Społeczeństwo

Wiara na miarę

Coraz więcej katolików przechodzi na protestantyzm. Skąd ten trend?

Od lewej: członkowie Kościoła ewangelicko-reformowanego – pisarz Tomasz Piątek i dziennikarka Eliza Michalik – z ich proboszczem ks. Michałem Jabłońskim Od lewej: członkowie Kościoła ewangelicko-reformowanego – pisarz Tomasz Piątek i dziennikarka Eliza Michalik – z ich proboszczem ks. Michałem Jabłońskim Leszek Zych / Polityka
Kościoły protestanckie budzą coraz większe zainteresowanie. Ludzie, którzy nie chcą rezygnować z duchowej wspólnoty, a coraz gorzej czują się w Kościele katolickim, szukają alternatywy.
Kościół ewangelicko-reformowany w Warszawie. Parafialny.Hiuppo/Wikipedia Kościół ewangelicko-reformowany w Warszawie. Parafialny.

Początkowo Michał traktował myśl o konwersji trochę jak żart. W rodzinie nie było innowierców. Ale jego matka często mówiła, że chyba jej bliżej do ewangelików. Drażnił ją kult świętych jako coś, co ociera się o bałwochwalstwo. W rodzinnej miejscowości Michała jest kościół ewangelicko-augsburski. Jego siostra chodziła tam śpiewać w chórze, on zaglądał na nabożeństwa. I czasem przychodziło mu do głowy: a może by tak... Dojrzewanie do konwersji to był proces. Najpierw narastało zażenowanie Kościołem katolickim: kazaniami księży, wypowiedziami hierarchów, rachitycznymi reakcjami na wyczyny ks. Międlara, kościelną interpretacją gender, która dla niego – humanisty, doktoranta na Uniwersytecie Warszawskim – jest po prostu niestosowną i nieuprawnioną manipulacją. – Ilu listów Konferencji Episkopatu Polski można wysłuchać bez wychodzenia z kościoła? – pyta Michał.

Prosi, by nie podawać nazwiska. Nie mówił jeszcze bliskim o swojej decyzji i wolałby to zrobić osobiście. – Zacząłem chodzić do dominikanów, bo u nich na mszach te listy nie są odczytywane, ale miałem poczucie, że robię jakiś dziwny unik. U nich też zresztą nie zawsze udaje się uniknąć zażenowania. Pamiętam rekolekcje, na których jakiś ksiądz stwierdził, że depresja to kwestia niewyspania. Byłem akurat razem z koleżanką cierpiącą na depresję. Wyszliśmy.

Etap drugi to było bliższe przyjrzenie się Kościołowi luterańskiemu. Na jego korzyść przemawia choćby to, że jest mniejszy, nie jest anonimową masą, a to daje poczucie należności do wspólnoty. I – według Michała – jest jakiś bardziej ludzki. Bez narzucania księżom bezżeństwa i celibatu, otwarty na dopuszczanie kobiet do ołtarza.

Na złości się nie buduje

Luteranie, czyli Kościół ewangelicko-augsburski, to największa wspólnota protestancka w Polsce. Liczy około 70 tys. wiernych. Drugi w kolejności jest Kościół ewangelicko-reformowany z kilkoma tysiącami wiernych. W obu panuje dziś większy ruch. Do tego dochodzą zielonoświątkowcy, baptyści, metodyści, pojedyncze zbory niezwiązane z żadnym Kościołem, wynajmujące w domach kultury sale na niedzielne nabożeństwa. Dlatego trudno o ścisłe liczby. – Fale reformacji w Polsce szybko hamowały, bo miały ziemskie przyczyny. W XVI w. szlachta przechodziła masowo na protestantyzm, bo nie chciała płacić podatków kościelnych i podlegać kościelnym sądom. W międzywojniu przyczyną był fakt, że protestanci dopuszczali rozwody. To choćby przypadek marszałka Józefa Piłsudskiego. Dziś ruch w konwersjach inspirują dzikie wyczyny Kościoła katolickiego, czyli też w pewnym sensie ziemska przyczyna – mówi Tomasz Piątek, pisarz, dziennikarz, członek Kościoła ewangelicko-reformowanego. – Cieszy mnie to zainteresowanie, ale to za mało. To musi mieć wymiar duchowy, głębszy, indywidualny.

Deklaruje, że od dzieciństwa miał poczucie, że z katolicyzmem jest coś nie tak. I nie chodziło o polityczne zaangażowanie. Przeciwnie, w latach 80. opozycyjne msze to było coś, co mogło się podobać. Chodziło raczej o wstręt do figur i obrazów. Miał poczucie, że jest coś złego w oddawaniu czci kawałkom materii. Raziła go infantylna, na wpół pogańska obrzędowość, czy status księdza jako istoty na wpół świętej, sprawującej autorytarną władzę nad parafianami. Czytał Pismo i coraz więcej się nie zgadzało. Jako 16-latek zaczął we Włoszech odwiedzać waldensów, najstarszą protestancką wspólnotę, z XII-wiecznym rodowodem. Po powrocie do Polski związał się z baptystami. Ostatecznie wstąpił do Kościoła ewangelicko-reformowanego. – To wcale nie było łatwe – przyznaje. – Przeszedłem kilkugodzinną rozmowę kwalifikacyjną z całym kierownictwem zboru. Dokładnie wypytywali o powody i motywacje. A mnie i tak było łatwiej, bo przychodziłem od baptystów i o teologii protestanckiej wiedziałem sporo.

Tych, dla których głównym motywem konwersji jest złość na Kościół rzymskokatolicki, pastorzy raczej zniechęcają, niż zachęcają. Jak deklaruje ks. Piotr Gaś, proboszcz Parafii Ewangelicko-Augsburskiej Świętej Trójcy w Warszawie, łowienie tych zezłoszczonych byłoby nieuczciwym i sekciarskim zachowaniem wobec osób poszukujących, ale także wobec Kościoła rzymskokatolickiego. Starają się przekonywać, że Kościół rzymskokatolicki jest duży, ma różne nurty i może zezłoszczeni powinni poszukać w nim innych grup, wspólnot, parafii. Na gniewie nie da się budować, decyzja musi dojrzewać i być świadoma. Zainteresowani najpierw zapraszani są do uczestnictwa w nabożeństwach i życiu parafii, by bez zobowiązań mogli poznać wspólnotę i tradycję.

– Jesteśmy małą społecznością, więc przed i po nabożeństwie witam i żegnam każdego uczestnika uściskiem ręki. To okazja do prośby o pierwszą rozmowę – opisuje ks. Michał Jabłoński, proboszcz parafii ewangelicko-reformowanej w Warszawie. – Nie poluję na wiernych, proszę, by się dobrze zastanowili. Ale ci, którzy do nas przychodzą, zazwyczaj są już dobrze przygotowani i wiedzą, dokąd trafili.

Wyjście z pokutnego wora

Zanim dokona się konwersji u ewangelików reformowanych, trzeba przez wiele miesięcy chodzić na cotygodniowe spotkania, na których czyta się Pismo Święte i rozmawia. U luteranów taki kurs może trwać nawet rok. Dziś spotkania odbywają się w kilkunastoosobowych grupach. Helena Jędrzejczak, socjolożka, wspomina, że u niej to się odbywało w jeszcze bardziej ekskluzywny sposób, bo gdy sześć lat temu zdecydowała się na konwersję, nie było tylu chętnych co dziś i przez prawie rok miała indywidualne spotkania z proboszczem. – Czytaliśmy kolejne księgi Pisma Świętego i rozmawialiśmy o ich interpretacji, o zasadach luteranizmu i Kościele ewangelicko-augsburskim. To było jak prywatne seminarium na wysokim poziomie – wspomina. – Upewniłam się, że ewangelicyzm jest moją drogą do Boga. Preferuję intelektualne poznanie Słowa Bożego i jego indywidualną interpretację. To trudniejsze i bardziej wymagające, ale zgodne z moim światopoglądem i podejściem do życia. Lektura jest dla mnie ważnym elementem relacji z Bogiem – deklaruje.

Gdy poszła do parafii rzymskokatolickiej po potrzebny do konwersji akt chrztu (Kościoły wzajemnie go honorują), w kancelarii przyjął ją stary ksiądz. Była przygotowana do dyskusji, ale miała wrażenie, że proboszcz nie bardzo rozumie, o co chodzi. Cały czas zwracał się do niej per „dziecko” i zapewniał, że jak jej się odwidzi, to ją przyjmie z powrotem. – To był bardzo silny kontrast – twierdzi.

Bywa, że innych w kancelariach parafialnych spotykają szykany. Księża straszą, grożą piekłem i wiecznym potępieniem. Konwersje wiążą się czasem także z poważnymi konfliktami w rodzinie. Zmiana wiary postrzegana bywa jako zdrada i to nie tylko religii, ale i polskości.

Eliza Michalik deklaruje, że dla niej konwersja była jak wymiana wora pokutnego na szyte przez krawca ubranie na miarę. Przyznaje, że wcześniej była katoliczką bezrefleksyjną. Wychowała się w konserwatywnej rodzinie i chodziła do kościoła, bo się chodzi. Dopiero działalność ojca Rydzyka wytrąciła ją z religijnej stagnacji. Poczuła, że nie chce być częścią takiej wspólnoty, a ponieważ czuła, że jakaś wspólnota duchowa jest jej potrzebna, zaczęła szukać alternatywy. Znalazła ją w Kościele ewangelicko-reformowanym. – Różnica jakościowa jest niesamowita. Człowiek ma tu poczucie podmiotowości. Nikt nikogo nie poucza, ale rozmawia – opowiada. – Kiedyś poprosiła przyjaciółkę, bardzo wierzącą katoliczkę, by była świadkiem na jej ślubie. Najpierw się zgodziła, a potem usłyszała od proboszcza, że to by była zdrada. Tłumaczyłam, że nawet papież prowadzi dialog ekumeniczny, że wierzymy w tego samego Boga. Nie, bo jej spowiednik zabronił. Dziewczyna z wyższym wykształceniem, z inteligenckiej rodziny nie ma prawa samodzielnie podejmować takich decyzji. Od nas pastor oczekuje samodzielnego myślenia, bo nas traktuje jak ludzi wolnych i odpowiedzialnych. Nie osądza mnie ani nie grozi ekskomuniką, gdy jako dziennikarka opowiadam się np. za liberalizacją ustawy antyaborcyjnej.

Nie chodzi o to, że Kościół ewangelicko-reformowany aborcję popiera (POLITYKA 46). Uznaje po prostu, że kwestia odpowiedzialności moralnej nie powinna być w tym przypadku regulowana prawem. – Tego się uczy poprzez etykę, a nie karalność i zakazy – deklaruje ks. Michał Jabłoński. – Alternatywą jest taliban.

Kościół ewangelicko-reformowany dopuszcza antykoncepcję i zapłodnienie in vitro. Nie traktuje rozwodu jako grzechu, bo nie uznaje małżeństwa za sakrament. Sakramenty są tu tylko dwa: chrzest i komunia. W tradycji protestanckiej ksiądz nie jest kapłanem, ale kaznodzieją i doradcą. – W katolicyzmie szczególny, półświęty status księży wynika z wiary, że w czasie mszy dokonuje się dosłowna przemiana chleba i wina w krew i ciało Chrystusa, a ksiądz tę przemianę celebruje – mówi Tomasz Piątek. – My nie wierzymy w fizyczną obecność Boga w kawałku materii. Wierzymy, że jest obecny w hostii duchowo, symbolicznie. A kapłan jest tylko jeden – Jezus.

Kościół obywatelski

Spowiedź także wygląda inaczej niż w obrządku katolickim. W czasie nabożeństwa wierni wspólnie odmawiają modlitwę spowiednią, a potem odpowiadają na zadawane przez duchownego pytania dotyczące wyznania wiary i chęci poprawy. Reszta rozgrywa się między człowiekiem a Bogiem. Spowiedź osobista możliwa jest na specjalną prośbę. – Obecnie trudno mi wyobrazić sobie spowiedź „uszną”, obowiązkową w Kościele rzymskokatolickim. Nie chciałabym dzielić się z księdzem najintymniejszymi szczegółami mojego życia i nie mam tu na myśli tylko kwestii seksualności – mówi Helena Jędrzejczak. – Sama rozmawiam o tym z Bogiem. To trudniejsze, ale w tej relacji nie potrzebuję pośrednika.

Ks. Jabłońskiemu z kolei trudno sobie wyobrazić, by mógł komuś odmówić chleba i wina. Nawet jeśli na nabożeństwie pojawi się ktoś obcy, z ulicy. – Nie cofnę przecież kielicha i nie zacznę wypytywać, czy pan jest aby na pewno ewangelikiem. Zakładam, że rozmówił się wcześniej z Panem Bogiem – deklaruje.

Proboszcza wybierają w demokratycznych wyborach wszyscy wierni płacący składki. Większe szanse na wybór mają zazwyczaj ci, którzy założyli rodziny, bo według parafian tacy lepiej będą rozumieli ich problemy. Stanowisko biskupa to też kwestia demokratycznych wyborów, w których biorą udział również świeccy.

Według słynnej tezy socjologa Maxa Webera etyka protestancka, potępiająca lenistwo i bezczynność jako grzech, sprzyja kształtowaniu się etosu pracy, a co za tym idzie, wpływa na dobrobyt. Trywializując, kraje protestanckie są bogatsze, bo ludzie ciężej tam pracują. Niedawno tezie tej przyjrzał się prof. Benito Arrunada. Sięgnął do badań i danych, a gdy je przeanalizował, doszedł do wniosku, że katolicy i protestanci pracują tak samo ciężko. Problem w tym, że protestanci lepiej dzielą pieniądze, bo transparentności, postaw prodemokratycznych i obywatelskich uczą się u siebie w parafii. To wierni zarządzają zborem, a nie proboszcz, i uczą się rozliczać każdy wspólny grosz. – Nam nie chodzi o to, by formować bezwolnych parafian, ale obywateli, którzy biorą odpowiedzialność za swoje czyny – mówi ks. Jabłoński. – Gdy wychodzę na kazalnicę, jestem apolityczny, ale nie aspołeczny.

Michał już nie myśli o konwersji w kategoriach żartu. Podjął decyzję. Chce jeszcze trochę poczytać, żeby być przygotowanym, gdy poprosi proboszcza parafii ewangelicko-augsburskiej o pierwszą rozmowę. Wie, że idealnych wspólnot nie ma i ta pewnie też taka nie jest, ale Kościół luterański wydaje mu się dziś bliższy, bardziej otwarty, traktujący człowieka w sposób indywidualny.

– I nie chcę więcej żałować, że uważnie wysłuchałem kazania – mówi.

Polityka 47.2016 (3086) z dnia 15.11.2016; Społeczeństwo; s. 37
Oryginalny tytuł tekstu: "Wiara na miarę"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Jak amerykańskie flippery z Francji do Polski trafiły

Flippery, czyli zręcznościowe, elektromechaniczne maszyny do grania, były kiedyś obowiązkowym elementem wyposażenia w barach, hotelach i... nocnych klubach. O ich losach opowiada Marek Jasicki, który importował je z Francji do Polski.

Łukasz Dziatkiewicz
15.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną