Społeczeństwo

Grzebanie brzegów

Tak niszczymy wybrzeże

Kto, jeśli nie administracja morska, miałby stać na straży brzegów jako naszego dobra wspólnego? Kto, jeśli nie administracja morska, miałby stać na straży brzegów jako naszego dobra wspólnego? Wojciech Stróżyk / Reporter
Z Bałtykiem nie ma żartów, niszczenie polskiego wybrzeża postępuje w zastraszającym tempie. Ochrona natury przegrywa z chęcią zysku.
Umocnienia południowej ściany kościoła w Trzęsaczu. Resztę, wraz z cmentarzem, zabrało morze.Adam Ławnik/EAST NEWS Umocnienia południowej ściany kościoła w Trzęsaczu. Resztę, wraz z cmentarzem, zabrało morze.
Osuwający się klif w Jastrzębiej Górze zabrał ze sobą część willi Becka.Tomasz Gzell/PAP Osuwający się klif w Jastrzębiej Górze zabrał ze sobą część willi Becka.

Artykuł w wersji audio

Z perspektywy plażowego kocyka problemu nie widać. Morze przyciąga latem mnóstwo ludzi (cel połowy wyjazdów), ale znajomość różnych nadmorskich zjawisk i procesów jest znikoma. Więc Tomaszowi Łabuzowi geomorfologowi i przyrodnikowi, prof. Uniwersytetu Zachodniopomorskiego w Szczecinie, zwykle towarzyszy poczucie, że jego głos jest wołaniem na puszczy. Profesor co roku przemierza wybrzeże, badając zjawiska na styku morza z lądem. Mierzy szerokość plaż, analizuje oddziaływanie sztormów na brzeg, wpływ rozwoju turystyki masowej na przyrodę. Wie, gdzie ostatnio wypłoszono sieweczki, gdzie zadeptano mikołajka nadmorskiego. Ale kogo to właściwie obchodzi? Dla inwestorów liczą się pieniądze. Dla samorządów inwestorzy. Dla turystów bliskość plaży, widok z okna na morze, tłok na promenadzie, piwo i dymiące grille.

Jednak kogoś obeszło. Dowodem krytyczny raport NIK „O wykorzystaniu nadmorskiego pasa technicznego do celów innych niż ochrona brzegu”. Ma więc Łabuz gorzką satysfakcję.

Morze w natarciu

Nasz morski brzeg zawsze był obszarem wrażliwym. Przestrogą są ruiny kościoła w Trzęsaczu (XIV/XV w.). Aż trudno uwierzyć, że zbudowano go 1800–2000 m od morza. Ale erozja zrobiła swoje. Ostatnia południowa ściana sterczy na klifie niczym memento wyłącznie dzięki nowym fundamentom, którymi wzmocniono ruinę, i opasce zbudowanej u podstawy klifu, by powstrzymać jego niszczenie przez fale. Inaczej po świątyni nie byłoby śladu. Tylko ile osób odczytuje przestrogę? A ile widzi jedynie turystyczną atrakcję?

Może zresztą turyści odwiedzający Trzęsacz spędzają ten urlop w nowym hotelu zbudowanym parę metrów od krawędzi innego pobliskiego klifu.

Tymczasem dziś jest jeszcze więcej powodów, aby człowiek na terenach nadbrzeżnych postępował ostrożnie, licząc się z żywiołem. Zwłaszcza w czasach zmian klimatu, z którymi wiążą się wzrost poziomu mórz, częstsze i bardziej gwałtowne sztormy, zabieranie lądu przez morze. Naukowcy z Uniwersytetu Gdańskiego prognozują, że gdy średni poziom morza podniesie się o 60–80 cm, to podczas sztormów zalewane będą niektóre dzielnice Gdańska – Nowy Port, Dolne Miasto i Śródmieście. Ma dojść do tego już w ostatnim dwudziestoleciu tego wieku. Wcześniej, bo już na początku II połowy tego stulecia, Półwysep Helski może zostać przerwany i stać się wąskim pasmem lądu, na którym nie da się mieszkać. Porty już się przygotowują, np. przy okazji remontów podnoszą nabrzeża. Ale w wielu nadmorskich kurortach trwa radosny budowlany boom: wpychanie hoteli i apartamentowców niemal na plaże (POLITYKA 28).

Nie należy tak budować nie tylko ze względu na sztormy. Są też inne, bardziej subtelne względy. Zwraca na nie uwagę architekt krajobrazu dr inż. Aleksander Pietrzak, który analizował ukształtowanie nadmorskich kurortów od Niemiec po Chiny i Australię. Pobyty nad morzem mają służyć odnowie sił człowieka. Nie powinno się lokować wysokich budynków tuż przy plaży choćby dlatego, że utrudniają rozprzestrzenianie się aerozolu morskiego nasyconego solami.

Taniec na krawędzi

Kto, jeśli nie administracja morska, miałby stać na straży brzegów jako naszego dobra wspólnego? W strefie nadbrzeżnej jest ona kluczowym graczem, zwłaszcza w tzw. pasie technicznym. To teren przyległy bezpośrednio do brzegu. Może mieć 10 do 1000 m szerokości. Dalej jest pas ochronny (od 100 do 2500 m), swego rodzaju rezerwa na wypadek, gdy morze zabierze ten pierwszy. Według NIK w obecnych realiach wspomniany pas techniczny, nad którym administracja morska ma pieczę, powinien być możliwie najszerszy. Powinien też służyć ochronie wybrzeża i wartości przyrodniczych, a nie deweloperom i turystycznym atrakcjom.

Tymczasem urzędy morskie zbyt często określają szerokości pasa technicznego na poziomie minimum przewidzianego prawem. Ba, nawet to minimum (10 m) nie wszędzie jest respektowane. W Ustroniu Morskim pas techniczny został wyznaczony nieprawidłowo – zajmuje 0,5 do 3 m od krawędzi klifu. Dzięki temu w odległości 4–10 m od krawędzi klifu powstawało coraz więcej obiektów.

„Najczęściej – opisują kontrolerzy – były to duże, betonowe budynki. Gdyby dyrektor urzędu morskiego prawidłowo wyznaczył granice pasa technicznego na tym obszarze, prawdopodobnie obiekty te nigdy by nie powstały. Dyrektor urzędu morskiego może bowiem nie zgodzić się na realizację inwestycji w pasie technicznym”.

W czerwcu 2018 r. dyrektor UM w Słupsku przychylił się do decyzji o pozwoleniu na budowę w Ustroniu obiektu hotelowo-usługowego z zapleczem spa&wellness na działce położonej częściowo w pasie technicznym (utwardzone parkingi), a częściowo w pasie ochronnym (obiekt). Nie bacząc na negatywną opinię Inspektoratu Ochrony Wybrzeża (wewnętrzna specjalistyczna komórka UM), że budowla ma stać zbyt blisko krawędzi (7–10 m), a zbocze klifu jest w złym stanie. W 2017 r. przystał na budowę 5–6 m od krawędzi klifu „budynku mieszkalnego wielorodzinnego z usługami w parterze i garażem podziemnym wraz z niezbędną infrastrukturą techniczną i zagospodarowaniem terenu” bez uprzednich badań geotechnicznych klifu. Kilka lat wcześniej sto metrów od tego miejsca decydowała się sprawa budowy innego obiektu równie blisko skraju klifu, wtedy jednak wydanie zgody poprzedziły takie badania. W rezultacie inwestor musiał budować na palach osadzonych dość w podłożu i bez kondygnacji podziemnych.

Kłopoty z prawidłowym wytyczeniem pasa technicznego były także w Mielnie i Łebie, gdzie są brzegi wydmowe. NIK poddała oględzinom 7-kilometrowy fragment brzegu. Na połowie jego długości pas ten nie miał nawet wymaganego przepisami minimum.

Takie podejście może zagrażać bezpieczeństwu ludzi i mienia. W 2002 r. w Jastrzębiej Górze oberwał się fragment klifu wraz z tzw. willą Becka. Na szczęście ludziom nic się nie stało. Ale właściciele willi wyprocesowali od Skarbu Państwa odszkodowanie.

Chronieni szańcem

Inwestorzy z Ustronia Morskiego – którzy zdecydowali się budować na klifie – mimo wszystko mogli się poczuć bezpiecznie. Akceptacje budów na tamtejszym klifie dziwnym trafem zbiegły się z prowadzonymi przez Urząd Morski w Słupsku inwestycjami u podnóża klifu, takimi jak przebudowa opaski brzegowej, wzmocnionej narzutem z głazów i gabionami (skrzynie druciane wypełnione kamieniami). Kosztowało to budżet państwa blisko 12 mln zł z Programu ochrony brzegów morskich. Do tego pieniądze unijne z projektu Ochrona brzegów morskich Pobrzeża Koszalińskiego (wyceniony w całości na 84,9 mln zł). Z wyjaśnień dyrektora UM w Słupsku wynikało, że zbieżność budów na klifie z umocnieniami u jego podnóża to czysty przypadek. Jednak w takich okolicznościach rodzi się pytanie – co było właściwym celem, a co produktem ubocznym? Ochrona brzegu czy umożliwienie inwestycji w tak ryzykownym miejscu?

Polska od 2003 r. ma wieloletni (2004–23) Program ochrony brzegów morskich, przyjęty ustawą sejmową, znowelizowany w 2015 r. Gwarantuje on urzędom morskim określone pieniądze z budżetu – łącznie w ciągu 20 lat minimum 911 mln zł. Ale dochodzą do tego setki milionów unijnych. Program poprzedziło opracowanie strategii ochrony brzegów morskich uwzględniającej podnoszenie się morza. Z grubsza biorąc, sprowadzała się ona do tego, żeby twardymi umocnieniami technicznymi z betonu, głazów, gabionów chronić brzegi intensywnie zabudowane, gdzie jest dużo do stracenia, więc nie można się wycofać. Bo czasem bardziej się opłaci poświęcić jakiś obiekt, niż ładować grube miliony w fortyfikacje brzegowe. Autorzy strategii wykoncypowali nawet coś takiego jak „granica bezpiecznego zainwestowania”, która jednak z bliżej nieokreślonych przyczyn nie została wprowadzona do polskiego prawa. A szkoda.

Potrzebny jest szybki powrót do pryncypiów strategii, bo to, co się dzieje na brzegach, niewiele ma z nią wspólnego. Może przyczyną tego, że administracja morska zboczyła z właściwego kursu, była presja samorządów, które łatwo ulegają inwestorom i zabiegają o umocnienia brzegu w urzędach morskich. Może zaważyły większe pieniądze na ten cel i związana z nimi pokusa budowy twardych umocnień także tam, gdzie można się było obejść bez nich (np. poligon w Wicku Morskim, brzeg między Karwią a Jastrzębią Górą na wysokości wsi letniskowej Ostrowo). Ktoś spyta: a komu to szkodzi? Wszystkim, którzy chcą się wylegiwać na piasku. „Twarde” umocnienia, owszem, chronią ląd przed zaborem przez morze, ale powodują utratę naturalnych plaż na umocnionym odcinku. No i wzmaga się erozja w innym, niebronionym miejscu. U nas (ze względu na dominujący kierunek wiatrów) najczęściej na wschód od oszańcowanego brzegu.

A każde wczasowisko chce mieć plażę. Jak zaniknie, wójtowie i burmistrzowie walczą o dosypanie piasku. Kończący się właśnie sezon we wschodniej części wybrzeża przebiegał pod znakiem refulacji plaż na skalę dotąd u nas niećwiczoną. Dlaczego? Bo było pod dostatkiem piasku z pogłębiania toru wodnego prowadzącego do portu w Gdańsku. Około 5 mln m sześc. Całą operacją kierował Urząd Morski w Gdyni. Koszt – 160 mln zł.

Jamno ku przestrodze

Sypanie piasku to tzw. miękka ochrona brzegów. Mniej inwazyjna. Zalecana. Jednak dla środowiska też nieobojętna. Prócz Jastrzębiej Góry i Ostrowa zasilano piaskiem Gdańsk Jelitkowo, Westerplatte, Hel, Kuźnicę, Sztutowo, Stegnę. I chyba wszyscy się z tego cieszą z wyjątkiem wspomnianego prof. Tomasza Łabuza. Według niego tą ilością piasku, zwanego fachowo osadem, można by obdzielić dużo więcej – nawet 100 km brzegu. I chyba z tego nadmiaru refulacją objęto także część Mierzei Wiślanej oraz fragment Cypla Helskiego, który zgodnie z ustawą o ochronie brzegów morskich powinien być wyłączony z takich działań. Ale na styku z morzem nie ma prostych recept, pewności, że coś, co ma być lekiem, nie okaże się trucizną. Jak w przypadku przymorskiego jeziora Jamno. Warto o tym pamiętać w przededniu inwestycji o niebo większej – bo taką będzie przekop Mierzei Wiślanej.

Jamno padło ofiarą nieprzemyślanych działań Zachodniopomorskiego Zarządu Gospodarki Wodnej w Szczecinie oraz Urzędu Morskiego w Słupsku. Chodziło o zabezpieczenie okolicznych terenów przed powodzią spowodowaną wezbraniami sztormowymi. Za publiczne pieniądze (łącznie ok. 48 mln zł) uregulowano rzeczkę Dzierżęcinkę, zbudowano zbiornik retencyjny, obwałowano jezioro i kanał, który łączy je z Bałtykiem. Na kanale zbudowano wrota sztormowe, przed nimi falochron osłonowy. Prawdziwa linia Maginota. A efekt? Podtopień nie ma. Ale i wcześniej zdarzały się sporadycznie. W ciągu ostatnich 50 lat na dobrą sprawę raz (2008 r.), na niewielką skalę. Za to jezioro umiera, bo wrota nie działają, jak powinny. Miały się automatycznie zamykać tylko przy największych sztormach, a zamyka je pierwsza lepsza fala. Ekosystem jeziora (Natura 2000) potrzebuje okresowych wlewów morskiej wody. Gdy ich zabrakło, zaczął się zmieniać w błyskawicznym tempie. – Zakwity sinic, woda coraz bardziej śmierdząca, przypominająca błoto, brak ryb, może dlatego, że nie ma migracji między jeziorem a morzem – wylicza Marcin Baranowski, który ma na Jamnie nietypowy hotel – kilkanaście domów na wodzie. – Ludzie przyjeżdżają i szok. Mówią, że to bardziej bagno. Już nie wracają.

Gdy samorząd województwa zachodniopomorskiego zlecił ekspertyzę zespołowi prof. Romana Cieślińskiego z Uniwersytetu Gdańskiego, konkluzja była jednoznaczna: wystarczyło przebudować i podwyższyć wały, uładzić rzeczkę i zbudować zbiornik. Rozwiązanie, które zastosowano, było niewspółmierne do zagrożenia.

Czy zaingerowano tak bardzo, bo były pieniądze „do przerobienia”? Czy chodziło raczej o zabezpieczenie terenów pod przyszłą zabudowę. Media przez lata ekscytowały się wizją Dune City, miasteczka turystycznego na 12 tys. ludzi, zwanego polskim Dubajem. Miało powstać na 38 ha Mierzei Jamneńskiej (pas szerokości 200 m, z erodującym brzegiem), właśnie w rejonie wrót i falochronu. Wiele wskazuje na to, że nie powstanie. Nie za sprawą administracji morskiej, ale służb ochrony środowiska.

Rozwiązania dla Jamna szukają teraz Wody Polskie i minister Marek Gróbarczyk. Niedawno powstała wstępna koncepcja działań naprawczych. Doraźna. W listopadzie ma być gotowy pomysł docelowej przebudowy całego założenia. Minister wstępnie szacuje koszt na ponad 20 mln zł. – To tylko koncepcja, a musi być projekt techniczny i pieniądze na realizację. To potrwa lata – przewiduje Krzysztof Najda, koszalinianin, założyciel ekologicznej Fundacji Jantar, która od kilku lat próbuje ratować jezioro.

Przekop na przekór

Aż strach pomyśleć, co się stanie po rozcięciu Mierzei Wiślanej, skoro z Jamnem taka bieda. O zasadności przekopu napisano już tomy. I nie ulega wątpliwości: chodzi głównie o polityczny gest wobec Rosji i obietnicę wyborczą Jarosława Kaczyńskiego. Dlatego przed wyborami samorządowymi prezes wkopywał w mierzeję słupek geodezyjny. A zimą, u progu wyborów do Parlamentu Europejskiego, harwestery wycięły las, by było widać, że „się dzieje”. Latem pielgrzymowali tu turyści. Jedni zachwyceni, że mają widok na morze i zalew. Inni poruszeni krajobrazem jak po kataklizmie.

Umocnień w rejonie Jamna nie poprzedził raport oddziaływania na środowisko. Dla Mierzei Wiślanej opracowano aż trzy raporty (w 2007, 2012 i 2017 r.). Tomasz Łabuz pokusił się o ich porównanie. Zauważył duże rozbieżności w prognozach. To może świadczyć o względności tego rodzaju ocen. Na przykład w każdym z raportów autorzy przewidywali inne zmiany brzegowe, które spowodują falochrony osłaniające wejście kanału. Prognozowali zasięg ich wpływu na brzeg od 400 m do 1 km. Niewielki. Łabuz uważa, że będzie on sięgał od Kątów Rybackich po Piaski (prawie 30 km), a na odcinku Kąty Rybackie–Krynica (15 km) będzie to wpływ znaczący. Krótko mówiąc, ucierpią tamtejsze plaże. Każdy kolejny raport jest grubszy od poprzedniego. Ostatni choć ma 1000 stron, plus 320 stron aneksu, plus multum załączników, to jednak nie omawia rzeczywistych zmian na mierzei w ostatnich latach, tylko bazuje na starych mapach. Nie uwzględnia dokonujących się zmian klimatycznych.

Inwestycję w imieniu rządu będzie prowadził Urząd Morski w Gdyni. Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Gdańsku (agenda państwowych służb ochrony środowiska) w czerwcu 2018 r., o dziwo, krytycznie odniosła się do raportu, sporządzając opinię dla swojej odpowiedniczki w Olsztynie. Jednak wymieniono dyrektora w Gdańsku i wszystko wróciło na wyznaczony tor. Bo raport środowiskowy może być taki, jak inwestor zapragnie.

Zwłaszcza ten państwowy. Jarosława Kaczyńskiego morze na razie potraktowało łagodnie – porwało jego sławetny słupek i wyrzuciło w innym miejscu. Po przekopie do Bałtyku może być już mniej zabawnie.

Polityka 39.2019 (3229) z dnia 24.09.2019; Społeczeństwo; s. 34
Oryginalny tytuł tekstu: "Grzebanie brzegów"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Ciemne strony zakupowego szaleństwa

Choć w te święta oszczędzać jeszcze nie będziemy, moda na zakupowe szaleństwa powoli się kończy. Na drodze rozpasanej konsumpcji stają coraz głośniej wyrażane obawy o przyszłość. Zarówno naszych portfeli, jak i naszej planety.

Cezary Kowanda
03.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną