Strażnicy leśni walczą z ekologami w Puszczy Białowieskiej

Zbrojna gałąź
Pracownicy Służby Leśnej, do tej pory zajmowali się głównie pilnowaniem drewna w lesie. Teraz, za sprawą protestu ekologów przeciwko wycince Puszczy Białowieskiej, przekształcają się w leśną armię.
Strażnicy leśni usuwają ekologów blokujących wycinkę Puszczy.
Paweł Głogowski/Reporter

Strażnicy leśni usuwają ekologów blokujących wycinkę Puszczy.

Strażnicy traktują las po gospodarsku. Porównują to, co się dzieje, do bałaganu w ogrodzie, który trzeba posprzątać.
Metselaar, J. & Grishchenko, M./Wikipedia CC BY 4.0

Strażnicy traktują las po gospodarsku. Porównują to, co się dzieje, do bałaganu w ogrodzie, który trzeba posprzątać.

audio

AudioPolityka Agnieszka Sowa - Zbrojna gałąź

Armia strażników leśnych liczy około tysiąca ludzi. Trzech, czasem czterech na jedno nadleśnictwo. Mają prawo używać przemocy, pokonywać bierny lub czynny opór. Mogą założyć kajdanki, użyć pałki, gazu, a nawet paralizatora. Mają też noże i broń palną.

Od kilku tygodni około 70 z nich rotacyjnie delegowanych jest do Puszczy Białowieskiej. Do walki z ekologami, którzy blokują jej wycinkę. 40, czasem nawet 50 chłopa pilnuje dwóch wielkich maszyn, harvestera i forwardera, które wbrew zakazowi Trybunału Sprawiedliwości tną Puszczę na zlecenie ministra Szyszki, aż wióry lecą.

Coraz częściej złe emocje biorą górę. Jak na ostatniej blokadzie, kiedy jeden ze strażników krzyczał z mściwą satysfakcją w głosie: „Ma być ból!”, przyduszając chłopaka twarzą do ziemi. Protestujący mają już kilkanaście obdukcji, tyle samo wniosków i zawiadomień złożonych do prokuratury w Hajnówce. A strażnicy czują się jak na misji w Afganistanie. Tak mówili Marcie Tarnowskiej, która po raz pierwszy od rozpoczęcia protestu spotkała się z nimi nie w lesie i nie podczas ich służby.

Dobry i zły policjant

Miejscowych strażników z Białowieży, Hajnówki i Browska już na zrębach i przy blokadach nie ma. Wycofano ich do innych zajęć. Pewnie ktoś zdał sobie sprawę, że wizerunki strażników są rozpowszechniane, a oni żyją tu, na miejscu. Poza tym, gdyby spotykali się z ekologami codziennie, mogliby się jakoś mimochodem zbratać. Więc do ochrony pracujących w Puszczy kombajnów wyznaczani są sami przyjezdni, którzy zmieniają się co tydzień.

Nowi zazwyczaj na pierwszej akcji są zdezorientowani. Czasem nawet uprzejmi dla protestujących. Zaskakuje ich, że obrońcy Puszczy mówią im grzecznie „dzień dobry”, pokazują, co jest napisane na transparentach, próbują tłumaczyć, w jakiej sprawie jest pokojowy protest. Więc jak funkcjonariusze są tu po raz pierwszy, trochę głupieją i też są uprzejmi. I wtedy czasem dają się wypchnąć z lasu mimo liczebnej przewagi. – Tak się zdarzyło tydzień temu we wtorek późnym popołudniem – opowiada Michał Książek z Obozu dla Puszczy. – Padał deszcz i już było ciemno, harvester i forwarder z zapalonymi światłami, a wokół 50 osób, strażników było około 30, nas ze 20 osób i udało nam się wypchnąć ich z lasu. Wyglądało to niesamowicie, niemal jak procesja. Następnego dnia nowi już nie byli zdezorientowani, tylko służbowi i zasadniczy. Odmawiali przedstawienia się i podania swojego numeru. Zabraniali robienia zdjęć.

Z lokalnej straży na zrębach pojawiają się tylko dowódcy. Na przykład Beza, który czasem gra rolę dobrego policjanta. Takiego, którego można zawołać, kiedy dwóch strażników przygniata dziewczynę do ziemi i wykręca jej ręce. I jest szansa, że zainterweniuje, powie: przejmuję dowództwo, proszę ją podnieść. Ale to się może zmienić już następnego dnia i puszysty Beza już się nie będzie do ekologów uśmiechał. – To chyba taki element socjotechniki – mówi Michał. – To nas dezorientuje. Wydaje się nam, że ktoś jest odrobinę przyzwoitszy, że można mu zaufać, a on za chwilę zmienia się w najbardziej agresywnego. I ściąga mnie z ośmiu metrów z wysięgnika bez żadnego zabezpieczenia.

Z protestującymi strażnicy nie prowadzą negocjacji. Schodzisz czy nie, krzyczą do wiszącego na forwarderze ekologa. Jak nie, to podjeżdża drugi ciągnik i na daszek kabiny o powierzchni mniej więcej półtora metra na metr wychodzi czterech strażników i ściągają protestującego za co się da, za ubranie, za nogę. W każdej chwili oni albo podwieszony ekolog mogą zlecieć. Potem z dachu forwardera spychają go na silnik, na koło i na ziemię. – Tak mnie ściągali 29 sierpnia, mam półtorej strony obdukcji lekarskiej, tyle siniaków mi nabili – mówi Michał Książek. – A ubrania już wszystkie podarte.

Operatorzy ciągników nie zatrzymują się, kiedy ekolodzy się na nie wspinają, jadą dalej. Deszcz pada, maska silnika śliska, łatwo spaść, ale straż leśna nie reaguje, kiedy maszyny pracują, a na nich są protestujący. Strażnicy grzebią nożami w stalowych rurach, którymi ekolodzy są spięci ze sobą albo przypięci do maszyn. A między stalowymi tubami są nie tylko łańcuchy, ale i ludzkie ręce. Strażnicy często nie wierzą, że w środku rury protestujący są spięci łańcuchem i próbują za te rury ciągnąć. A ludzie aż płaczą z bólu.

Do łańcuchów, którymi przykuwają się protestujący, strażnicy używają specjalnych nożyc do cięcia stali. W ten sposób przecinali grube ogniwo tuż obok twarzy Tomka. Poszedł wielki snop iskier. Strażnik musiał się wystraszyć, bo zapytał chłopaka, czy nic mu się nie stało. Innym razem przynieśli hydrauliczne nożyce z silniczkiem spalinowym. Na szczęście wypróbowali je na napiętym łańcuchu, którym nikt nie był przykuty. Oba jego końce wystrzeliły na kilka metrów z wielką siłą. Więcej już hydrauliki nie próbowali używać. Monika Soboszek widziała, jak na alpinistkę, która zjechała w dół na linie, żeby się napić wody, rzuciło się pięciu strażników. Jeden z nożem, żeby odciąć linę. Machał nim tuż nad głową dziewczyny. Widać, że sami nie wiedzą, jak się zachować. Próbują wykonywać polecenia szefów, i tyle.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną