Społeczeństwo

Dziecinada

Dlaczego dziecinniejemy?

Szaleństwo pozłacania i posrebrzania trwa od listopada, handel – od segmentu luksusowego po bazarowy – stoi w pełnej gotowości. Szaleństwo pozłacania i posrebrzania trwa od listopada, handel – od segmentu luksusowego po bazarowy – stoi w pełnej gotowości. Filip Radwański / Forum
Doroczne obrastanie świata prywatnego i publicznego w bombki i lampki osiąga właśnie apogeum. Czy to jedna z oznak zdziecinnienia współczesnego człowieka?
Najjaskrawszych dowodów na zdziecinnienie kultury dostarcza dominująca dziś estetyka.Anna Bizon/Getty Images Najjaskrawszych dowodów na zdziecinnienie kultury dostarcza dominująca dziś estetyka.
Gry dostarczają strzału dopaminy podobnego do działania amfetaminy, co tłumaczy, dlaczego mają moc uzależniającą.Michał Dyjuk/Forum Gry dostarczają strzału dopaminy podobnego do działania amfetaminy, co tłumaczy, dlaczego mają moc uzależniającą.

Artykuł w wersji audio

Świecące łosie, migające bałwany, wieloczynnościowe anioły, czekoladowe mikołaje, sanki, dzwonki, sztuczny śnieg, syntetyczne sople, szron w spreju, wyklejanki na okna, wianki na drzwi, świeczki i świeczniki, zestaw opłatki-sianko-świeczka-stajenka w jednym, salaterki i kubeczki – wszystko z motywem choinki, jelenia, bałwana itd. Szaleństwo pozłacania i posrebrzania trwa od listopada, handel – od segmentu luksusowego po bazarowy – stoi w pełnej gotowości i błyskawicznie zmienił asortyment, jak tylko przestaliśmy przywalać groby bezmiarem chińskiej i rodzimej tandety, sztucznych chryzantem na sztucznym igliwiu, „zniczy LED LUX CEREMONY 2 na minimum 118 dni świecenia, 4,99 zł”, lampionów bez mała karnawałowych, zdobnych w plastikowe aniołki (na groby dziecięce) czy drzewka bonsai (dla nestorów).

Człowiek, prawdę powiedziawszy, mocno głupieje od społecznego nacisku, by sprostać tym estetycznym wyzwaniom, poddaje się niemej presji sąsiedzkiej i całkiem otwartej presji reklamowej; ani się spostrzeże, jak zacznie gromadzić plastikowe jajka, zające i barany – obowiązkowy staff wielkanocny.

Kilka dróg przez życie

Jest na to proste wytłumaczenie: wszystkie te maskarady są dla dzieci – żeby się cieszyły, przeżywały, uczyły tradycji. To jednak mała część prawdy. Nie dostrzega się raczej w tych cyklicznych szaleństwach objawów zjawiska znacznie szerszego: zdziecinnienia współczesnej cywilizacji. Infantylizacji człowieka.

Infantylny znaczy tyle co niedojrzały. Słowniki polszczyzny służą dziesiątkami synonimów: naiwny, lekkomyślny, beztroski, nieodpowiedzialny, smarkaty. Coraz częściej świat, który sami sobie urządzamy, traktuje nas jak dzieci. Od komercji począwszy, przez masową kulturę i media, po politykę. Jakbyśmy nie byli zdolni do samodzielnej refleksji, lecz ekstremalnie naiwni i sterowni. Co gorsza, ta pozycja dziecka jest wygodna dla ogromnej części społeczeństwa.

Zygmunt Bauman w słynnym eseju „Ciało i przemoc w obliczu ponowoczesności” (1995 r.) opisał obrazowo i przewidująco postawy i style życia w czasach ponowoczesnych. Jego zdaniem w przeszłość odchodzi typ pielgrzyma dążącego w życiu do jasnego celu: osiągnięcia pełnej tożsamości i całkowitego urzeczywistnienia swego potencjału. Zastępuje go spacerowicz, dość powierzchownie oglądający świat, którym co prawda jest zainteresowany, ale go nie rozumie. Za nim podążają włóczęga, goniący za jakąś odmianą, bez jasnego wyobrażenia sobie jej istoty i sensu; turysta, który kolekcjonuje wrażenia i ocenia świat po tym, ile mu ich dostarcza; wreszcie gracz, w którego mniemaniu świat jest miejscem twardych rozgrywek i nie ma tu miejsca na sympatię, pomoc wzajemną, solidarność, jest za to – na spryt, ryzyko, łut szczęścia.

Chciałoby się do tej listy dodać jeszcze model rozpuszczonego bachora, który dziś wydaje się wchodzić na scenę przebojem: świat jest miejscem nieustannej zabawy i hecy, dajcie mi więc natychmiast wszystko, co chcę mieć, i zabawiajcie mnie, żebym tylko się nie nudził.

Owa powszechna infantylizacja ma rozmaite odmiany. Etyczna przejawia się erozją odpowiedzialności za życie – własne i zbiorowe, obojętnością wobec świata poza progiem własnego domu, biernością polityczną, albo gorzej – traktowaniem i tej dziedziny jako kolejnego miejsca rozrywki, kiedy np. głosuje się na jakieś niepoważne indywiduum, ot tak – jak się kolokwialnie powiada – dla beki.

Świat dziecinnieje w sensie emocjonalnym. Toleruje, a nawet zachęca do manifestacji skrajnych uczuć: pompatycznych uniesień i ekstatycznej radości (bo wygrałeś 500 zł w jakiejś radiowej loterii), ale też złości, wściekłości, nienawiści. Zwłaszcza tam, gdzie możesz dawać im upust całodobowo i bezwysiłkowo: w sieci. Globalna sieć komunikacyjna ma fantastyczne potencjały, ale czasami można odmieść wrażenie, że legendarne fora społecznościowe służą opisywaniu, fotografowaniu i „zamieszczaniu do polubienia” zdjęć makaronu, który tzw. użytkownikowi udało się ugotować na obiad.

Kult nowego modelu

Najjaskrawszych dowodów na zdziecinnienie kultury dostarcza dominująca dziś estetyka. Świat rzeczy. Hasełko „must have” (kolokwialnie tłumacząc: mus mieć) bynajmniej nie jest tylko popularnym określeniem na modowe hity w młodzieżowych blogach i vlogach. Definiuje ono, jak się wydaje, doktrynę, na której opiera się materialna potęga naszej cywilizacji. To nie jest tak, byśmy – jako ludzie dojrzali – zyskali prawo wyboru z nieskończonej plejady produktów. Reklama i marketing bazują na naszej emocji, którą zapewne każdy pamięta z dzieciństwa. Na potrzebie, ba, gorącym pożądaniu czegoś tam: lalki Barbie lub transformera, scyzoryka, kolekcji plastikowych dinozaurów itd. Branże te masthewami czynią wszystko: auta, apartamenty na kredyt, suplementy diety, szampony na bielsze lub czarniejsze włosy, telefony i komputery z coraz to fantastyczniejszymi aplikacjami, funkcjami, pojemnościami, szybkościami itd. Wmawiają, że inteligentna może być nawet kuchenka gazowa.

Kult „nowego modelu”, gadżetomania, w którą nas się wpycha, jako żywo przypomina atmosferę kiepskiego przedszkola, gdzie dzieci licytują się na stan posiadania kolorowych karteczek lub sezonowo modnych naklejek. Tyle że w dorosłym świecie samochód, dzielnica, model telefonu czy zegarka człowieka pozycjonują, a przynajmniej człowiekowi się wydaje, że go spozycjonują, tzn. wzbudzą podziw i zawiść, a przede wszystkim usytuują w bandzie najfajniejszych i najsprytniejszych kolesi (koleżanek).

I byłaby ta dziecinada zabawnym rysem współczesnej ludzkości, gdyby nie owocowała takimi np. zjawiskami, jak tysiące suvów z napędem na cztery koła, ziejących spalinową trucizną w wielkomiejskich korkach. Jak chroniczne przyklejenie ludzkiego wzroku do komórek, co sprawia, że czujemy kompletną nieobecność, rzec można – odklejenie od świata – innych użytkowników przestrzeni publicznej. Jak grodzone ostrokołami osiedla, jak niedostępne dla tubylców wypucowane resorty wypoczynkowe, jak ekskluzywne kliniki chirurgiczne, gdzie ludzie dobrowolnie dają się pociąć, ponaciągać i „upiększyć” toksyną botulinową, czyli jadem kiełbasianym wstrzykniętym w wargi. Jeszcze jeden trick, by choć na chwilę zatrzymać nieodwracalną dojrzałość.

W repertuarze zachowań współczesnego człowieka dorosłego jest oczywiście zabawa, rozrywka, uczestnictwo w jakkolwiek rozumianej kulturze. Rytuały, ceremoniały, spektakle, wyścigi, walki gladiatorów, a nawet widowiskowe rzezie zawsze znajdowały masową publiczność. Pięć lat temu socjologowie Tomasz Szlendak i Krzysztof Olechnicki w opracowaniu „Megaceremoniały i subświaty. O potransformacyjnych przemianach uczestnictwa Polaków w kulturze” trafnie nazwali aktualne, dominujące w tym względzie upodobania: największe wzięcie ma obecnie „wielozmysłowa kultura iwentu”. To znaczy, że człowiek współczesny nie wybiera się na koncert, by posłuchać artysty (to motywacja elitarna i niszowa), ale jedzie na „wydarzenie”, zwykle obrandowane przez bogatego sponsora. Zainwestowanie czasu wolnego w „kulturę i rozrywkę” musi się człowiekowi po prostu opłacać. Taki czasem kilkudniowy karnawał powinien zaspokajać jednocześnie jego potrzeby estetyczne, towarzyskie, kulinarne i turystyczne. Jeśli wziąć pod uwagę masowe imprezy sportowe, jak mecze piłkarskie czy turnieje skoków narciarskich, które też mają swoistą wielozmysłową oprawę, trzeba by jeszcze dorzucić istotne potrzeby tożsamościowe. Można tam wszak manifestować bez skrępowania identyfikację z narodem i lokalną społecznością (patrz nazwy miast, miasteczek i wsi na narodowych flagach oraz na biało-czerwono umazane twarze, akcesoria kibicowskie w rodzaju czapek, peruk, szalików itd.).

Atmosfera i poziom drugiej klasy liceum (najwyżej) cechuje telewizyjne konkursy (przepraszam, formaty) na największy talent w czymkolwiek; drobnym przejawem tego jest bezceremonialne i protekcjonalne zwracanie się tzw. jurorów do każdego uczestnika po imieniu. Poziom licealnych kabaretów prezentują półamatorskie, gwiazdorskie trupy kabaretowe, gdzie głównymi figurami są chłop przebrany za babę (głupią) i chłop przebrany za jej chłopa (jeszcze głupszego). Publiczność rozmaitych nocy kabaretowych – bardziej niż dzieciaki z podstawówki – popada w spazmatyczny rechot, gdy usłyszy słowo „dupa” i każde dosadniejsze.

Dziecięca zabawa w teatrzyk została nobilitowana: amatorzy tłumnie zgłaszają się, by „zagrać” kogokolwiek w emitowanych wieczorami serialach – trzeba naprawdę wyrozumiałości albo bardzo elastycznego poczucia humoru, by wytrzymać ten osobliwy pastisz aktorstwa.

Gra na gorąco

W dobie dramatycznego kryzysu prasy opiniotwórczej magazyny plotkarskie trzymają się wręcz rewelacyjnie. Przykładowe średnie wyniki sprzedaży w 2017 r.: „Tele Tydzień” 718 tys., „Życie na Gorąco” 525 tys., „Twoje Imperium” 319 tys., „To&Owo” 290 tys. Nakłady, które mogą być dziś już pewnie tylko marzeniem segmentu tygodników społeczno-politycznych.

Tłumaczy się ten żarłoczny apetyt mas ludzkich na plotkę na różne sposoby. Od zbycia problemu stwierdzeniem, że wścibstwo jest dość obrzydliwą cechą, ale powszechną. Po całkiem poważne teorie antropologiczne, że plotka stała się podwaliną ewolucyjnego sukcesu naszego gatunku, bo wiedza o kondycji i poczynaniach współplemieńców pozwalała nawiązywać coraz to bardziej skomplikowane relacje grupowe i skuteczną współpracę. Jest też wyjaśnienie – nazwijmy je – bajkowe. Człowiek nigdy nie wyrasta z potrzeby opowieści, prawdziwej czy fantastycznej, gdzie ma swoich bohaterów, śledzi perypetie, wzloty i upadki pięknych i dobrych księżniczek oraz bohaterskich, choć czasem niesfornych rycerzy. Celebryci doskonale zapełniają tu pustkę po królach i królewnach, choć np. Brytyjczycy płacą 345 mln funtów rocznie za swoją bajkę o wielopokoleniowej rodzinie królewskiej. Można powiedzieć, że wykupują abonament na niekończący się serial, spełniający warunki live (na żywo) i reality (naprawdę).

Osobliwym placem zabaw staje się poppsychologia: potężny segment rynku czasopism i książek oraz paranaukowe tsunami wylewające się z globalnej sieci. Żerując na wiedzy akademickiej i specyficznym żargonie naukowym, setki „guru” próbują nam podpowiedzieć, jak żyć, jak uporać się z egzystencjalnymi rozterkami. Zwykle przedstawiają to jako dziecinnie proste. I osiągają wielomilionowe nakłady dla swoich poradników. Jednym ze świeżych bestsellerów na polskim rynku, reklamowanych jako światowy bestseller, jest książka autorki licznych gier komputerowych Jane McGognigal „Superbetter. Życie to gra. Naucz się wygrywać”. Tytułowe „superlepiej” jest zarówno nazwą skonstruowanej przez nią wirtualnej gry, jak i programem na siebie, który trzeba krok po kroku wcielać w życie, by stać się silniejszym i zdrowszym graczem na każdej życiowej scenie.

Autorka jest nieprzejednaną zwolenniczką grania w wirtualu i realu – w cokolwiek: gry planszowe, zgadywanki itd. Nie niepokoją jej takie fakty, jak np. ten, że 41 proc. chronicznych graczy „ucieka w ten sposób od codziennego życia”. Że gry dostarczają strzału dopaminy podobnego do działania amfetaminy, co tłumaczy, dlaczego mają moc uzależniającą. Widzi w tym wyłącznie pozytywne efekty: wzmocnienie motywacji i determinacji oraz trening w radzeniu sobie z porażką (80 proc. rozstrzygnięć w trakcie dowolnej gry to porażki). W tym, że 1,23 mld ludzi gra co najmniej godzinę dziennie, dostrzega wyłącznie korzyści dla rodzaju ludzkiego, jak: poprawa zdolności wizualnych, umiejętność podejmowania szybkich decyzji w warunkach stresu, jednoczesne śledzenie wielu strumieni informacji, tworzenie i elastyczne wykorzystywanie strategii. Wystarczy jedynie uświadomić sobie, perswaduje przez kilkaset stron, że człowiek nie gra bezcelowo, ale dokładnie po to, by doskonalić w sobie gracza. Nie tylko w fikcyjnej rzeczywistości. Tak oto Baumanowski gracz urzeczywistnia się i doznaje nobilitacji.

Doktryna ciemnego ludu

Rzeczywistość wychodzi naprzeciw również turystom, kusząc ową kulturą wielozmysłowego iwentu, oraz spacerowiczom i włóczęgom, czyli wszystkim tym, którzy uczestniczą w życiu zbiorowym bez specjalnej refleksji i zrozumienia, pożądają jakiejś zmiany, nie do końca wiedząc, jaka to ma być zmiana, czego zmiana i w którą stronę. Hasło „dobrej zmiany” – w obliczu utrzymującego się sondażowego poparcia dla PiS – jawić się zaczyna jako propagandowy majstersztyk. Ten frazeologizm jest tak pojemny, że aż pusty. Ale opiera się na infantylnej skłonności milionów ludzkich umysłów, by bezgranicznie zawierzyć wybrańcowi kreującemu się na ojca społeczności, wszechwiedzącego i wszechmocnego opiekuna, który cynicznie manipuluje dziecinnymi, pierwotnymi emocjami posłusznego mu „ciemnego ludu”, niejako wyręczając go w myśleniu.

Ucieczka w silne ramiona jednostki w historii zazwyczaj kończyła się dramatycznie złą zmianą. Tym dziwniejsze, że ludzkość z tej dziecinnej skłonności nie wyrosła, a ów eskapizm z taką cyklicznością się powtarza. Towarzyszą mu przemarsze, defilady, chorągwie, transparenty, pieśni, przemowy, sztuczne ognie i prawdziwe race. Uniesienia, wrzaski, oklaski. Jakby zbiorowa siła miała zrekompensować indywidualną bezsilność, zbiorowa duma – własną nikłość. Zbiorowy teatr rapsodyczny unieważnia inne formy społecznego bycia razem: dyskusję, rozsądny namysł nad przeszłością i przyszłością.

Cokolwiek powiedzieć o ludzkiej potrzebie ceremonii, odświętności, jednoczących totemów i symboli, jest coś dziecinnego w obsesyjnym meblowaniu Polski marnymi artystycznie pomnikami słabego, tragicznie zmarłego prezydenta. Podobnie jak przyozdabianie jej tysiącami Janów Pawłów II, odlanych w chińskich wytwórniach plastiku. Zapewne tych samych, z których pochodzą cmentarne lampiony z bonsai czy błyskające diodami bożonarodzeniowe łosie.

Gdzie leży przyczyna tego, że nasz gatunek – cywilizacyjnie, technologicznie dojrzały jak nigdy dotychczas – popada w zdziecinnienie? Na pewno ogromne znaczenie ma tu natura współczesnego kapitalizmu, tzw. gospodarka nadmiaru. Swoje robi płynący zewsząd – z mediów, popkultury, poppsychologii – przekaz, krzewiący dość opacznie pojmowany indywidualizm, a raczej dziecinny egoizm: pokochaj siebie, realizuj się, odkrywaj się stale na nowo. Nie dorastaj. Najpoważniejszym źródłem paninfantylizacji wydaje się jednak kryzys dwóch etosów, które przez kilka generacji podsuwały ludziom przepis na dojrzałe życie: mieszczańskiego, mocno sprzęgniętego z protestantyzmem (dotyczy to głównie Europy Zachodniej) i inteligenckiego (to u nas). Socjologowie różnie nazywają grupy społeczne wchodzące w ich miejsce (specjaliści, klasa średnia), ale spoiwem jest tu bardziej dochód i hedonistyczny styl życia niż wspólny kanon wartości, poczucie odpowiedzialności za siebie i bliskich, za świat.

Homo regresus

Człowiek, rzecz jasna, nie powinien sobie odmawiać dobrobytu i zabawy (nawet zabawy w kicz), żartu, dystansu do świata. Ale nie powinien też pozwalać na bezrefleksyjne wciskanie mu kiczu i kitu. Obowiązkiem żyjących współcześnie jest poważne zajęcie się takimi sprawami, jak smog, wycinka lasów, ocieplenie klimatu, które dziś są domeną wieszczących katastrofę naukowców i bożych szaleńców, przykuwających się do wyrąbywanych drzew. Przestańmy być dziećmi, bo inaczej zostawimy potomnym po sobie rozbabrany, zdewastowany globalny plac zabaw. Koszmarny lunapark.

A tak w ogóle to, używając słów dziecko czy dziecinada, posługujemy się tu dość stereotypowym ich rozumieniem: dzieciństwo równa się nieustanna beztroska i zabawa oraz – by tak rzec – mały rozumek. Kina w Polsce wyświetlają film „7 uczuć” Marka Koterskiego, który burzy ten obraz. Poważnie opowiada o dzieciństwie jako wieku szczególnej wrażliwości. Swoją drogą to jedno z tych dzieł kultury, które pozwalają zachować resztki nadziei, że świat nie zgłupiał, nie zinfantylizował się do końca, że ktoś jeszcze sięga po kamerę niekoniecznie z zamiarem nakręcenia tandetnej komedyjki romantycznej czy fantasy-thrillera.

Bo najbardziej radykalni pesymiści, jak np. prof. Jan Szmyd, filozof, psycholog kultury i pedagog, autor książki „Zagrożone człowieczeństwo”, przywiązali się już do terminu regresja antropologiczna. Utrzymują, że homo sapiens, zamiast się posuwać w rozwoju, zaczął się w nim cofać. W sensie intelektualnym, emocjonalnym, a nawet biologicznym. Cywilizacja, którą tworzy, go gubi, choćby dlatego, że trawi on siły witalne w nierzeczywistości wirtualnej gry (krzywiąc przy okazji kręgosłup).

Ks. Józef Tischner w znanym eseju „Spór o istnienie człowieka” pisał: „Można przyjąć, że człowiek jest graczem, a życie grą. Poza tym nie ma niczego. Istnieją reguły gry, istnieją wygrane i przegrane, są tacy, co wygrali, i tacy, co przegrali, ale nic z tego nie jest na serio. Wszystko wygląda tak, jakby było, ale nic nie jest naprawdę. W szczególności nie ma człowieka: Człowiek umarł, pochłonięty tym, co sam wymyślił”.

Ciekawe, jak nas widzą ci, którzy ludźmi nie są. Na przykład taki łoś, który – co całkiem często się zdarza – zbłądzi gdzieś w silnie uczłowieczone okolice. I natknie się na „Łosia LED z akrylu, 65 cm, podświetlanego 136 diodami LED, z zasilaniem zewnętrznym”. Tylko człowiek jest w stanie na to coś wydać 1114 zł 99 gr.

Polityka 50.2018 (3190) z dnia 11.12.2018; Społeczeństwo; s. 28
Oryginalny tytuł tekstu: "Dziecinada"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Ja My Oni

Niemiłosierni Polacy

Dlaczego Polakom tak trudno przychodzi współczuć i pomagać słabszym, zwłaszcza bezdomnym i uchodźcom wojennym.

Ryszarda Socha
27.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną