Niewierzący w Polsce pod katolicką presją

Molestowanie religijne
To co wierzącym wydaje się naturalne i oczywiste, dla innych wcale takie nie jest.
Richard Dawkins porównał edukację religijną dzieci do molestowania intelektualnego.
Aaron Burden/Unsplash

Richard Dawkins porównał edukację religijną dzieci do molestowania intelektualnego.

Gdy ateiści domagają się ochrony z artykułu o obrazie uczuć religijnych, podnosi się lament, że to bluźnierstwo.
Mirosław Gryń/Polityka

Gdy ateiści domagają się ochrony z artykułu o obrazie uczuć religijnych, podnosi się lament, że to bluźnierstwo.

materiały prasowe

Mirosław Gryń/Polityka

audio

Joanna Podgórska - Molestowanie religijne

Niewiara jest odbierana w Polsce jako coś nienormalnego wobec dominujących wzorców kultury. Ateiści, agnostycy czy ludzie obojętni religijnie przez samą swoją obecność zakłócają katolicką normę. Dlatego otoczenie często próbuje na nich wymusić, by się dostosowali; narzuca swoje zasady, obrzędowość, symbolikę. Można to porównać do pewnych form molestowania seksualnego. Mężczyźni często są zaskoczeni, że niektóre ich zachowania są przez kobiety odbierane jako opresywne. Nie mają poczucia, że robią coś niestosownego, bo tak ich ukształtowała tradycja i patriarchalna norma. Katolicka większość podobnie traktuje swoje manifestacje religijności, które przez niewierzącą mniejszość mogą być odbierane jako wykluczenie, nękanie czy opresja. „Przecież my się tylko publicznie modlimy”, „Co komu przeszkadza krzyż?”, „Religia nikogo nie krzywdzi”, „Nic ci się nie stanie, jak pójdziesz na mszę”.

Radosław Tyrała, autor książki „Bez Boga na co dzień. Socjologia ateizmu i niewiary”, napisanej na podstawie badań przeprowadzonych wśród polskich niewierzących, odróżnia dyskryminację i stygmatyzację. Dyskryminację definiuje jako reakcje instytucji państwowych czy kościelnych, które poprzez swoje decyzje wpływają na życie niewierzących, a stygmatyzacja to negatywne reakcje na niewierzących przy spotkaniach twarzą w twarz. Dotyczy codziennego życia rodzinnego czy towarzyskiego.

Boso przez las

Większość ankietowanych przez Tyrałę deklaruje, że w ich otoczeniu dominują osoby niewierzące oraz wierzące, ale tolerancyjnie nastawione do ateistów. Na stygmatyzację skarży się około 20 proc. badanych. Dotyczy to przede wszystkim ludzi młodych, bo starsi mają większą wolność w kształtowaniu swoich sieci towarzyskich. Prawie 40 proc. niewierzących deklaruje, że miało na tym tle konflikty z rodzicami. Drugie miejsce zajęły problemy z dalszą rodziną, a 8 proc. mówiło o problemach w pracy.

Bycie ateistą w Polsce przypomina chodzenie boso po lesie. Raz na jakiś czas wdepnie się na szyszkę – opisuje jeden z ankietowanych. Drobne szyszki to takie sytuacje, jak dzielenie się opłatkiem przy wigilijnym stole, które niewierzący mogą odbierać jako sztuczne i krępujące. Uczestniczenie w kościelnych uroczystościach – ze względu na relacje rodzinne czy towarzyskie – takich jak śluby, chrzty czy pogrzeby, podczas których nie bardzo wiadomo, jak się zachować: markować klękanie, żeby nikogo nie urazić, stanąć za filarem czy przeczekać na zewnątrz. Większe problemy pojawiają się zazwyczaj wraz z narodzinami dziecka, gdy tolerancyjne do tej pory otoczenie dopytuje: kiedy chrzest? Nie czy, ale kiedy. I przekonuje: co wam szkodzi, przecież to tylko tradycja, czysto symboliczny gest. Przy czym ten czysto symboliczny gest wymaga pójścia do spowiedzi, komunii i deklaracji, że dziecko będzie wychowywane po katolicku. Mimo to większość niewierzących ulega. Trzy czwarte ankietowanych przez Radosława Tyrałę ochrzciło dzieci dla świętego spokoju. Papierek od spowiedzi daje się jakoś załatwić. A że człowiek trochę paskudnie się przy tym czuje… Presja, by odprawiać kościelne rytuały, jest na tyle duża, że w Polsce funkcjonuje dziwna kategoria niewierzących praktykujących.

W przedsionku

Prawdziwe problemy zaczynają się dla ateistów, gdy wchodzą w kontakt z instytucjami publicznymi, bo to oznacza także kontakt z religią katolicką. W Polsce katolickie oznacza neutralne, naturalne i oczywiste. Zaczyna się już od przedszkola, gdy niewierzący muszą rozstrzygnąć dylemat: zapisać dziecko na katechezę czy oddzielić w tym czasie od grupy, co dla trzylatka może być traumą. W szkole jest jeszcze gorzej. Richard Dawkins porównał edukację religijną dzieci do molestowania intelektualnego. Nie tylko dlatego, że straszenie ich wizją piekła może być groźne dla psychiki, ale także dlatego, że aplikuje się im poglądy, na których świadomą analizę są zbyt małe.

W Polsce dochodzi do tego jeszcze molestowanie społeczne. Bo nawet, gdy rodzice zdecydują o rezygnacji z katechezy, dziecko trafia w otoczenie, które dalekie jest od neutralności. Dyrektorium Katechetyczne, na podstawie którego odbywa się nauczanie religii w szkołach, zaleca, by proboszczowie nieustannie rozwijali współpracę parafii i szkoły. Bywa ona tak zacieśniona, że niewierzący duszą się w tej atmosferze. Zdarzają się przypadki, gdy nie tylko lekcje religii, ale np. matematyki zaczynają się modlitwą, piątkowe sprawdzanie, czy dzieci nie mają kanapek z wędliną, spowiedź organizowana na terenie szkoły. To skrajności, ale normą jest wpisywanie wartości chrześcijańskich do statutu świeckich szkół, wszechobecność symboli religijnych w klasach czy kościelna oprawa szkolnych uroczystości. Matka pierwszoklasisty, protestująca przeciwko temu, by ślubowanie uczniowskie odbywało się w kościele podczas mszy, bo nie wszyscy muszą być katolikami, usłyszała od dyrektorki: ależ zapraszamy serdecznie, pani przyjdzie z synem, staniecie sobie w przedsionku.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną