Paweł Dobrowolski o osobach homoseksualnych w stanie kapłańskim

Wspólnota milczenia
Rozmowa z Pawłem Dobrowolskim, teatrologiem i aktywistą LGBT związanym z Grupą Polskich Chrześcijan Wiara i Tęcza, o tym, co przyciąga osoby homoseksualne do kapłaństwa i jak czują się w Kościele.
Paweł Dobrowolski
Leszek Zych/Polityka

Paweł Dobrowolski

„Ze stuprocentową pewnością wiem, że są tacy ludzie w Kościele, duchowni, geje, którzy dochowują celibatu i są dobrymi kapłanami”.
123 RF

„Ze stuprocentową pewnością wiem, że są tacy ludzie w Kościele, duchowni, geje, którzy dochowują celibatu i są dobrymi kapłanami”.

„Homoseksualizm jest w Kościele absolutnym tabu, o którym rozmawia się właściwie jedynie w konfesjonale”.
Deaurinko/PantherMedia

„Homoseksualizm jest w Kościele absolutnym tabu, o którym rozmawia się właściwie jedynie w konfesjonale”.

JOANNA PODGÓRSKA: – Podobno mało co, a zostałby pan zakonnikiem?
PAWEŁ DOBROWOLSKI: – Niewiele brakowało. W wieku nastoletnim przeżyłem nawrócenie. Bardzo mocno doświadczyłem Boga i byłem gotów zrobić dla niego wszystko. Tak mi się przynajmniej wydawało. Jednocześnie odkrywałem swoją tożsamość seksualną, choć nie miałem co do niej stuprocentowej pewności. Próbowałem sam ze sobą negocjować. Wchodziłem w relacje z kobietami, myląc przyjaźń z miłością. W pewnym momencie jednak stało się dla mnie jasne, że jestem osobą homoseksualną, a Kościół takim jak ja proponuje jedynie życie w samotności. Zakon wydawał mi się więc bardzo atrakcyjną opcją, wręcz pokusą.

Zakon jako pokusa?
Tak, życie w gronie mężczyzn ubranych w piękne habity wydawało mi się po prostu bardzo pociągające. Poza tym łatwiej zachować celibat, mając wsparcie grupy współtowarzyszy. Bycie samotnym w świeckim świecie wydawało mi się absurdalne i kompletnie nie czułem się do tego powołany. Przyglądałem się sobie, jeździłem do różnych zakonów monastycznych, odbywałem rekolekcje. Ale im głębiej wchodziłem w siebie, tym bardziej stawało się dla mnie jasne, że to byłby rodzaj ucieczki przed samym sobą. Nie wiedziałem, co mam robić, by zachować wiarę i być jednocześnie wiernym sobie. Modliłem się o cud. Wariantu, by żyć w świeckim otoczeniu w samotności i czystości, nie brałem pod uwagę; wydawał się zbyt okrutny.

Czy próba ucieczki od niechcianej orientacji może przyciągać młodych homoseksualnych mężczyzn do kapłaństwa?
Znam wiele takich przypadków. Osoba wierząca, która chce być w Kościele, a odkrywa swoją homoseksualność, szuka wspólnoty. Zakon czy seminarium wydają się dawać możliwość życia wśród ludzi, w bliskich relacjach. I nie mam tu na myśli relacji seksualnych. Ci młodzi ludzie, o których mówię, nie postępowali cynicznie. Nie wstępowali do zakonu, by deprawować innych. Czuli się na siłach, by dochować celibatu, i długo go dochowywali. Byli świetnymi zakonnikami, superksiężmi.

Instrukcja papieża Benedykta XVI z 2005 r. teoretycznie zamyka osobom homoseksualnym drogę do kapłaństwa.
Została wydana mniej więcej w tym okresie, kiedy ja próbowałem szukać odpowiedzi na powołanie i miejsce w życiu. Potraktowałem ją jak mocny znak od Boga.

Policzek?
Dziś uważam ją za narzędzie dyskryminacji, nie rozumiem, dlaczego z założenia wyklucza się osoby o orientacji homoseksualnej, które chcą oddać swoje życie Bogu i żyć w czystości. Ale wtedy tego tak nie postrzegałem. Raczej jako namacalny sygnał, że to nie jest moja droga. Pomogło mi to szukać innych rozwiązań. Kapłaństwo czy zakon wykluczyłem zupełnie. Chociaż będąc bardzo blisko Kościoła, przyglądając się kolegom z duszpasterstwa, braciom zakonnym i księżom, nie sądzę, by homoseksualna orientacja stanowiła przeszkodę, żeby w tej formacji byli.

Czy oni sami nie mają poczucia jakiegoś rozdwojenia?
Nie wiem. O tym się nie rozmawia. Homoseksualizm jest w Kościele absolutnym tabu, o którym rozmawia się właściwie jedynie w konfesjonale. To temat spychany na margines. A gdy się już pojawia, to tylko w kontekście terapii. Czasem domyślam się, że któryś ze znajomych seminarzystów, księży czy zakonników jest osobą homoseksualną, ale nie czuję, bym mógł z nimi o tym otwarcie rozmawiać. Sam bardzo długo dojrzewałem do coming outu, więc zachęcanie innych do tego uważam za nadużycie. Nie wiem, czy żyją w rozdwojeniu, choć przypuszczam, że tak.

Nadal deklaruje pan związek z Kościołem. Jak to jest słyszeć od swoich kapłanów, że jest się zboczeńcem czy sodomitą?
Jestem w tej instytucji, tak jak jestem w społeczeństwie, przez które także jestem obrażany. A przecież mógłbym wyemigrować, ale czuję się jego częścią i chcę tu walczyć o swoją godność i swoje prawa. Poza tym ja rozumiem, skąd w Kościele biorą się takie obawy przed orientacją homoseksualną. Jest mi o tyle łatwiej, że te homofobiczne uprzedzenia przerabiałem na sobie. W Kościele największym homofobem byłem sam dla siebie – ja.

Zanim pogodziłem się ze sobą, przechodziłem te wszystkie fazy. Sam o sobie myślałem jako o sodomicie, pedale czy zboczeńcu. Teraz gdy słyszę takie określenia z zewnątrz – choć muszę podkreślić, że nie zdarza się to wcale tak często i nigdy nie zdarzyło mi się to bezpośrednio w Kościele – to nie budzą we mnie wielkich emocji, bo wiem, że można na homoseksualną orientację spojrzeć inaczej, tylko trzeba na to czasu i spotkania z drugim człowiekiem. To kluczowa sprawa, bo właśnie spotkanie z drugim człowiekiem najłatwiej obala takie wyobrażenia. Tak było w moim przypadku.

Po to była zainicjowana przez pana dwa lata temu akcja „Przekażmy sobie znak pokoju”, której symbolem stały się dwie splecione dłonie – jedna z różańcem, a druga z tęczową opaską?
Tak. Robiliśmy ją wspólnie z Kampanią Przeciw Homofobii, stowarzyszeniem Tolerado i Grupą Polskich Chrześcijan Wiara i Tęcza. Słysząc obrzydliwe homofobiczne wypowiedzi hierarchów, czułem jednocześnie, że moje doświadczenie Kościoła jest zupełnie inne. Kiedy już po coming oucie spotykałem się ze znajomymi z duszpasterstwa, miałem poczucie totalnej akceptacji. Byli zachwyceni, że głośno o tym powiedziałem.

Wiem, że wśród wiernych Kościoła jest mnóstwo osób, które patrzą na osoby LGBT w zupełnie inny sposób niż hierarchowie. To trochę tak jak z antykoncepcją – księża głoszą swoje, a wierni myślą swoje, choć często nie mówią o tym na głos. Miałem poczucie, że stosunek laikatu do osób LGBT to także temat nie do końca wysłowiony. I że trzeba wzmocnić w Kościele te osoby, które mają do nas pozytywny, przyjazny stosunek. Oczywiście Kościół w Polsce jest bardzo podzielony. Pokazała to nawet lista patronów medialnych, które nas wsparły.

„Znak”, „Więź”…
…„Tygodnik Powszechny”. Tak, ale to też jest Kościół, nie tylko Radio Maryja. Tym otwartym katolikom chcieliśmy pokazać, że nie są samotnymi odszczepieńcami od wspólnoty. A osobom homoseksualnym, które są w Kościele i boją się ujawnić swoją orientację, dać wsparcie i odwagę, by poczuły, że nawet gdy otwarcie powiedzą prawdę, nie zostaną przez tę wspólnotę odrzucone.

Liczył pan, że coming outu dokona jakiś ksiądz, który powie: tak, jestem gejem i jednocześnie dobrym kapłanem?
Miałem taką naiwną nadzieję. Nie sądziłem, że opór wśród duchownych jest aż tak wielki. Taki wariant jest na razie absolutnie wykluczony. Ze stuprocentową pewnością wiem, że są tacy ludzie w Kościele, duchowni, geje, którzy dochowują celibatu i są dobrymi kapłanami. Znam ich przecież. Ale gdyby któryś z nich chciał o tym mówić otwarcie, automatycznie wykluczyłby się z kapłaństwa. Nawet księża, którzy poparli naszą kampanię czy wypowiadali się o niej z sympatią, stawali się podejrzani. Już na drugi dzień po ukazaniu się naszych plakatów Komisja Episkopatu Polski wystosowała list do wiernych, by nie angażowali się w kampanię. Siła tego oporu była dla mnie zdumiewająca. Jeden ze znajomych księży powiedział mi, że w Kościele rozmowa o homoseksualności będzie niemożliwa, dopóki kwestia homoseksualizmu wśród księży nie zostanie przepracowana.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną