Włoscy myśliwi zastrzelili tysiąc ptaków nad Zalewem Wiślanym
Słuszne oburzenie wzbudzają doniesienia o rzezi, którą sześciu włoskich myśliwych przeprowadziło tej jesieni nad Zalewem Wiślanym. Warmińscy ornitolodzy podejrzewają, że w dziesięć dni obywatele Włoch mogli zastrzelić nawet tysiąc ptaków: gęsi, kaczek, kormoranów.
Każdej jesieni nad Polską przelatują tzw. dzikie gęsi.
Wojciech Wójcik/Forum

Każdej jesieni nad Polską przelatują tzw. dzikie gęsi.

Włoscy myśliwi wzięli udział w polowaniu dewizowym zorganizowanym przez miejscowe koło łowieckie Mewa. Instytucja polowań dewizowych rozwinięta była w PRL, gdy szukano źródeł twardej waluty. Dziś w Europie polowania dla zagranicznych myśliwych szczególnie popularne są tam, gdzie ochrona przyrody kuleje lub zawodzi, z państw unijnych np. w Rumunii, a wśród sąsiadów Polski – w Rosji i na Białorusi. Tamtejszy prezydent Alaksandr Łukaszenka m.in. z myślą o cudzoziemskich myśliwych i ich pieniądzach coraz bardziej luzuje przepisy wizowe dla turystów.

Czytaj także: Nowe sposoby walki z miłośnikami polowań

Polowanie na ptaki w Polsce się toleruje

Sprawę strzelania nad Zalewem bada policja. Wyjaśnia, czy safari znad Pasłęki zostało przeprowadzone zgodnie ze sztuką, czy nie doszło do przestępstwa. Ornitolodzy podpowiadają niedociągnięcia. Myśliwi strzelali nad brzegiem morza, a pas nadmorski o szerokości 5 km jest z mocy prawa wyłączony z polowań. Nie mieli psa do aportowania ciał ptaków, które wpadły do wody. Używali też niedozwolonych urządzeń do wabienia.

Rzecz jasna także polscy myśliwi strzelają do ptaków. Z danych Polskiego Związku Łowieckiego wynika, że np. w sezonie 2017/18 zastrzelono w Rzeczypospolitej 77 tys. kaczek. Skandalem jest nie tylko samo włoskie polowanie, ale to, że nadal godzimy się, by co jesieni w Polsce uprawiano proceder strzelania do ptaków. Z zachowaniem podwójnych standardów. Oburzamy się na wiadomości o „naszych” bocianach zastrzelonych dla pustej frajdy np. w Libanie, a do porządku dziennego przechodzimy nad tak samo brutalną rozrywką, w której ptaki, tyle że tu innych gatunków niż bocian, sprowadzane są do roli żywych rzutków.

Czytaj także: Kolejne wyroki wyłączające grunty prywatne z obwodów łowieckich

Dzikie gęsi, ptaki z silnymi przyzwyczajeniami

Kilka słów o ofiarach. Każdej jesieni nad Polską przelatują tzw. dzikie gęsi. Pochodzą głównie z pasa tundry i tajgi, z północy Eurazji, także zza Uralu. Lecą generalnie na zachód Europy, choć w związku ze zmianami klimatu coraz chętniej zimują w Polsce. Zimą koczują na dużym obszarze, od linii Wisły po Holandię i Belgię. Gromadzą się w wielotysięczne stada, składające się z całych gęsich rodzin, bo rodzice (pary łączą się „na całe życie”, w praktyce do śmierci jednego z partnerów) podróżują z dziećmi, pokazując im drogę. Nocują na wodzie lub na lądzie, np. rozległych polach czy łąkach. Gęsi – oczywiście jak na ptaki – są wybitnie inteligentne, gubi je jednak siła przyzwyczajeń.

Podczas przelotu i zimowania korzystają z tych samych miejsc do odpoczynku i żerowania. Cała sztuka polowania na gęsi polega więc na tym, by wiedzieć, gdzie się zbierają. I zaczaić się tam albo o zmierzchu, gdy zlatują się na noclegowisko, albo o brzasku, w porze rozlotu na śniadanie. Albo koło południa, kiedy robią przerwę na relaks i pielęgnację upierzenia – wtedy potrzebują wody do picia, wybierają np. jezioro albo zalane łąki.

Myśliwi nie wiedzą, z jakim gatunkiem gęsi mają do czynienia

W stadach dominują pochodzące z Północy gęsi białoczelne, zbożowe i tundrowe. Towarzyszą im także lęgnące się w Polsce gęgawy. Na te gęsi można polować. Ale razem z gatunkami najbardziej licznymi lecą także szalenie do nich podobne gęsi znacznie rzadsze i objęte ochroną polskiego prawa, ich zabijanie to kłusownictwo. Część z nich przylatuje ze stron bardzo odległych, np. bernikle rdzawoszyje z azjatyckiego już półwyspu Tajmyr. Niektóre – jak skandynawskie gęsi małe – są przedmiotem troskliwych i kosztownych kampanii ochronnych.

Myśliwi mają obowiązek strzelać wyłącznie do rozpoznanych celów. W przypadku gęsi rozpoznanie nie jest możliwe. Właściwie każdy myśliwy polujący na gęsi łamie tę zasadę. Po prostu nie ma szans, że przy każdym strzale każdy polujący jest pewien, z jakim gatunkiem ma do czynienia. Że umie w listopadowy poranek lub wieczór, przy braku oświetlenia, prawidłowo oznaczyć każdą jedną gęś. Nie dość, że ptaki szybko lecą, to jeszcze są w grupie, więc strzał wiązką śrutu rani ileś ptaków wokół celu.

Żyjemy przecież w kraju, gdzie polującym zdarza się pomylić szwagra z dzikiem albo zastrzelić przypadkowego rowerzystę. A co już mówić o gęsiach, bardzo do siebie podobnych, zwłaszcza w jesiennej szarówce. Chronioną gęś małą od białoczelnej najpewniej odróżnić po żółtej obrączce powiekowej, a gęś krótkodziobą od zbożowej lub tundrowej – po jasnym wierzchu ciała i różowych nogach. Tych cech nie da się dostrzec w ułamku sekundy, widząc tylko nikłe sylwetki ptaków na tle nieba. Tego nie potrafią najwybitniejsi ornitolodzy.

Czytaj także: Ciężkie życie wędrownych ptaków

Zwierzęta wyrządzają mniej szkód, niż twierdzą myśliwi i rolnicy

Myśliwi bronią tradycji i zasłaniają się koniecznością pozyskiwania zdrowego mięsa, lepszej alternatywy dla mięsa z hodowli, choć jednocześnie nie chcą zastąpić toksycznego ołowianego śrutu stalowym.

Osobną kwestią pozostają ewentualne odszkodowania dla rolników, bo gęsi faktycznie potrafią wyrządzić pewne szkody w uprawach, zwłaszcza wiosną w oziminach, ale rozmiar strat jest nierozpoznany. Rolnicy mówią, że są duże. Myśliwi im wtórują.

Jednak przykłady innych zwierząt – choćby żubrów w okolicach Puszczy Białowieskiej albo coraz częściej wilków w wielu rejonach Polski – pokazują, że powodowane przez nie straty nie są poważnym obciążeniem dla budżetu państwa. Natomiast odżałowanie groszowych dla budżetu, ale istotnych dla rolników kwot powinno pozwolić ludziom i zwierzętom żyć obok siebie, a społecznościom mieszkającym blisko miejsc, gdzie gęsi gromadzą się szczególnie chętnie – jak w Ujściu Warty, Stawach Milickich albo nad Biebrzą – czerpać dochody z coraz popularniejszej ptasiej turystyki.

Czytaj także: Lasy Państwowe kończą komercyjne polowania na żubry

Inni strzelają do ptaków, więc i nam wolno?

Myśliwi stosują przy tym klasyczny „onizm”. Dowodzą, że w innych krajach poluje się i zjada ptaki w Polsce chronione, choćby drozdy we Francji. Twierdzą także, że polowań na ptaki jest tak mało, że mają marginalne znaczenie dla ich populacji. Przy czym obserwatorzy ptaków widzą różnicę powodowaną strzelaniem. Jesienią tzw. dystans ucieczki, czyli odległość, na jaką stada gęsi dają się podejść, sięgają setki metrów. Czasem przerażone ptaki na widok obserwatora, zwłaszcza niosącego przedmiot podobny do strzelby, np. statyw od lunety, podrywają się już z pół kilometra. Dlatego myśliwi są sprytni – nie podchodzą do gęsi, tylko czekają, aż same przylecą w atrakcyjne dla nich miejsca.

Co innego wiosną, gdy gęsi wracają na Północ. Wtedy polować na nie, przynajmniej w Unii, nie wolno, a do stada podejść można na kilkadziesiąt metrów. Ornitolodzy zauważyli ciekawą prawidłowość: północne gęsi zostają na terytorium Unii, np. w Polsce możliwe długo, do czasu, gdy wystartuje wegetacja na dalekiej Północy, gdzie będą zakładać gniazda. I później jak najszybciej, susami, starają się przelecieć m.in. nad Białorusią i południowymi regionami Rosji, gdzie wiosenne polowania na gęsi i kaczki są dozwolone. Z tej możliwości chętnie korzystają myśliwi z zagranicy, także z Włoch.

Czytaj także: Myśliwi na celowniku

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną