Szkoła nie dla niepełnosprawnych

„Niegrzeczne” dzieci
Wyszarpane. Wybłagane. Wywalczone. Takich słów używają rodzice niepełnosprawnych dzieci, mówiąc, jak zdobyli miejsce w szkole od września.
W Polsce wciąż ponad tysiąc dzieci żyje w Domach Pomocy Społecznej, przystosowanych do potrzeb samotnych seniorów.
123 RF

W Polsce wciąż ponad tysiąc dzieci żyje w Domach Pomocy Społecznej, przystosowanych do potrzeb samotnych seniorów.

Polskie niepełnosprawne dzieci, które chodziły do publicznych szkół, częściej czują się inne i gorsze niż ich rówieśnicy ze szkół specjalnych.
lightsource/PantherMedia

Polskie niepełnosprawne dzieci, które chodziły do publicznych szkół, częściej czują się inne i gorsze niż ich rówieśnicy ze szkół specjalnych.

Protesty opiekunów osób niepełnosprawnych pod Sejmem cieszyły się dużym poparciem społecznym.
Andrzej Hulimka/Forum

Protesty opiekunów osób niepełnosprawnych pod Sejmem cieszyły się dużym poparciem społecznym.

audio

AudioPolityka Martyna Bunda - Niegrzeczne dzieci

Dla rodziców nadszedł czas na chwilowe zawieszenie broni. Kiedy w 2017 r. radykalnie zmieniono zasady, na jakich niepełnosprawne dzieci funkcjonują w szkołach, w większości wypadków już mniej więcej wiadomo, co udało się wyszarpać, a co nie. Można wziąć pierwszy oddech – jeśli się powiodło. Albo przyzwyczaić się do nowej sytuacji: dziecko przestaje chodzić do szkoły, za to nauczyciel przyjeżdża do niego – jeśli zabrakło siły przebicia, wiedzy albo znajomości.

W tym drugim wypadku w domu zamyka się też matkę. Wcześniej, gdy dziecko było w szkole przez pięć, sześć godzin w tygodniu, mogła choćby pozałatwiać sprawy w mieście. Część pociesza się, że przynajmniej nie trzeba będzie wydawać na bilety – nikłe pocieszenie, ale zawsze – jak pani C. na Kaszubach. 6 zł w jedną stronę razy dwie osoby, godzina czekania w szkole, na miejscu, i powrót. Teoretycznie C. mogła w gminie wnioskować o refundację kosztu dojazdów, ale większość rodziców o tym nie wie. Podobnie jak większość gmin. (Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich dostaje czasem skargi w tej sprawie i bierze na siebie rolę mediatora z gminą, przypominając gminie o jej obowiązkach, a gdy to nie działa – występuje do sądu).

Części rodziców się udało i dziecko zostaje w szkole. Przebrnęli przez ustawy, załatwili zaświadczenia, znaleźli życzliwych pedagogów. Jak często? Ministerstwo Edukacji nie ma danych. Ale było jak na wojnie.

D., która na Kaszubach wychowuje 9-letniego Piotrusia, zaczęła walkę jeszcze w zeszłym roku.

Z pamiętnika D. Kwiecień: Wczoraj byłam w S. (prywatna przychodnia). Jeśli będę miała 350 zł na diagnozę, to pani terapeutka zrobi mi plan działania z Młodym za free poza przychodnią, bo mieszka gdzieś obok i postanowiła pomóc. Ale to tylko integracja sensoryczna... A zostają jeszcze inne częściowe plany działania.

D. nie ma 350 zł na diagnozę; na 500 plus syn się nie załapuje, bo – jak większość autystyków – nie ma orzeczenia o niepełnosprawności. Szczęśliwie D. jeszcze ma kogoś, od kogo może pożyczyć.

Eksperyment

Piotruś, syn D., przez cztery lata w szkole odnajdywał się doskonale. Rówieśnicy go mobilizowali, mimo że jest trudnym przypadkiem. Dlatego W. była przerażona perspektywą, że od września 2018 r. Piotruś miałby siedzieć w domu i przerabiać lekcje z nauczycielem dochodzącym. Chłopiec ma cechy autyzmu i ogromne problemy z kontrolowaniem agresji (zdarzyło się, że wbił nauczycielce cyrkiel w rękę). Ale ma też wrażliwość, serdeczność, to ten typ, o którym mówi się „serce na dłoni” – kiedy akurat jest dobry moment. Wiejska szkoła długo zniechęcała, jak mogła, matkę Piotrusia, piętrzyła przeszkody prawne, doradzano szkołę specjalną – w Gdańsku, dwie godziny drogi od ich miejsca zamieszkania. D. zdołała jednak przebrnąć przez ustawy i rozporządzenia, doczytać na forach w internecie to, czego nie rozumiała – znała swoje dziecko, wiedziała, co dla niego dobre. A do tego miała odwagę, by chodzić do dyrektora szkoły z ustawami pomazanymi zakreślaczem.

Dziś w szkole uważają eksperyment z Piotrusiem za udany. Część zajęć miał sam na sam z wychowawcą, na część – na ile pozwalał jego stan – chodził z klasą, i właśnie tę część mama i wychowawczyni Piotrusia uznają za najważniejszą dla niego. Pani ze szkoły – nauczycielka z 40-letnim stażem, mówi, że chłopiec nauczył ją pokory i że jest jednym z najbliższych jej uczniów. Na wuefie koledzy klaskali, gdy robił coś, czego wcześniej nie potrafił.

Ale w szkołach publicznych nie zawsze wychodziło tak jak z Piotrusiem. Przez lata prowadziliśmy w Polsce ów ważny i słuszny eksperyment bez rozwiązań systemowych, na wariata. – Podobnie jak cały system wspierania osób z niepełnosprawnościami tworzyliśmy metodą gaszenia pożarów, tak i kwestię dostępu do edukacji dla dzieci – mówi dr Sylwia Spurek, zastępczyni rzecznika praw obywatelskich, która zajmuje się tą problematyką w biurze RPO. Coś, co w pedagogice nazywa się edukacją włączającą (i jest uważane za standard jako pochodna istnienia praw człowieka), w Polsce wchodziło do szkół tylnymi drzwiami. Wymieniając się doświadczeniami na forach internetowych, rodzice powoływali się na zapisy o potrzebie nauczania indywidualnego i zdobywali zaświadczenia z poradni psychologicznych.

Po latach intuicyjnego stosowania przepisów wszystko się podocierało. Tyle że szkoły, przekonywane do słuszności idei, ale pozbawione narzędzi albo stawiane pod ścianą przez rodziców przynoszących pokreślone rozporządzenia, czasem nie potrafiły poradzić sobie z sednem – czyli innością dziecka. A i sami rodzice wpadali w pułapki, choćby tę podstawową, związaną z nieakceptowaniem niepełnosprawności, kiedy zamiast przeżyć rodzaj żałoby po stracie nadziei i aspiracji, udaje się przed sobą samym, że dziecko będzie takie jak inne, że wystarczy się postarać. I wystarczy, żeby się szkoła postarała.

Efekty okazywały się przeciwne – z badań wynika, że polskie niepełnosprawne dzieci, które chodziły do publicznych szkół, częściej czują się inne i gorsze niż ich rówieśnicy ze szkół specjalnych. A bywało i tak, że z braku fachowego wsparcia i opieki trudne dziecko terroryzowało wszystkie pozostałe, a zdrowe 6-,7-latki zaczynały moczyć się w nocy, bo bały się kolegi, z którym osamotniony pedagog nie potrafił znaleźć wspólnego języka.

Zryw

Gdy w 2017 r. Ministerstwo Edukacji nagle uznało, że kończy z możliwością wykorzystywania przepisów o potrzebie nauczania indywidualnego w przypadkach uczniów z niepełnosprawnościami i że od teraz kształcenie indywidualne może się odbywać tylko w domach, powszechnie uznano, że chodzi o pozbycie się ze szkół „niegrzecznych dzieci”. Tych wszystkich „autyzmów, aspergerów, kłopotliwych przypadków”, których obecność w szkole przeszkadza nauczycielom w trzymaniu rygoru i frustruje rodziców zdrowych kolegów.

Rozpętała się burza. Rzecznik praw obywatelskich zwrócił się do resortu z oficjalnym pytaniem, czy naprawdę – wbrew europejskim standardom – chce się w Polsce trudne dzieci pozamykać w domach? W efekcie ministerstwo częściowo wycofało się z pomysłu, stare, przetarte szlaki zastępując nowym: nauczanie indywidualne możliwe tylko w domu, ale dzieci, w przypadku których wskazane jest łączenie zajęć indywidualnych na terenie szkoły z zajęciami w klasie, mogą korzystać z istniejących już w przepisach „indywidualnych programów edukacyjno-terapeutycznych” (IPET), tworzonych wspólnie przez nauczycieli i specjalistów pracujących z dzieckiem.

I tak dla tysięcy rodziców zaczęła się gonitwa: wyszukiwanie informacji, organizowanie się na nowych zasadach, kolekcjonowanie zaświadczeń i papierów, by nauczanie indywidualne zamienić na IPET.

Z pamiętnika D. Maj: Na forach piszą, że będą kłopoty. Na samą zindywidualizowaną ścieżkę kształcenia podobno nic się nie da wyszarpać, bo szkołom się to nie opłaca. Nauczycielom nie płacą za takie dodatkowe zajęcia, więc na pewno będą to olewać. Na forach radzą, żeby pójść jedną z trzech dróg. Wystarać się o zaświadczenie o zagrożeniu niedostosowaniem społecznym; albo o autyzmie atypowym; albo o atypowym od psychiatry i od kogoś, na przykład ortopedy, o niepełnosprawności ruchowej – i wtedy będzie sprzężenie. Robimy kształcenie specjalne z zapisem, że dziecko ma mieć indywidualne lekcje w szkole. Próbujemy z Piotrusiem z trójką – sprzężenie, bo na opcję 3 jest największa subwencja z gminy, i szkoła da się namówić na sensowną liczbę godzin. Na jedynkę subwencja jest najmniejsza, a więc liczba godzin także będzie najmniejsza. Walczę przynajmniej o to, żeby było jak dotychczas. Zawlokłam zarzygane dziecko na badanie do Gdańska, bo Piotruś był chory, a termin nie mógł przepaść. Nikt nas nie wywalił z autobusu – cud. Młody jakoś dojechał. Pomógł miecz świetlny, który Młody dostał w prezencie, bo jedna pani znała moją mamę i zrobiło jej się mnie żal. Na weekend kupiłam 3 bułki do jedzenia.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną