Pracownicy socjalni potrzebują ochrony

Przemoc w pomocy
Ciosy, wyzwiska, groźby. Pracownicy socjalni sami potrzebują wsparcia.
78,6 proc. badanych pracowników opieki społecznej przyznało się do tego, że w pracy stale towarzyszy im poczucie zagrożenia.
Igor Morski

78,6 proc. badanych pracowników opieki społecznej przyznało się do tego, że w pracy stale towarzyszy im poczucie zagrożenia.

Pracownikom socjalnym przysługuje ustawowa ochrona, jak funkcjonariuszom publicznym. W praktyce często jest iluzoryczna.
Jerzy Dudek/Forum

Pracownikom socjalnym przysługuje ustawowa ochrona, jak funkcjonariuszom publicznym. W praktyce często jest iluzoryczna.

audio

AudioPolityka Ryszarda Socha - Przemoc w pomocy

Ewa (50 lat, 31 lat w pracy socjalnej), była sama na dyżurze, kiedy przyszedł klient z nożem. Gdy wchodził, na jej biurku zadzwonił telefon. Chciała odebrać. Ale gość doskoczył ze słowami: nie będziesz k… wzywała policji. Wyrwał słuchawkę, rzucił na widełki. Gdy odchylił połę marynarki, zobaczyła nóż. – Dostałam nadprzyrodzonej siły – wspomina kobieta. – Złapałam go za tę marynarkę i wypchnęłam za drzwi, zasunęłam zamek. Nie wiem, jak mi się to udało. To cud, że w tak wielu wypadkach się udaje. Bo skala przemocy, jakiej doświadczają pracownicy socjalni, przeraża.

Opinia publiczna o problemie dowiaduje się, kiedy się nie uda. Jak w grudniu 2014 r. w Makowie pod Skierniewicami zginęły dwie pracownice Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej. Jedna spłonęła żywcem, druga zmarła w szpitalu wskutek oparzeń. Leszek G., niezadowolony, że nie dostał miejsca w domu pomocy społecznej, przyszedł z butelkami wypełnionymi benzyną. Dla części podopiecznych OPS, MOPS, GOPS i MOPR ta tragedia stała się osobliwą inspiracją. Już tydzień później we Wrocławiu mężczyzna, któremu odmówiono świadczenia, wyciągnął zapalniczkę i dezodorant, wywołał płomień. Szczęśliwie, ktoś go obezwładnił. Do typowej przemocy w tamtym czasie dołączyły jednak groźby: spalimy, zgrillujemy.

Nożem i siekierą

W świadomości społecznej Maków zaistniał jako eksces. – W Polsce problem agresji, przemocy wobec pojedynczych pracowników socjalnych jest zamiatany pod dywan – mówi dr Marcin Boryczko, pedagog społeczny. Dla niego i dla Anny Dunajskiej, specjalistki pracy socjalnej (oboje związani z Uniwersytetem Gdańskim), Maków stał się impulsem do badań. Dołączyli do nich specjaliści w dziedzinie BHP, doktorzy Aneta Grodzicka i Marcin Krause z Politechniki Śląskiej. Na początku 2016 r. emocje po tragedii zdążyły już opaść. Badacze przygotowali obszerną ankietę. Odpowiedziało 798 pracowników socjalnych z całej Polski – jakby czekali, że ktoś zapyta. Na podstawie ankiet powstała książka dotycząca ich bezpieczeństwa, z apelem „Niech ktoś nas wysłucha” w tytule.

Aż 78,6 proc. badanych przyznało się do tego, że w pracy stale towarzyszy im poczucie zagrożenia. W biurze w miarę bezpiecznie czuje się co drugi, w terenie już tylko co trzeci (co czwarty czuje się tam „zdecydowanie niebezpiecznie”). Najbardziej boją się agresywnych klientów – pobicia, gwałtu, ataku ostrym narzędziem, oblania środkami chemicznymi. Obawiają się o życie swoje i rodziny, śledzenia po pracy, niechcianej adoracji, kradzieży, zemsty za decyzję niezgodną z oczekiwaniami. Ale także chorób zakaźnych, HIV oraz wszawicy.

Nie wynika to z nadmiaru wyobraźni, raczej świadczy o zaskakująco zimnej krwi – skoro tylko 7 osób spośród wszystkich przebadanych pracowników nie miało w pracy do czynienia z agresją, a ośmiu na dziesięciu samemu doświadczyło ataku. Najczęściej w grę wchodziło uderzenie ręką lub kopnięcie. Wielu grożono – nożem czy siekierą, licznych szczuto psami. Spora część doświadczyła ataków seksualnych, duszenia, prób podpalenia, napaści z użyciem kwasu, gryzienia, ataku piłą łańcuchową (dwa przypadki). Oblania wrzątkiem.

Oto mała próbka: „Byłam w mieszkaniu u klienta celem przeprowadzenia wywiadu. W pewnym momencie zaczął zachowywać się agresywnie, agresja u klienta narastała, aż w końcu zamknął drzwi do mieszkania na klucz, chwycił nóż i wyrażając się w sposób bardzo wulgarny, groził, że odetnie mi głowę”. „Miałam zgłoszenie z prokuratury o przeprowadzenie wywiadu w związku ze skierowaniem na przymusowe leczenie, podczas wizyty w środowisku i próby przeprowadzenia wywiadu zostałam zaatakowana siekierą”. „Mężczyzna, u którego byłam zapiął mi na nodze łańcuch zaopatrzony w kłódkę. Łańcuch był przytwierdzony do podłogi. Po negocjacjach, obietnicach, zostałam uwolniona”.

Co ciekawe, tylko 3 proc. badanych zwróciło uwagę na sytuacje niszczenia mienia (np. klient rozbił komputery, wytłukł lampy w samochodzie pracownicy socjalnej). Inaczej niż w USA, gdzie na takie zdarzenia wskazywał co czwarty badany. To samo dotyczy przemocy słownej, która w polskich badaniach też zaznacza się słabiej niż w innych krajach. Badacze nie sądzą, żeby tych form agresji było w Polsce mniej; po prostu są one mniej traumatyczne niż atak fizyczny, a więc przez polskich pracowników społecznych wręcz traktowane jako codzienność, niezauważane. Oni sami mówią o obniżonym progu wrażliwości. To by znaczyło, że może być gorzej, niż pokazują badania.

Deficyt wsparcia

Dr Marcin Boryczko podkreśla, że ataki zwykle nie mają charakteru personalnego. – Klienci, ludzie zmarginalizowani – tłumaczy – mogą odczuwać złość, a tym pierwszym buforem, ogniwem między daną osobą a państwem, jest pracownik socjalny. Do tego w zawód ten wpisana jest sprzeczność. Mają pomagać i jednocześnie trzymać w ryzach, kontrolować, dyscyplinować. U klientów powoduje to frustrację i wzmacnia ich agresję. Z kolei u pracowników socjalnych poczucie misji prowadzi do większej akceptacji agresji. Niełatwo powiedzieć: słuchaj, facet, przebrałeś miarkę.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną