Społeczeństwo

Trafiony czy zatopiony?

„Oceanograf” niszczeje, zamiast służyć naukowcom i studentom

Nowoczesny katamaran „Oceanograf” Nowoczesny katamaran „Oceanograf” Mateusz Ochocki / KFP
„Oceanograf”, najnowocześniejszy statek naukowo-badawczy w basenie Morza Bałtyckiego, od siedmiu miesięcy stoi bezużyteczny w stoczniowym doku. A polskim badaczom do ekspedycji został ponton „Wikuś”.
Wysłużony „Oceanograf II”, wybudowany jeszcze w latach 70. ubiegłego wieku w stoczni w LeningradzieAntekbojar/Wikipedia Wysłużony „Oceanograf II”, wybudowany jeszcze w latach 70. ubiegłego wieku w stoczni w Leningradzie

Artykuł w wersji audio

Wybudowany za pieniądze podatników katamaran „Oceanograf”, wart ponad 30 mln zł, zwodowany już dwa lata temu i ochrzczony w czerwcu zeszłego roku przez prezydentową Gdyni Barbarę Szczurek, przeszedł pomyślnie próby w morzu. – Gdyby to ode mnie zależało, wołam kapitana i za pół godziny wypływamy – mówi inż. Andrzej Rachwalski, kierownik projektu „Oceanograf” w stoczni Nauta, która statek zbudowała na zlecenie Uniwersytetu Gdańskiego.

Pytanie tylko, którego kapitana, bo statek ma dwóch. Jednego zatrudnia stocznia, a drugiego uczelnia. Do tego jest załoga. Stocznia ma jeszcze pierwszego oficera i marynarza; sześcioosobowa załoga łącznie z kapitanem kosztuje uczelnię co miesiąc 97,5 tys. zł. Statek jest gotowy pod klucz. Kajuty dla 20 osób umeblowane, w kuchni, pralni i suszarni – wszystkie sprzęty. Jest nawet frytkownica. I magazyn z wytwornicą lodu. Oraz multimedialna sala dydaktyczna z dostępem do internetu plus cztery laboratoria – mokre, pomiarowe, sterylne i termostatyzowane – z kompletną aparaturą badawczą. Nawet szatnia dla nurków z suszarką na buty, która nie dmucha, a wciąga powietrze, żeby nie śmierdziało. Na pokładzie gęsto jest od dźwigów, żurawi, bramownic, wciągarek trałowych – wszystkie te urządzenia służą do pozyskania materiału badawczego. Są niezbędne do połowu włokami dennymi i pelagicznymi, sieciami stawnymi czy planktonowymi. Do tego statek wyposażony jest w echosondy, sonary, sondę wielordzeniową, urządzenie do badania oświetlenia nad i pod wodą, profilomierz osadów dennych, zdalnie sterowany pojazd podwodny, a nawet stację meteorologiczną, optyczny licznik planktonu i w wiele innej specjalistycznej aparatury. Jednak nie zanosi się, by katamaran miał odbić od brzegu. Choć rektor UG interweniuje w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego, a stocznia chce zobaczyć swoje dzieło na wodzie, to długo jeszcze może to nie nastąpić, bo w sprawę, poza dużymi pieniędzmi, wdała się wielka polityka.

Między stocznią a uczelnią

Pierwszoplanowy spór o statek toczą uczelnia ze stocznią. Uczelnia twierdzi, że to stocznia nie chce oddać statku. Stocznia, że to uniwersytet nie odbiera: nie podpisuje dokumentów i nie płaci ostatniej kontraktowej raty. Pod koniec ubiegłego roku uczelnia przedłożyła przedstawicielom zarządu Nauty protokół odbioru statku. Został podpisany, ale tylko przez przedstawicieli UG. Stocznia odmówiła i przygotowała własny dokument odbioru katamaranu. – Władze stoczni domagały się uznania przez uniwersytet, że statek został wykonany należycie, w terminie i bez wad, a tym samym nienaliczania kar umownych, co nie było zgodne ze stanem faktycznym – mówi Mirosław Czapiewski, kanclerz Uniwersytetu Gdańskiego.

Bo opóźnień było sporo: „Oceanograf” miał być gotowy w kwietniu 2014 r. Potem kolejnymi aneksami przesuwano terminy. Ostatni, podpisany w marcu 2016 r., przewidywał zakończenie budowy na październik zeszłego roku. Wady również były. W jednym z protokołów komisja rektorska wymienia aż 41. Więc tym razem to uczelnia odmówiła złożenia podpisu, domagając się na drodze sądowej wydania przez stocznię dokumentów niezbędnych do korzystania ze statku. Jednocześnie złożono do sądowego depozytu ostatnią transzę wynagrodzenia dla stoczni. To samo z przedmiotem sporu, czyli statkiem, zrobiła stocznia. W pierwszej instancji sąd odmówił ustanowienia depozytów. Strony odwołały się i sąd drugiej instancji odmówił stoczni złożenia statku do depozytu. W sprawie pieniędzy jeszcze nie zajął stanowiska.

Poza ostatnią kontraktową transzą (wyższą o ok. 4 mln niż suma, jaką chce zapłacić uczelnia, bo Nauta kwestionuje potrącenia za niedotrzymanie terminu i liczne wady statku) stocznia ma jeszcze inne roszczenia. Chodzi o ok. 16 mln zł, o które podrożał statek w trakcie budowy. A to dlatego, że wydłużył się o jedną czwartą. Miał mieć 40 m, ma 49,5. Podobno nie było innego wyjścia. Po przeprowadzeniu badań modelowych w Centrum Techniki Okrętowej w Gdańsku, gdzie zbudowano z drewna dokładny model „Oceanografu” w skali i testowano go w basenie, okazało się, że dziób idzie pod wodę. By zapewnić pływalność, trzeba było jednostkę wydłużyć. Zdaniem uczelni za te dodatkowe metry powinien zapłacić wykonawca, czyli stocznia. – W umowie zawartej w trybie ustawy o zamówieniach publicznych jest wyraźny zapis, że wynagrodzenie jest ryczałtowe i wykonawca nie może żądać jego podwyższenia – mówi Mirosław Czapiewski. – Ma prawo się o nie ubiegać tylko na drodze sądowej. To wszystko są publiczne pieniądze i nie możemy tak po prostu negocjować ceny czy odstąpić od naliczania kar umownych.

Model tonie

Przedstawiciele Nauty próbowali negocjować z uczelnią. A gdy się zorientowali, że nic nie wskórają, do akcji wkroczył Arkadiusz Siwko, ówczesny prezes Polskiej Grupy Zbrojeniowej (w skład której wchodzi Nauta). I tu mamy konflikt drugiego planu. Arkadiusz Siwko to w przeszłości bliski współpracownik ministra obrony Antoniego Macierewicza, szef jego gabinetu. Został szefem PGZ w grudniu 2015 r., tuż po wygranych przez PiS wyborach. Zaczął od oskarżenia poprzedniego zarządu stoczni o niegospodarność. Uznał, że ktoś, kto zgodził się, by za dodatkowe metry statku płaciła stocznia, działał na niekorzyść spółki. Wyliczył tę szkodę na ok. 16,5 mln zł i złożył do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa.

Fakt ten ogłoszono na specjalnie zwołanej konferencji prasowej PGZ i Nauty. Krzysztof Juchniewicz, ówczesny prezes Nauty, a obecny dyrektor finansów spółki, oświadczył wówczas, że kiedy obejmował fotel prezesa stoczni w 2015 r., „wyciągnięcie ewentualnych konsekwencji w stosunku do osób zawierających kontrakt z uczelnią było niemożliwe ze względu na wsparcie udzielane tym osobom między innymi przez pana posła Jerzego Borowczaka z PO”. Oświadczenie dla lepszego efektu dodatkowo wyświetlano na tablicy multimedialnej. Zaraz po nim był slajd z informacją o szczególnych podziękowaniach ówczesnego rektora UG prof. Bernarda Lammka dla premiera Donalda Tuska, złożonych przy okazji ceremonii chrztu „Oceanografu”. – W ogóle nie miałem pojęcia, że uczelnia taki statek buduje, o całej sprawie dowiedziałem się od dziennikarzy – mówi Jerzy Borowczak.

Inż. Rachwalski dodaje, że według projektu dostarczonego przez armatora w ogóle nie dałoby się zbudować jednostki pływającej, ale o tym nie wiedziano, gdy Nauta przystępowała do przetargu. Rozpisany był na podstawie założeń projektu wstępnego i opisu technicznego. Kiedy przeprowadzono próby w basenie, nie było jeszcze projektu konstrukcyjnego, który miała zrobić stocznia.

Nieoficjalnie w stoczni dodają, że kiedy okazało się, że drewniany model tonie, budowa statku już była nieźle zaawansowana. Stępkę statku położono w maju 2013 r., a badania przeprowadzano dwa miesiące później; 60 ton blach, już pogiętych do planowanego kształtu statku, trzeba było przetopić. Na szczegółowe pytania o projekt i o to, czy kontrakt mógł być podpisany przed badaniami modelowymi, czy powinno się zaczynać budowę bez gotowego projektu i badań, dzisiejszy prezes stoczni nie odpowiada, zasłaniając się śledztwem prokuratorskim. Nieoficjalnie mówi się też, że ówczesna atmosfera była taka, że chodzi o sprawę. W stoczni wszyscy palili się do budowy najlepszego w Europie statku badawczego, zdobywania nowych rynków. Być może przeholowano, zabrakło doświadczenia.

Arkadiusz Siwko po ponad roku zrezygnował ze sprawowania funkcji prezesa PGZ. Opowiadano, że nie mógł wytrzymać presji ludzi Antoniego Macierewicza. Postępowanie w sprawie wyrządzenia szkody w wielkich rozmiarach Stoczni Remontowej Nauta SA trwa. Prowadzi je wydział ds. przestępczości gospodarczej Prokuratury Okręgowej w Gdańsku, ale do akt sprawy nie pozwala zajrzeć.

Zdaniem śledczych straty Nauty na kontrakcie z uczelnią nie są jedyne. W listopadzie 2013 r. gdyńska stocznia podpisała podobny kontrakt na statek badawczy dla uniwersytetu w Goeteborgu za ok. 60 mln zł. Szwedzi pozazdrościli polskim naukowcom i chcieli mieć jeszcze lepszą jednostkę. Oddanie statku było planowane na marzec 2015 r. Kontrakt do tej pory nie został zrealizowany, a rzeczniczka PGZ mówi o wielomilionowych stratach także w tym przypadku. – I to prawdopodobnie jest cena, jaką płacimy za wejście na rynek nowych budów – mówi Sławomir Latos, nowy prezes stoczni, do tej pory tylko remontowej, która od kilku lat mierzy się z wyzwaniem konstruowania nowych jednostek. Remonty prowadzone są dalej. I to z różnym efektem. W kwietniu zatonął remontowany przez Nautę norweski chemikaliowiec, wraz z pływającym dokiem, przy którym był zacumowany.

Mercedes w stoczniowym areszcie

A statku szkoda. Historia „Oceanografu” sięga 2009 r., kiedy uczelnia złożyła pierwszy wniosek do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego o dofinansowanie specjalistycznego statku do interdyscyplinarnych badań naukowych Morza Bałtyckiego. W ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka dotacji im nie przyznano. Rok później dostali pieniądze z Funduszu Nauki i Technologii Polskiej ministerstwa. Nikt na Uniwersytecie Gdańskim nie miał wątpliwości, że ich dotychczasowa jednostka, stary, wysłużony „Oceanograf II”, wybudowany jeszcze w latach 70. ubiegłego wieku w stoczni w Leningradzie, długo nie pociągnie. Żeby dotrwać do momentu, kiedy naukowcy będą mogli się przesiąść do nowego katamaranu, uczelnia odremontowała staruszka. Jednocześnie pełną parą ruszył projekt zbudowania nowego.

Najpierw, na jesieni 2011 r., UG ogłosił przetarg na projekt wstępny jednostki. Zgłosiła się tylko jedna firma: Inżynieria, Doradztwo, Ekologia IDEK sp. z o.o. i podpisano z nią umowę. Na podstawie projektu wstępnego i opisu technicznego odbył się kolejny przetarg na wykonanie projektu techniczno-klasyfikacyjnego i budowę statku. Wybrano ofertę konsorcjum, w skład którego wchodziła Stocznia Remontowa Nauta i Crist sp. z o.o. z Gdyni, które podjęło się wykonania zamówienia za 33 mln 200 tys. zł. Gdańska Stocznia Remontowa złożyła ofertę droższą o ok. 700 tys. zł. W styczniu 2013 r. uczelnia i Nauta podpisały umowę na zaprojektowanie i wybudowanie statku naukowo-badawczego.

Już dawno mieli nim pływać naukowcy i studenci, więc uczelnia nie planowała kolejnego remontu starego „Oceanografu II”. Właśnie skończył mu się rekurs, pozwolenie na wyjście w morze. Do jego odnowienia konieczny byłby generalny remont, którego koszt przewyższa jednak wartość statku. Uniwersytet wystawił zatem staruszka na sprzedaż. Cena – 600 tys. zł – najlepiej obrazuje, jak się ma stara jednostka do nowej. Jak powiedział studentom dr hab. Mariusz Sapota, dyrektor Instytutu Oceanografii: „To jak maluch obok mercedesa klasy S”. Mercedes dalej tkwi w stoczniowym areszcie, naukowcy zostali na lądzie. Nie licząc pontonu oczywiście. „Wik”, bo tak się oficjalnie nazywa łódź pontonowa Instytutu Oceanografii, w języku Kaszubów to „zatoka”. Nigdzie dalej nie da się nią popłynąć.

Polityka 32.2017 (3122) z dnia 08.08.2017; Społeczeństwo; s. 32
Oryginalny tytuł tekstu: "Trafiony czy zatopiony?"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Wojna państwa Marcinkiewiczów

Historia Izabeli i Kazimierza Marcinkiewiczów toczy się jak wieloodcinkowy serial. Ale to, co długo było celebrycką, plotkarską farsą, w najnowszych odsłonach nabiera cech greckiej tragedii. Spór byłego premiera z byłą żoną to przypadek rozwodu publicznego, z wykorzystaniem mediów oraz nowych instytucji prawnych.

Martyna Bunda
06.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną