Do czego może się przydać zdolność wywierania wpływu na innych

Dyzma z charyzmą
Charyzma. Jest czymś dobrym czy złym? Przypisuje się ją porywającym artystom i przerażającym ludobójcom. Prezesom wielkich firm i prezesom partii. Czy jest jakiś wspólny psychologiczny mianownik, który łączyłby np. Billa Gatesa i Jarosława Kaczyńskiego?
Zestaw sztuczek charyzmosprawczych zaskakuje trywialnością.
Croisy/PantherMedia

Zestaw sztuczek charyzmosprawczych zaskakuje trywialnością.

„Kariera Nikodema Dyzmy”, kadr z serialu telewizyjnego, 1980 r.
Henryk Włoch/Filmoteka Narodowa

„Kariera Nikodema Dyzmy”, kadr z serialu telewizyjnego, 1980 r.

Najnowszy numer „Ja My Oni” ukaże się 22 listopada.
Polityka

Najnowszy numer „Ja My Oni” ukaże się 22 listopada.

audio

AudioPolityka Ewa Wilk - Dyzma z charyzmą

Termin charyzma zadomowił się w języku potocznym jako kontener, gdzie zmagazynowane są pewne cechy, umiejętności i predyspozycje, które sprawiają, że obdarzony charyzmą człowiek wywiera ogromny wpływ na innych. Już tylko swym zjawieniem rozpala emocje, już pierwszym wypowiedzianym zdaniem skłania ludzi do rzeczy trudnych, czasem wielkich, czasem plugawych. No właśnie: choć w miarę zgodnie rozszyfrowujemy pojęcie charyzmy, to kryje się w nim mnóstwo sprzeczności. Byłaby ona rzeczywiście darem natury, czy raczej wypracowaną z rozmysłem techniką manipulowania ludźmi? Ma fundament w charakterze, czy też właściwie każdemu może się zdarzyć – nazwijmy to – incydent charyzmatyczny, czyli rzucenie magii na innych? Przypisuje się ją postaciom skrajnie różnym intelektualnie, etycznie, politycznie. Co łączy – by poprzestać tylko na współczesności – Gatesa i Kaczyńskiego, Dalajlamę i Putina, papieża Franciszka z jego wiecznym, pokornym uśmiechem biedaka i Donalda Trumpa z tym nieusuwalnym, aroganckim nadęciem bogacza? Z pewnością nie jest to uroda zewnętrzna (niektórym trudno w ogóle przypisać fizyczny powab), automatycznie podobno przysparzająca ludziom sympatii bliźnich. Nie łączy ich żaden powierzchowny walor typu aksamitny tembr głosu. Ani też wspólnota losów w rodzaju trudnego dzieciństwa, z którego mieliby wynieść kompleksy, leczone teraz władzą nad innymi.

A jednak każda z wymienionych postaci ma miliony fanów, wyznawców, zwolenników. Ludzie idą za nimi w ogień, a przynajmniej spalają się w harówie dla partii, firmy, narodu, wiary. I wyłączają indywidualny osąd rzeczywistości, powierzając swój los komuś, kogo biorą za wybrańca, wizjonera, stratega pozbawionego skazy na duszy, umyśle, a nawet sfatygowanym ciele. Dlaczego?

SOCJOLOGIA: to tylko popyt

Najradykalniej na to pytanie odpowiada socjologia, podsuwając koncept, że charyzma nie jest żadnym darem czy zestawem cech jednostki. Jest relacją: musi być oczywiście ktoś, kto nią emanuje, ale też ktoś, kto emanacji się poddaje. Dopiero po pojawieniu się popytu na charyzmę z podażą występuje jakiś osobnik. Bez popytu na „ojca duchowego”, „ojca narodu”, „słońca narodów” nie zaistnieliby liczni mężowie stanu, ale też zastępy tyranów i pospolitych drani wyniesionych do władzy.

Co zatem detonuje ów popyt? Kryzys. Ekonomiczny, polityczny, cywilizacyjny, przyrodniczy, zdrowotny. Gdy kilka z nich na siebie się nałoży, powstaje wrażenie chaosu. Pojawia się strach, potem – uogólniony, bezprzedmiotowy lęk. Niewytłumaczalność tego, co dzieje się ze światem, i nieprzewidywalność przyszłości są rodzicami niepewności. I to ona uruchamia w ludziach instynktowną, by nie powiedzieć infantylną, chęć niemal dosłownego wtulenia się w kogoś, kto jest twardy, niezwyciężony, wielki. „Jeśli ludzie traktują kogoś jako wielkość, to on tym samym jest wielki – pisze prof. Piotr Sztompka w swej „Socjologii”. – Postrzegając w ten sposób postać przywódcy, gotowi są go obdarzyć posłuszeństwem, zaufaniem, lojalnością. Od strony zwolenników postaci charyzmatycznej pojawiają się szczególne emocje, entuzjazm, kult”.

Popyt na „ojca” pojawia się na całym świecie, w całych dziejach naszego gatunku ze zdumiewającą regularnością. Wydawało się niemal pewne, że dramatyczne, rozległe poparzenia totalitaryzmami, jakich ludzkość doznała w XX w., skłonią ją już na zawsze do dmuchania na zimne. Demokratyczny ład miał prewencyjnie kasować wszelkie autorytarne zapędy. Zaś pokój i dobrobyt – redukować strach, co ograniczyłoby również popyt na charyzmatyków, których zwykliśmy konotować pozytywnie: ojców duchowych, przywódców religijnych, autorytety moralne, słowem wszelkich specjalistów od sensu życia. Usensownione stałym postępem życie nie wymagałoby już ich asysty.

To przestaje działać. Czasy, w których żyjemy, wydają się coraz bardziej przesycone strachem i niepewnością. I jeśli nawet nie ma realnych dowodów na to, że świat znalazł się na progu katastrofy, to jesteśmy w chroniczny, globalny stan lękowy wprowadzani za przyczyną jednego z genialniejszych wynalazków ludzkości – technicznych środków rozpowszechniania informacji. Człowiek współczesny nie ma ucieczki od złej wiadomości. Ona go dopadnie, jeśli nie przez telewizor zawieszony w autobusie, to komórkę w kieszeni kurtki. Jeśli nie z mównicy sejmowej, to z kościelnej ambony usłyszy o zbliżającej się apokalipsie – od klimatycznej po demograficzną. Jeśli czegoś się boisz – katastrofy ekologicznej czy tzw. ekoterrorystów – możesz sobie wybrać takie medium, które będzie nasączać cię lękiem przez 24 godziny na dobę. Ludzkość zastawiła na siebie pułapkę: błogosławieństwo powszechnego dostępu do informacji staje się jej przekleństwem.

Nie tylko jednak media budują popyt na „ojca”. Cała konstrukcja współczesnego społeczeństwa kapitalistycznego opiera się na kulcie indywidualnego sukcesu. Liczy się marka Apple, ale ikoną na zawsze pozostanie Jobs. Liczy się awans polskiej drużyny piłki nożnej, ale idolem tłumów jest Lewandowski. Liczy się lider, kapitan. Charyzmatyczny, rzecz jasna. Znamienne, że komentatorzy polityczni upatrują dziś przyczyn marnej kondycji polskiej opozycji w niedostatku charyzmy u szefów poszczególnych partii. Jakby żaden sensowny program, żadne wartości, żaden zespół ludzki nie miał już szans bez własnego Kaczyńskiego.

COACHING: to tylko małpia zręczność

Niemała zasługa w rozpowszechnieniu tej hiperindywidualistycznej kalki leży po stronie biznesu, jaki rozkręcił się w ostatnich dziesięcioleciach pod postacią tzw. doradztwa wizerunkowego czy coachingu. Jeśli spojrzeć na półki z literaturą poppsychologiczną przełomu stuleci, to same już tylko tytuły bestsellerów ujawniają entuzjazm dla autoinżynierii. Trzy pierwsze z brzegu z redakcyjnej biblioteczki: „Zarządzanie samym sobą”, „Porozum się albo giń. Zwierzęca recepta na sukces w biznesie”, „Ukryta perswazja. Psychologiczne taktyki wywierania wpływu”. Większość tych lektur adresowana była do ludzi wściekle głodnych sukcesu w neoliberalnym kapitalizmie. Eksperci przekonująco wieszczyli nadejście epoki charyzmatycznych liderów. Sypali przykładami Jobsów, Gatesów, Zuckerbergów i ich rodzimych odpowiedników, czyli np. filozofów, którzy po transformacji stali się gigantami wydawniczymi. Nieważne wykształcenie – przekonywali – ważna moc, która sprawi, że jesteś w stanie porwać za sobą podwładnych, roztoczyć przed nimi wizję i sprawić, że zaprzęgną się do twojego wozu na 16 godzin każdej doby. No dobrze, a skąd ta moc? Zawsze można – za opłatę – w charyzmie nieco się podciągnąć.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną