Sędzia Adam Kabziński o karze śmierci

Kara skazana na śmierć
Rozmowa z sędzią w stanie spoczynku Adamem Kabzińskim o karze ostatecznej i jej roli społecznej.
Adam Kabziński
Michał Kość/Agencja Wschód

Adam Kabziński

„Sędzia, konfrontując się ze zbrodnią, jest właściwie samotny. Ma tylko akta i Kodeks karny”.
Łukasz Dejnarowicz/Forum

„Sędzia, konfrontując się ze zbrodnią, jest właściwie samotny. Ma tylko akta i Kodeks karny”.

„Będąc sędzią, trzeba szybko dorobić się grubej skóry. Inaczej sprawy będą cię zżerały od środka”.
Nomadsoul1/PantherMedia

„Będąc sędzią, trzeba szybko dorobić się grubej skóry. Inaczej sprawy będą cię zżerały od środka”.

JULIUSZ ĆWIELUCH: – Widział pan „Krótki film o zabijaniu”?
ADAM KABZIŃSKI: – Widziałem. A dlaczego pan pyta?

Bo to właściwie mógłby być film o człowieku, którego pan skazał na karę śmierci.
Dwukrotnie orzekałem karę śmierci. W obydwu wypadkach jej nie wykonano.

Żałuje pan?
Przecież pan wie, że nie odpowiem na to pytanie. Chciałby się pan dowiedzieć po latach, że sędzia, który pana skazywał, żałuje jakiegoś wydanego przez siebie wyroku? Jeśli czegoś żałuję, to tych kilku przypadków, w których doświadczenie i intuicja podpowiadały mi, że uniewinniam sprawcę, ale materiał dowodowy nie pozwalał na wysłanie go za kratki. Tylko tego żałuję.

Nie kusiło pana, żeby nagiąć dowody?
Prowokuje mnie pan. Ale nie wyrzucę pana za drzwi. Opowiem panu o lekcji sądowej pokory, której udzieliło mi życie i moi starsi koledzy z sądu apelacyjnego. Do pierwszego morderstwa, które dostałem na wokandę, doszło w małej podkieleckiej miejscowości. Młoda kobieta została uduszona i pocięta nożem. Morderca kłuł ciało chaotycznie. Nie została zgwałcona. Niczego nie ukradziono. Zginęła uduszona paskiem od własnej torebki. Sprawa była trudna. Milicja wskazała jednak podejrzanego, choć parę kwestii pozostawiało wątpliwości. Sam motyw na pierwszy rzut oka mógł się wydawać błahy. Właściwie to zginęła przez jedno głupie kłamstwo.

Szokowało to pana?
Wtedy tak. Teraz już nie. Po 40 latach orzekania wiem, że życie można stracić nie tylko przez głupie kłamstwo, ale i głupi żart. Można zginąć właściwie za nic. Po prostu znalazło się nie w tym miejscu, co trzeba. Z wyjaśnień wynikało, że sprawca i ofiara spotkali się w knajpie, gdzie on świętował z kolegami przed swoim ślubem. Znali się. Coś między nimi wcześniej było. On miał już zresztą dziecko z inną dziewczyną. Kiedy ofiara dowiedziała się o ślubie, powiedziała mu, że jest z nim w ciąży.

Była?
Sekcja zwłok tego nie potwierdziła. Ale on musiał jej uwierzyć. Pewnie przestraszył się, że jego życie ułoży się nie tak, jak zaplanował, że będzie miał kolejne nieślubne dziecko na utrzymaniu. Zaproponował, że ją odprowadzi. Kiedy byli na uboczu, wyrwał jej torebkę. Stanął na nią butem i oderwał pasek. Zaczął ją dusić. Ciosy nożem zadał już później, żeby zmylić trop. Wskazać na jakiegoś psychopatę. Problem polegał na tym, że wzór buta oskarżonego zgadzał się z tym na torebce, ale był o dwa rozmiary za duży. Zleciłem kilka ekspertyz, żeby to jakoś wyjaśnić. Ale nic z tego nie wychodziło.

Skazał go pan?
Tak. A następnie dwa kolejne składy po mnie. Ale wszystkie wyroki padały w apelacji. W sumie przesiedział 4,5 roku w więzieniu i wyszedł na wolność. Za każdym razem obrona wskazywała na ten za duży but odbity na torebce.

Dlaczego go pan skazał, skoro wiedział, że nie wszystko się zgadza?
W śledztwie mówił o okolicznościach, które mógł znać jedynie sprawca. Wszystko, poza tym za dużym butem, do siebie pasowało. Ta sprawa naznaczyła mnie do końca moich zawodowych dni. Od tamtej pory szczegółowo badałem każdy słaby wątek, każdy wątpliwy dowód. Zlecałem mnóstwo ekspertyz, co nie zawsze podobało się przełożonym, ale z reguły nie odmawiali. Interesowałem się nowinkami kryminalistycznymi. Stąd moja pewność co do wyroków, które wydałem. Każdy zapadł w zgodzie z moim sumieniem.

Przeżywał pan to, że wyszedł?
Będąc sędzią, trzeba szybko dorobić się grubej skóry. Inaczej sprawy będą cię zżerały od środka. Do pierwszych spraw przychodzi się właściwie bez skóry. Żadne studia prawnicze nie są w stanie przygotować na zetknięcie z ogromem zła, które dostaje się w aktach. Z drugiej strony, kiedy ta skóra zrobi się za gruba, to należy jak najszybciej odejść w stan spoczynku.

Ile miał pan wtedy lat?
Byłem już po trzydziestce. Głupi wiek. Człowiekowi wydaje się, że zna świat na wylot, a prawo może naprawić każdą krzywdę.

Krótko po tym próbował pan wysłać na szubienicę zabójcę Jana K. z Kielc. Prześledziłem jego dalszy życiorys. Los się do niego uśmiechnął. Na tydzień przed egzekucją weszło moratorium na wykonywanie kary śmierci. Wyrok zmieniono mu na 25 lat więzienia. Odsiedział 17 i wyszedł za dobre sprawowanie.
Jak już pan tak szczegółowo opowiada o jego życiu, to proszę równie szczegółowo przypomnieć sobie okoliczności śmierci jego żony. Pamiętam, że nie mogłem odczytać aktu oskarżenia, bo ciągle mi ktoś mdlał na sali. K. był niższy od swojej żony i trudno mu było ją zabić pierwszym ciosem młotka. Zadawał więc kolejne. Chęć życia w ofierze była tak duża, że zdołała jeszcze wyrwać klamkę i wyczołgać się na klatkę. Wciągnął ją do mieszkania i tłukł dalej. Jak się pan czuł, czytając, gdy ze szczegółami opowiadał o kawałkowaniu ciała i spuszczaniu fragmentów w klozecie?

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną