Cyfryzacja po polsku

Polska e-tam
Cyfrowa Polska przez kolejne rządy była mylona z wirtualną. Po 20 latach informatyzowania wyprzedziliśmy już Bułgarię.
Funkcjonujący w Polsce model to cyfryzacja wyspowa.
Marek/PantherMedia

Funkcjonujący w Polsce model to cyfryzacja wyspowa.

Sztandarowym przykładem polskiej cyfryzacji miał być projekt e-PUAP, czyli Elektroniczna Platforma Usług Administracji Publicznej, rodzaj elektronicznej skrzynki podawczej dla obywateli.
Igor Morski/Polityka

Sztandarowym przykładem polskiej cyfryzacji miał być projekt e-PUAP, czyli Elektroniczna Platforma Usług Administracji Publicznej, rodzaj elektronicznej skrzynki podawczej dla obywateli.

audio

AudioPolityka Juliusz Ćwieluch - Polska e-tam

Krótko po odejściu z funkcji ministra cyfryzacji Anna Streżyńska postanowiła założyć spółkę. Oczywiście przez internet, bo wcześniej sama podkreślała, że dzięki nowoczesnym rozwiązaniom informatycznym to zwykła formalność. Okazało się, że Ministerstwo Sprawiedliwości coś już zdążyło zmienić i system nie przyjmuje jednego z wymaganych załączników. Rejestracja spółki, która z założenia trwać miała 24 godziny, zajęła jej trzy tygodnie, bo wymagany załącznik dosłać trzeba było za pośrednictwem poczty. Trudno się dziwić, że po odejściu Streżyńskiej z rządu na stanowisku ministra cyfryzacji przez kilka miesięcy był wakat. Cyfryzacja Polski ciągle jest zajęciem wirtualnym.

Wyspy

Sukcesy polskiej cyfryzacji trudno zważyć, bo nie wiadomo, jaką przyjąć jednostkę obliczeniową. Z jednej strony państwo wydaje na ten cel setki milionów złotych rocznie, za co realizowane są dziesiątki projektów. Z drugiej – w unijnym rankingu cyfryzacji państw Polska lokuje się na 22. miejscu. Awans z 23. miejsca zawdzięczamy głównie temu, że zakopaliśmy w ziemi grube miliony. – Realizacja wielkich projektów szła jak krew z nosa i minister Halicki zaczął przekierowywać pieniądze na światłowody, żeby nie trzeba było oddawać funduszy do Unii – mówi jeden z byłych urzędników z Ministerstwa Cyfryzacji. W efekcie potencjalnie moglibyśmy na tej sieci budować najbardziej wymagające systemy informatyczne świata. Gdybyśmy oczywiście potrafili.

Wśród nielicznych sukcesów można wymienić możliwość składania oświadczeń podatkowych przez internet. – Przy czym należałoby się zastanowić, czy w ogóle powinniśmy takie oświadczenia składać, skoro urząd skarbowy ma wszystkie informacje, które wpisujemy do PIT. A art. 220 Kodeksu postępowania administracyjnego mówi, że urząd nie może domagać się od obywatela informacji, które już ma – mówi Tomasz Kulisiewicz, ekspert z Ośrodka Studiów nad Cyfrowym Państwem.

Funkcjonujący w Polsce model to cyfryzacja wyspowa. – Małe archipelagi działających systemów oblane morzem cyfrowej niekompetencji. A w gorszym wariancie wyspa normalności i bezmiar głupoty w ramach jednego systemu – mówi analityk ze średniej wielkości firmy informatycznej. Oczywiście bez nazwiska, bo państwo z perspektywy biznesu to klient idealny. – Wyobraża pan sobie jakiś bank, który cyfryzowałby się tak jak polska administracja? Systemy informatyczne dla administracji kosztowały już ponad 10 mld zł. Pod względem cyfryzacji sektora bankowego Polska jest w światowej czołówce. Administracja w europejskim ogonie. – Problem ma głębsze podłoże. Nielogicznego prawa nie da się przełożyć na logiczny z założenia program komputerowy – dodaje Tomasz Kulisiewicz. Trudno się dziwić, że wymiar sprawiedliwości chyba najskuteczniej opiera się cyfryzacji w kontakcie z obywatelem. Osobiście doświadczył tego jeden z menedżerów pracujących nad koncepcją cyfryzacji sądowej administracji. – Kładli nasze pomysły jeden po drugim. Wreszcie mnie olśniło i zapytałem, jak oni wyobrażają sobie ten proces – opowiada. – Okazało się, że według nich obywatel oczywiście powinien móc wysłać do sądu mail. Tylko ktoś musi go otworzyć, wydrukować, wsadzić do koperty i wysłać listem poleconym, żeby mogli wkleić go sobie do akt.

Kolejnym bastionem jest policja, która cyfryzacji się po prostu boi. Żaden z dużych projektów informatycznych, które były pilotowane w policji, nie wszedł w życie. Nie powiodły się nawet te, w których policja dostawała bezpłatnie gotowe narzędzie. Taką propozycję złożyły firmy ubezpieczeniowe, którym zależało na udrożnieniu obsługi wypadków drogowych poprzez cyfrową aplikację. Ubezpieczyciele, w zamian za możliwość zasysania danych, które i tak policja musi im udostępniać, chcieli przekazać potrzebny sprzęt, oprogramowanie i jeszcze zapłacić za szkolenia. Na samych znaczkach pocztowych policja mogła zaoszczędzić miliony, których tak brakuje na nowe etaty w drogówce. Projekt odrzuciło dwóch kolejnych komendantów głównych. W zasadzie bez uzasadnienia. Jedyne, co obywatel na styku z policją może sprawdzić w internecie, to liczba punktów karnych. Przy czym pod informacją jest gwiazdka z adnotacją, że dane niekoniecznie muszą się zgadzać ze stanem rzeczywistym.

e-PUPA

Według Krzysztofa Kwiatkowskiego, prezesa Najwyższej Izby Kontroli, wnioski pokontrolne w kwestii cyfryzacji od lat układają się w jedną opowieść. – Trudno mi sobie przypomnieć projekt, w którym nie zostałby przekroczony budżet i termin realizacji – wylicza Kwiatkowski. – Do tego dochodzi jeszcze nieudolność w zabezpieczaniu własnych interesów. Na palcach jednej ręki można policzyć systemy, w których właściwie zadbano o prawa majątkowe zamawiającego, czyli ostatecznie nas wszystkich. Z kontroli NIK wynika, że są i takie systemy, które kosztowały miliony, a gdyby zniknęły, to nikt by tego nie zauważył. Z aplikacji e-Wniosek, zamówionej przez Agencję Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, skorzystało w 2015 r. 8 tys. rolników, czyli 0,59 proc. uprawnionych. Aplikacja kosztowała 1,4 mln zł. Władze Agencji postanowiły iść za ciosem. W 2016 r. za kolejne 2,3 mln zł poprawiono funkcjonalność systemu. Liczba rolników składających wnioski tą drogą wzrosła o 3 tys. osób. Rok później wydano na ten cel 5,5 mln zł. Na inne zadania związane z informatyzacją ARiMR poszło jeszcze 98 mln zł. Tylko w jednym roku i tylko w jednej rządowej Agencji. A dalej dokumentacja prowadzona była na papierze.

– Kult papieru i urzędowej pieczątki jest w Polsce bardzo silny, bo daje urzędnikom realną władzę nad obywatelem – tłumaczy Tomasz Kulisiewicz. – Kiedy analizuje się wszystkie kluczowe projekty cyfryzacji państwa, widać, że systemy mają służyć urzędom i urzędnikom, a dopiero przy okazji również obywatelom.

Sztandarowym przykładem polskiej cyfryzacji miał być projekt e-PUAP, czyli Elektroniczna Platforma Usług Administracji Publicznej, rodzaj elektronicznej skrzynki podawczej dla obywateli. Ponieważ miała to być rządowa wizytówka, projekt budowano z rozmachem. Nie szczędzono sił i środków. Uruchomiona w połowie 2008 r. platforma była rzeczywiście imponującym projektem. Miała jeszcze tę zaletę, że mało się zużywała, bo użytkowników było niezbyt wielu. Co zresztą nie zwalniało administracji z kosztów utrzymania systemu, które wahały się od 4 do 20 mln zł rocznie.

Z badań wynikało, że problem z małym ruchem na platformie miał dwie przyczyny. Po pierwsze, mało kto wiedział, że e-PUAP istnieje. A jeszcze mniej osób mogło z niego skutecznie korzystać, bo wymagany mechanizm elektronicznych uwiarygodnień był drogi i skomplikowany. Potencjalni użytkownicy po analizie korzyści głosowali nogami i sprawy dalej załatwiali tradycyjnie, stojąc w kolejkach do urzędów. Profilu zaufanego, wymaganego do korzystania z usług e-PUAP, nie założył nawet informatyk Michał Tabor, który był ojcem przedsięwzięcia. Swoją decyzję wytłumaczył na łamach miesięcznika „ComputerWorld”: „Rozwiązanie nie ma właściciela biznesowego, co powoduje, że nikt kwestii bezpieczeństwa nie kontroluje. Wobec tego muszę z przykrością stwierdzić, że nie używam profilu zaufanego e-PUAP, nigdy go nie założyłem i odradzam jego stosowanie”.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną