagandowej filmu indywidualny los Sławka Wiśniewskiego okazuje się nieistotny.

Szczątki polskiego samolotu na miejscu katastrofy, 10 kwietnia 2016 r.
Serge Serebro, Vitebsk Popular News/Wikipedia

Szczątki polskiego samolotu na miejscu katastrofy, 10 kwietnia 2016 r.

Sławomir Wiśniewski zwany Lolkiem, montażysta Telewizji Polskiej, 10 kwietnia 2010 r. ustawił w oknie pokoju nr 201 hotelu Nowyj niedaleko smoleńskiego lotniska Sewiernyj prywatną kamerę. Chciał nagrać lądowanie prezydenckiego samolotu we mgle. Ciekawiło go, jak uda się to małemu tupolewowi, skoro dwa dni wcześniej duży Ił 76 ledwie sobie poradził. W sąsiednich pokojach spali koledzy z innych ekip telewizyjnych i prasowych. Odpoczywali po wczorajszych zakrapianych urodzinach kierownika produkcji.

Około godziny ósmej Lolek musiał wyłączyć sprzęt, bo za jego oknem robotnicy zaczęli remonty. Usłyszał nienaturalny huk, aż ziemia lekko zadrżała, zobaczył 30-metrowy słup ognia, oniemiał, nerwowo zaczął szukać baterii, karty pamięci do aparatu. Pobiec w stronę lotniska czy nie pobiec? Na rosyjskim wojskowym terenie nie można swobodnie się przemieszczać. Pobiegł, po około 5–6 minutach był już na miejscu. Nadal nie wiedział, co się stało, oprócz tego, że to katastrofa jakiegoś polskiego samolotu. Krzyknął nieparlamentarnie: „Ja pierd…, to nasz!”, i nagrywał. Jeszcze nie wiedział, że to tupolew prezydencki.

Śmierć medialna

Kiedy Lolek filmował wrak samolotu, został zatrzymany przez rosyjskich funkcjonariuszy. – Tłumaczyłem, że mieszkam w hotelu, mam akredytację, jestem z polskiej telewizji, to moja robota, ale słabo działało – dzisiaj dziwi się, że nie chcieli go wykorzystać do dokumentacji miejsca, ale rozumie względy bezpieczeństwa. Rosyjscy funkcjonariusze zabrali mu kasetę (oddał inne nagranie), zatrzymali go na godzinę w samochodzie przy bramie lotniska. Potem pilnującemu go wojskowemu pokazał, że nic nie nagrał także na pozostałych kasetach (tymczasem sprytnie przewinął taśmę).

Najbardziej obawiałem się, że stamtąd nie wrócę. Nikt nie wiedział, gdzie jestem. 80 proc. członków innych ekip pojechało do Katynia, a tylko część ludzi została w hotelu. Miałem ze sobą dwa telefony, ale w jednym skończyły mi się środki na koncie – opowiada. Gdy dostał esemesa z wiadomością o prezydenckim samolocie, odpisał, że jest w Smoleńsku, zatrzymany. Przyjaciółka podniosła alarm w telewizji. Dzwoniono do niego do hotelu, ale go nie zastano. Część ludzi pomyślała, że Rosjanie Lolka aresztowali na dobre. – W tym czasie zdążyła przyjechać ekipa TVP – opowiada Sławomir Wiśniewski. – Zapytałem mojego kolegę operatora Radka Sępa, czy chcą materiały stamtąd. Na gorąco zaproponowałem, bez żadnych praw autorskich, żadnego wynagrodzenia. A mogłem dla Russia Today sprzedać na wyłączność za 30 tys. dolarów, miałem taką propozycję. Tylko czy po tym ktokolwiek chciałby ze mną jeszcze rozmawiać? Jego filmik, opublikowany w telewizji, poszedł w świat transmisją satelitarną. Na YouTubie zgromadził miliony wyświetleń. – Jedni robią dzieci, inni piszą książki, a jeszcze inni podpalili Rzym. W ten sposób utrwalają się w pamięci świata. Ja byłem pierwszy w Smoleńsku – mówi Wiśniewski.

W kilka tygodni po katastrofie zaczęto utożsamiać Sławka Wiśniewskiego z innym pracownikiem telewizji, operatorem TVN Krzysztofem Knyżem, który od lat pracował w Rosji, w tym na Dubrowce podczas dramatycznego ataku w teatrze. Prawicowe media i blogi podawały, że to Knyż pierwszy sfilmował podchodzenie do lądowania polskiego samolotu prezydenckiego na lotnisku w Smoleńsku, zanim rosyjskie siły specjalne zmusiły go do jego opuszczenia. Podawano, że materiały telewizyjne z pierwszych chwil katastrofy zniknęły.

W czasie katastrofy smoleńskiej Krzysztof Knyż leżał już jednak w moskiewskim szpitalu, chory na sepsę, która była powikłaniem po zapaleniu płuc. A to – efektem zaziębienia w trakcie relacjonowania wydarzeń na Ukrainie. Knyż nie mógł więc nagrywać materiałów w Smoleńsku, prawdopodobnie nie był nawet świadomy tego, co się stało. Po kilku tygodniach spędzonych w moskiewskim szpitalu przewieziono go do Warszawy, do szpitala na Banacha, gdzie zmarł.

O tym, że operator, który był w Smoleńsku, został uśmiercony, zasugerował internetowy serwis Bibuła: „Czy materiał, który sfilmował, był prawdziwą przyczyną śmierci Knyża? Na to pytanie media nie szukały odpowiedzi. TVN, dla którego zmarły operator pracował, podał jedynie krótką informację o jego śmierci”. Tak nazwisko zmarłego operatora wskoczyło na „listę dziwnych zgonów smoleńskich”, kolportowaną w internecie. Rozpoczyna ją śmierć jeszcze sprzed katastrofy, z 23 grudnia 2009 r. „Po ustaleniu wizyt w Smoleńsku przez Tuska i Putina ginie Grzegorz M., dyrektor generalny Kancelarii Premiera Tuska” – pisze jeden z prawicowych portali. „Z oficjalnej informacji wynika, że powiesił się na kablu od odkurzacza. M. podlegał Tomaszowi Arabskiemu. Zginął w dniu, kiedy do Polski po remoncie z szeregiem usterek powrócił Tu-154M. Ten sam, który kilka miesięcy później rozbił się pod Smoleńskiem”.

Śmierć filmowa

Tymczasem informacja o „zabitym operatorze” idzie w świat; w kilka lat po katastrofie wyświetlała się już na dziesiątkach portali, a prawicowi publicyści przywoływali jego śmierć jako oczywistość. W trzy lata po katastrofie, 10 sierpnia 2013 r., wspomniana zostaje podczas homilii w archikatedrze warszawskiej. O. Aleksander Jacyniak, jezuita związany z Telewizją Trwam, mówiąc o „obfitości zgonów”, wymienia m.in. operatora telewizji TVN, dodając, że: „zachodnia prasa pisała, że został zamordowany w moskiewskim mieszkaniu. Informacji tej nigdy nie zdementowano”.

W 2012 r. rozpoczęły się przygotowania produkcyjne do filmu. Zajęła się nimi Fundacja Smoleńsk 2010. Scenariusz napisali dziennikarze Marcin Wolski (znany bardziej jako satyryk), Tomasz Łysiak (też aktor i rysownik), producent telewizyjny i filmowy Maciej Pawlicki (również publicysta i polityk, bez powodzenia startował z list PiS w ostatnich wyborach do Sejmu) oraz Antoni Krauze. Ten ostatni, reklamowany przez producenta jako „autor m.in. wstrząsającej w swojej oszczędności i skromności relacji z masakry robotników w grudniu 1970 roku, pt. »Czarny czwartek, Janek Wiśniewski padł«”, miał film wyreżyserować.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną