Społeczeństwo

Amerykanin w Żaganiu

Amerykańscy żołnierze w polskich bazach wojskowych

Uroczyste powitanie wojsk amerykańskich w Orzyszu - przełamywanie pierwszych lodów. Uroczyste powitanie wojsk amerykańskich w Orzyszu - przełamywanie pierwszych lodów. Piotr Męcik / EAST NEWS
Jak każde spełnione marzenie, obecność amerykańskich wojsk w Polsce zarówno cieszy, jak i rozczarowuje.
Przeczekiwanie ulewy w oczekiwaniu na spóźnialskiego ministra Macierewicza podczas powitania wojsk amerykańskich w Orzyszu.Łukasz Dejnarowicz/Forum Przeczekiwanie ulewy w oczekiwaniu na spóźnialskiego ministra Macierewicza podczas powitania wojsk amerykańskich w Orzyszu.
Podstawowy zwrot grzecznościowy w tłumaczeniu i transkrypcji w kantynie w Żaganiu.Krystian Maj/Forum Podstawowy zwrot grzecznościowy w tłumaczeniu i transkrypcji w kantynie w Żaganiu.
Zakupy w kantynie w Żaganiu.Krystian Maj/Forum Zakupy w kantynie w Żaganiu.

Wysyłając swoich żołnierzy do Polski, amerykański generał Ben Hodges 25 marca przemawiał jak dobry ojciec. Mówił szczerze: warunki będą surowe. Ale dodawał otuchy: w Iraku i w Afganistanie były gorsze. Obiecał jeszcze, że będzie po spartańsku, ale przynajmniej z dostępem do Wi-Fi. Wykazał się w tym optymizmem, co widać było po ilości kart SIM sprzedanych kilka dni później w Orzyszu. No i nie przewidział, że polska władza nie jest mentalnie przygotowana na takie wydarzenia.

Minister w obronie

Prawie 1,2 tys. km, które żołnierze 2. Regimentu Kawalerii musieli przejechać z niemieckiego Vilseck do polskiego Orzysza, nie zmarnowano. Kawalerzyści przećwiczyli poruszanie się w kolumnie w trudnych warunkach, bo do tej kategorii zaliczane są polskie drogi. A wojskowi piarowcy odnotowali kolejny show of force, czyli pokaz siły. I można by to wszystko uznać za wielki sukces, gdyby nie pokaz ignorancji, którym zakończyła się oficjalna część przedsięwzięcia.

13 kwietnia na uroczystym powitaniu wojsk sojuszniczych w Polsce żołnierze zastali przejmujący wiatr i deszcz. Nie zważając na to, polscy organizatorzy ustawili wojsko do apelu już o godzinie 9 rano, choć oficjalną uroczystość zaplanowano na godzinę 15. Okazało się, że nawet tego terminu nie udało się utrzymać, bo na trybunie ciągle brakowało ministra Antoniego Macierewicza, który zajmował się kluczową dla obronności sprawą Bartłomieja Misiewicza. Minister tak zaangażował się w obronę swojego protegowanego przed partyjną komisją, że nawet nie zauważył jak czas szybko leci.

Po zaledwie godzinnej obsuwie uroczystość rozpoczęła się, jak gdyby nigdy nic. I dopiero piąty w kolejności do przemówień czterogwiazdkowy generał Curtis Scaparrotti przekłuł balon oficjalnych banałów: „Z szacunku dla żołnierzy stojących przede mną nie użyję przemówienia, które mam. Skrócę je, żebyśmy mogli skończyć”. Nie jest to zapowiedź skończenia misji wojsk amerykańskich w Polsce. Ale nie wróży ona dobrze jej przyszłości. Stała rotacyjna obecność wojsk amerykańskich w Polsce w każdej chwili może zakończyć się stałą nieobecnością. Ciągle nie widać symptomów wskazujących na to, że Amerykanie chcą się tutaj urządzić. A polscy oficjele wyraźnie nie mają pomysłu, jak ich do tego zachęcić.

Polak trzeciego stopnia

Dużo więcej inicjatywy wykazano, żeby przekonać Amerykanów do wysłania swoich wojsk nad Wisłę. Pierwsze starania podejmowane były jeszcze przed wstąpieniem Polski do NATO, ale Rosjanie skutecznie storpedowali je Aktem Stanowiącym, podpisanym na szczycie w Paryżu w 1997 r. Jeden z punktów dokumentu zawierał klauzulę o nierozmieszczaniu baz wojskowych na terytorium nowych członków NATO. Sprawa wydawała się zamknięta na lata. Amerykanie dbali, żeby nie drażnić Rosji i nie tylko nie planowali budowy baz, ale też skromnie akcentowali swoją obecność w czasie międzynarodowych manewrów, które co jakiś czas próbowała organizować strona polska.

W 2005 r. niespodziewanie jedna baza niemal spadła nam z nieba. Administracja prezydenta Busha wobec zagrożenia ze strony Iranu postanowiła zbudować w Europie sieć instalacji przechwytujących pociski balistyczne. Polska natychmiast zgłosiła chęć zlokalizowania takiej bazy na swoim terytorium. Negocjacje się przeciągały, ale było światełko w tunelu.

W budowaniu dobrego klimatu w stosunkach polsko-amerykańskich posunięto się nawet do ponownego spolonizowania sekretarza obrony Chucka Hagela. Sekretarz obrony w jednym z wywiadów przyznał się do polskich korzeni. Niewiele umiał powiedzieć na temat swoich przodków, co postanowiła wykorzystać strona polska. Pod koniec stycznia 2014 r. Hagel odwiedził Polskę. Poza serią oficjalnych spotkań zaplanowano również jedno mniej oficjalne. Rządowa kolumna pognała do Kiszkowa, gdzie w 1882 r. prababka Hagela, Katarzyna z domu Budzyńska, wzięła ślub z Tomaszem Kąkolewskim. Z tego związku urodziła się jego babka. Co prawda rodziła się już w Nebrasce, ale to przecież szczegół. Hagel dostał od władz odpis aktu ślubu swoich przodków, a nawet odwiedził kościół (co prawda nie ten, w którym odbył się ślub, bo tamten spłonął lata wcześniej). Miejscowi powitali go chlebem i solą, a nawet była próba ucałowania go w rękę, co musiało zrobić na nim silne wrażenie. Sekretarz Hagel wracał do Ameryki zachwycony.

Orzeł wylądował i wystartował

Ale pierwszy rzut Amerykanów w Polsce tak naprawdę zawdzięczamy nie jemu, a Władimirowi Putinowi. – Amerykanie przez lata ograniczali swoją obecność w Europie. Po aneksji Krymu zrozumieli, że skupienie całej uwagi na Pacyfiku było błędem. Sekretarz Hagel był jednym z tych, którzy zadbali o zmianę doktryny – mówi Tomasz Siemoniak, który zawiózł Hagela do Kiszkowa.

Opór przed przekroczeniem linii Odry okazał się silniejszy u Niemców niż u Jankesów. Żeby pociągnąć za sobą pozostałych natowskich sojuszników, Amerykanie postanowili świecić przykładem. W ramach operacji Atlantic Resolve do Polski zaczęły przybywać pierwsze amerykańskie oddziały. Początkowo na ćwiczenia, po których jednak nie wracały do swoich macierzystych jednostek. Z czasem misję zmieniono na stałą obecność. W styczniu tego roku do Żagania przyjechali żołnierze z 3. Pancernej Brygadowej Grupy Bojowej z Fort Carson w stanie Kolorado. Prawie 3,5 tys. ludzi, ponad 400 pojazdów gąsienicowych, w tym 87 czołgów Abrams, 18 samobieżnych haubic kal. 155 mm Paladin, ponad 400 samochodów Humvee i 144 bojowe wozy piechoty Bradley. Transporty kolejowe ze sprzętem rozładowywane były przez kilka dni. W mieście poczuli, że złapali Pana Boga za nogi.

Pierwsi obecność Amerykanów poczuli hotelarze, co w realiach Żagania przekłada się na jeden obiekt. Kiedyś był szpital wojsk radzieckich, zamieniony w latach 90. na hotel, a obecnie główne miejsce zakwaterowania amerykańskich logistyków. – Pod koniec września nagle zaczął się nam zapełniać hotel. Ale wszystko cicho sza, pełna tajemnica. Nikt jeszcze wtedy o żadnych Amerykanach w Żaganiu nie mówił – wspomina Halina Okapiec, współwłaścicielka hotelu. Sprawa była podejrzana, bo w mieście grafik ćwiczeń i poligonów mają wyryty na pamięć, a to nagłe rezerwowanie miejsc na potęgę nie miało związku z grafikiem. – Jak przyjechali, to też nic nie chcieli mówić, zresztą i nam nie wolno nic mówić – dodaje pani Halina. Od słowa do słowa i okazało się, że w ich hotelu zatrzymali się pracownicy firmy KBR, która żywi i zabezpiecza logistycznie amerykańską armię na całym świecie. Więc i Polska stała się nagle wielkim światem.

Powitanie Amerykanom również postanowiono zrobić iście światowe. Tym bardziej że pierwsze planowane na 12 stycznia nie powiodło się, bo generał Ben Hodges, głównodowodzący wojsk amerykańskich na Europę, wycofał się z uroczystości, kiedy dowiedział się, że ma w niej brać udział również minister Antoni Macierewicz, za którym podobno nie przepada. Drugie podejście zrobiono dwa dni później z udziałem premier Beaty Szydło i ministra Antoniego Macierewicza. Ludziom rozdawano małe flagi polskie i amerykańskie, żeby mogli pomachać telewizjom. Pięknie to wszystko wyglądało, choć dziennikarzy było więcej niż gapiów.

Kiedy Amerykanie myśleli, że tę formalność mają już za sobą, okazało się, że strona polska organizuje kolejne powitanie. Tym razem w piarowym cieple amerykańskich żołnierzy postanowił ogrzać się prezydent Andrzej Duda. Oddzielne powitania urządzono im również w Bolesławcu, Świętoszowie i Skwierzynie, po czym strona amerykańska oficjalnie poprosiła, żeby ich więcej nie witać, bo w ramach geopolitycznego interesu zdecydowana większość żołnierzy rozjeżdża się właśnie po innych krajach sojuszniczych. Konkretnie to dwie grupy bojowe pojadą do Rumunii i Bułgarii, a w Polsce zostanie zabezpieczenie i sztab. Z prawie 3,5 tys. żołnierzy, którzy w pierwszym rzucie przyjechali do Polski, w kraju zostało niespełna 500.

Na zakręcie

Piarowy aparat amerykańskiej armii to państwo w państwie. W Żaganiu w pewnym momencie za kontakty z mediami odpowiedzialnych było 16 oficerów i żołnierzy. Z czasem kiedy jednostka rozjechała się po okolicznych państwach, ich liczba stopniała do czterech osób. Ale wszystko dopięte jest perfekcyjnie. Wystarczy poprosić o rozmowę z żołnierzami, a już następnego dnia ma się czterech ochotników, którzy spontanicznie chcieliby opowiedzieć, jak fajnie jest w Polsce.

Jako pierwszy opowiada starszy szeregowy Ferguson, dla którego Polska jest drugim wyjazdem poza granicę Stanów Zjednoczonych. Pierwszy był Afganistan. Polska kojarzy się Fergusonowi głównie z obozami koncentracyjnymi i pierogami z mięsem, no i jeszcze z wymagającymi drogami, jak eufemistycznie nazywa to coś, po czym przyszło mu jeździć. Ferguson zna temat, bo jest etatowym kierowcą 16-tonowej ciężarówki, a mówiąc, uśmiecha się tak, że jego wyznania o drogach można wziąć za komplement.

Kwestia dróg długo spędzała Amerykanom sen z powiek. W Polsce wciąż zaliczali kolizje albo lądowali w rowach. Początkowo za kłopoty winiono złe ogumienie pojazdów, później przyczyn poszukiwano w brawurowej jeździe. – Oni przyzwyczajeni są do kilku pasów ruchu w jedną stronę i szerokich łuków, a nie ostrych zakrętów, tak jak u nas – tłumaczy jeden z polskich żołnierzy, który badał sprawę amerykańskich wypadków. Po kilku tygodniach wszystkich amerykańskich kierowców przeszkolono w jeżdżeniu po polskich drogach. I teraz oficjalnie już bardzo je chwalą. A mniej oficjalnie Mick, który wpadł po pracy na hamburgera do food trucka pod jednostką, nie może się nadziwić. – Stary, w cywilu byłem kierowcą karetki. Myślałem, że nie ma drugiego bardziej szurniętego kierowcy niż ja. A tu się okazało, że jest cały kraj szurniętych kierowców – mówi z niedowierzaniem. Hamburgery też chwali. Tylko nie rozumie, dlaczego podawane są z jajkiem.

Z kolei jego polscy koledzy nie rozumieją, czemu Amerykanie od kilku tygodni nie ruszyli z miejsca sześciu swoich armato-haubic M109A6 Paladin, które zostawili w Polsce. Nie włączają się w polski system szkolenia i właściwie to nie wiadomo, co robią. Oficjalny przekaz Amerykanów brzmi, że intensywnie podnoszą kwalifikacje, a w wolnych chwilach poznają lokalną kulturę. I tu trzeba im oddać honor, bo w mieście nie ma z nimi żadnych problemów. – Głównie dlatego, że prawie wcale do niego nie wychodzą. Chyba że na weekend. Ale wtedy chodzą czwórkami, jakby wzajemnie się pilnowali – opowiada jeden z mieszkańców.

Przepisy amerykańskich żołnierzy nie rozpieszczają. Regulamin ich jednostki liczy ponad 46 stron zapisanych drobnym druczkiem. Nawet w czasie dnia wolnego żołnierz nie może wypić więcej niż dwa piwa. W mieście nie wolno mu paradować w stroju uwłaczającym godności amerykańskiej armii. Cały duży akapit regulaminu poświęcony jest bieliźnie wystającej spod spodni, co jest zakazane. Podobnie jak eksponowanie bosych stóp. Lista zakazów jest długa.

A ilość atrakcji w Żaganiu krótka. Polskie wojsko próbowało zainteresować amerykańskich kolegów tematyką żołnierzy wyklętych; zorganizowano im wycieczkę do byłego obozu jenieckiego. A urząd marszałkowski z uznaniem przyjął inicjatywę serii spotkań w szkołach o profilu wojskowym. Po zdjęciach widać, że zmienia się młodzież, ale ciągle występuje czterech tych samych amerykańskich żołnierzy. Lepszych pomysłów na włączenie Amerykanów w lokalną społeczność zabrakło. – Tracimy historyczną szansę na zjednanie ich sympatii, przekonanie do Polski i zbudowanie prawdziwych relacji. Jak będą tu tracić czas, to sami poszukają pretekstu, żeby wyjechać – ostrzega Tomasz Siemoniak, były minister obrony narodowej. Jak dotychczas inwencja oficjalnych czynników kończy się na serialu powitań. A problem narasta.

Yahk shay mahsh

Może nasze oczekiwania były zbyt duże – głośno zastanawia się burmistrz Żagania Daniel Marchewka. Trzy miesiące po ostatnim oficjalnym i nadal entuzjastycznym powitaniu Amerykanów także pierwsza fala euforii wśród mieszkańców wyraźnie opadła. – Niektórym wydawało się, że deszcz dolarów zacznie spadać z nieba – dodaje burmistrz Marchewka.

Pensję w dolarach obiecaną miała na przykład Iwona. W Boże Narodzenie dostała telefon od koleżanki, żeby zaraz po świętach leciała do hotelu, bo będą brać do pracy. Poprzeczka była wysoko zawieszona, kucharze musieli na przykład znać angielski. Pani Iwona złożyła podanie o zatrudnienie w charakterze pomocy kuchennej. Do dokumentów musiała złożyć również CV. Na szczęście na miejscu pomogli jej z tym pracownicy firmy IDS, która zatrudniała cywilnych pracowników. W sumie poszukiwano prawie 300 odpowiednich osób. – Czego oni nie zbadali. Pobrali nawet wymaz z gardła. Na narkotyki też nas trzepali, kiedy ja nie wiem nawet, jak wyglądają narkotyki – wspomina pani Iwona. Ludzie żartowali, że będą na nich chyba jakieś eksperymenty medyczne robić, że tak ich badają.

Eksperymentalny z perspektywy pani Iwony był sam system organizacji pracy. – Cały dzień trzeba było siedzieć pod telefonem. Potrafili zadzwonić o piątej nad ranem, żeby na ósmą przyjść do pracy – mówi. Jednak w realiach Żagania stawka 4 dol. za godzinę była kusząca. Pierwsze zlecenie, jakie dostała, polegało na rozładunku kontenerów z żywnością. – Pięć godzin na mrozie i nawet ciepłej herbaty nie dali – wspomina. To, że Amerykanie wszystko zwieźli pomrożone, też się nie podobało w mieście. Przecież miał być wielki biznes i koło zamachowe dla lokalnych przedsiębiorców.

Po rozładowywaniu pani Iwona znowu miała wolne. Po kilku dniach zadzwonili, że jutro ma być na 3 rano w pracy. Praca z jej perspektywy była żadna, bo personelu zatrudnili za dużo i ludzie na kuchni o kawałek ścierki się ze sobą kłócili, żeby choć mieć coś do roboty. Jeszcze gorzej mieli kucharze. Niektórzy pozwalniali się z porządnej roboty, a tu okazało się, że każą im zalać worek żółtego proszku wiadrem wody, podgrzać i to się nazywa jajecznica. W styczniu pani Iwonie udało się przepracować 122,5 godzin. – Zapłacili mi za to 90 dol. Myślałam, że się rozpłaczę – wspomina. Rzuciła pracę. Twierdzi, że do dziś nie dostała wszystkich zaległych pieniędzy. Umowa z firmą jest tak skonstruowana, że nawet niektórzy prawnicy mieliby problem z jej zrozumieniem.

Tak samo jak ludzie z Żagania mieli problem ze zrozumieniem, po co była ta cała szopka z zatrudnianiem prawie 300 osób, skoro ich nie potrzebowali. Biuro prasowe amerykańskiej armii na Europę odpisuje w tej sprawie, że „cenią sobie silne relacje z ludźmi w Żaganiu i wykorzystują każdą okazję do pozytywnego oddziaływania w społeczności”, prosząc, by o konkretne odpowiedzi zwrócić się do podwykonawcy usługi.

Polityka 17/18.2017 (3108) z dnia 25.04.2017; Społeczeństwo; s. 42
Oryginalny tytuł tekstu: "Amerykanin w Żaganiu"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Krótkoterminowi turyści wysiedlają mieszkańców miast

Krótkoterminowy turysta już wysiedlił mieszkańców krakowskiej starówki. Teraz masowo rezerwuje Warszawę.

Edyta Gietka
29.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną