Społeczeństwo

Inni mordercy

Kajetan P. i nie tylko. Motywacje zbrodni bywają absurdalne

Kajetan P. wyprowadzany z Prokuratury Okręgowej w Warszawie, 2016 r. Kajetan P. wyprowadzany z Prokuratury Okręgowej w Warszawie, 2016 r. Radek Pietruszka / PAP
Rozmowa z prof. Moniką Całkiewicz, karnistką i kryminolożką, wieloletnią prokurator, o sprawie Kajetana P. i o niepojętych, a czasem absurdalnych motywacjach sprawców przestępstw.
Prof. Monika CałkiewiczTomasz Urbanek/DDTVN/EAST NEWS Prof. Monika Całkiewicz

MARTYNA BUNDA: – Po raz kolejny odroczono ogłoszenie wyroku w sprawie Kajetana P. Sprawca zabił przypadkową osobę, nauczycielkę języka włoskiego, a potem rozczłonkował ciało.
MONIKA CAŁKIEWICZ: – To jest bardzo nietypowy proces. Bo niemal się nie zdarza, żeby prokurator, dysponujący opinią o niepoczytalności sprawcy, prosił o zdanie kolejnych biegłych, którzy mogliby podważyć opinię pierwszego zespołu. A tak się przecież stało. Opinia o niepoczytalności uchodzi za rozwiązanie z gatunku bezpiecznych. Oznacza, że sprawca nie zostanie skazany, ale też że można go izolować od społeczeństwa niekiedy dożywotnio, na oddziale zamkniętym w szpitalu psychiatrycznym. A w sprawie Kajetana P. prokurator zdecydował się dociekać dalej.

Co wzbudziło wątpliwości prokuratora? To, że sprawca przygotował się do zbrodni i nawet cięcia, jakich dokonał na ciele, nie były przypadkowe, a wiedza pochodziła ze specjalistycznych książek? A może to, że działał na zimno? Po zabiciu kobiety posprzątał krew, a ręczniki wrzucił do pralki, którą nastawił na odpowiedni program.
Sensowność postępowania przestępcy czy jego premedytacja nie wykluczają niepoczytalności. Podobnie jak nie wyklucza jej zdiagnozowana choroba psychiczna. Niepoczytalność jest szczególnym stanem, w którym człowiek w danym momencie nie może ocenić konsekwencji swoich czynów, bo jego kontakt z rzeczywistością jest zaburzony. To tak jak we śnie – niby człowiek rozumie, funkcjonuje, rozmawia, ale logika, jaką się posługuje, jest specyficzna. To może być psychoza, upośledzenie umysłowe albo inne zakłócenie czynności psychicznych, np. depresja.

Kryminalistyka zna też przypadki niespodzianych i zaskakujących wyłączeń świadomości z powodu szczególnej reakcji na leki albo upojenia patologicznego, czyli niespodziewanie silnej reakcji na niewielką ilość alkoholu...

I jak to wtedy interpretuje prawo?
Z zasady, że ktoś, kto nie mógł rozpoznać wagi swojego czynu, nie jest odpowiedzialny za zło, które wyrządził, wyłącza się tylko skutki stanów, w które człowiek wpędził się na własne życzenie – na przykład efekt działania dużej ilości alkoholu albo narkotyków. „Skoro decydujesz się użyć tych substancji, bierzesz odpowiedzialność za to, co się stanie”. Ale to też nie działa na zasadzie automatu. Pamiętam sprawę mężczyzny, który przez bardzo długi czas nadużywał alkoholu i właśnie wskutek tego ujawniła się u niego choroba psychiczna, przejawiająca się m.in. zespołem Otella.

Stał się chorobliwie zazdrosny?
Wszystko, co się działo wokół, interpretował urojeniowo. Jeśli jego żona przyniosła dzieciom czekoladę, był przekonany, że dostała ją od kochanka. Robił przeszukania w szafce z bielizną. Kiedy znajdował koronkowe majtki, mówił – na pewno dla kochanka. Gdy zrezygnowała z ładnej bielizny, to tylko wzmogło jego podejrzenia. „Widocznie chce ciebie w takich barchanach”. To nie była złośliwość czy zła wola. On głęboko wierzył, że tak jest.

Zabił?
Nie. Ale usiłował zabić. Przypadkowego kolegę z pracy, przekonany, że to kochanek jego żony. Sąd uznał, że w momencie próby popełnienia zbrodni był niepoczytalny.

W sprawie Kajetana P. motyw jest rozciągnięty na lata. Prokuratur uznał, że były nim „dywagacje na temat wartości życia ludzkiego, tego, czy istotnie jest ono więcej warte od życia świni lub komara” i chęć sprowadzenia zwierzęcia i człowieka do wspólnego poziomu. Kajetan P. latami kręcił się wokół tego tematu w lekturach i tekstach, które pisał.
Każda zbrodnia ma motyw, i zwykle jest to coś banalnego – zemsta, zazdrość lub pieniądze, ale bywają motywy trudne do pojęcia. Jednak w takich przypadkach najczęściej chodzi o bardzo niskie instynkty. Weźmy sprawę zabójstwa w SKM w Trójmieście. Chłopak bardzo głośno rozmawiał przez telefon i starszy pan zwrócił mu uwagę. Chłopak zareagował bardzo agresywnie, rzucił się na starszego pana, założył mu dźwignię na szyję, zastosował nawet tzw. kolankowanie, czyli ukląkł na klatce piersiowej, żeby uniemożliwić ruchy oddechowe. Ofiara nie przeżyła tej napaści. Motywem zabójstwa był odwet za subiektywną krzywdę. Motyw miał też zabójca prezydenta Adamowicza – podobnie jak sprawca z SKM uznany przez biegłych za niepoczytalnego. I kolejny niedoszły zabójca – prezydenta Siedlec. Też niepoczytalny.

Zdarzają się motywy absurdalne. Panowie pili alkohol po tym, jak wyszli z zakładu karnego, i pokłócili się, czy w zakładzie jest fajnie, czy nie. Skończyło się śmiercią jednego z nich. Zginął ten, który mówił, że w zakładzie karnym jest fajnie, a ten, który mówił, że okropnie, musiał tam wrócić. Pamiętam też śmierć z powodu śmierdzących skarpetek. Bo ktoś, kto je nosił, odmawiał założenia butów.

Absurdalne motywy zdarzają się pewnie częściej niż ideały doprowadzone do absurdu.
Znacznie częściej. Ale też moje doświadczenie z prokuratury rejonowej uczy, że za ideałami częściej stoi to, w jaki sposób sprawca chce być postrzegany. Jego egzaltacja. Czasami, wcale nie rzadko, zdarza się też linia obrony oparta na symulowaniu choroby psychicznej, bo ktoś, kto dokonał zabójstwa, chce uniknąć odpowiedzialności. Za chwilę będziemy świadkami procesu, gdzie sąd będzie musiał wziąć pod uwagę taką możliwość. To kolejna z głośnych spraw: Artura K., który zabił swoją konkubinę i jej dziecko. Opinia biegłych stwierdza jego poczytalność, mimo że on w wyjaśnieniach mówi o halucynacjach.

Widywała pani takich symulantów?
Wielu. I zwykle od razu było wiadomo, że nic z tego nie będzie. Nie wystarczy obejrzeć filmu i skopiować postępowania bohatera. Omamy mają to do siebie, że człowiek jest przekonany, że to, co widzi, jest realne, a tu oskarżony mówi: „Ja widziałem tego psa, ale wiedziałem, że on nie istnieje”. Pamiętam też sprawę mężczyzny, który, by przekonać sąd, że jest niepoczytalny, wszedł na ławkę, zdjął spodnie i oddał kał. Tak chciał wzbudzić wątpliwości sądu. Z tego, co wiem, nieskutecznie.

„Proszę sądu, jestem świrem”.
Ale takich przypadków jest coraz mniej, bo i sprawcy się zmieniają. Czytają książki do kryminalistyki, podręczniki do psychiatrii. Zmieniają się pewne tendencje. Jeśli sprawca planuje zabójstwo, coraz częściej wykorzystuje do niego cyberprzestrzeń, na przykład zbiera w internecie informacje o tym, jak skutecznie zatrzeć ślady, albo poszukuje ofiary przez portale społecznościowe. Choć oczywiście z punktu widzenia prawa to nie jest miejsce zbrodni, bo ono ma zawsze charakter rzeczywisty.

A miejsca zbrodni w sensie rzeczywistym? Też się zmieniają?
Od dekad sprawcy najczęściej wybierają mieszkanie czy dom. Dzieje się tak dlatego, że do zabójstw zazwyczaj dochodzi w kręgu osób spokrewnionych lub znających się. Znacznie rzadziej zabójstwa są popełniane w przestrzeniach otwartych, takich jak las, park, a jeszcze rzadziej w miejscach publicznych, na przykład w pubie czy pociągu. I to się akurat nie zmienia.

A zdarzają się zbrodnie, w przypadku których prokurator trochę żałuje, że musi oskarżać?
Zdarzają się zabójstwa subiektywnie słuszne, popełniane ze wzniosłych pobudek, jak na przykład samobójstwa rozszerzone. Matka, która decyduje się odejść i nie chce zostawić dzieci z miłości do nich. Ale znów – życie uczy, że jeśli okazuje się, że sprawca „przypadkiem” przeżył próbę samobójczą, trzeba uważać. Te przypadki często okazują się mało przypadkowe. A samobójstwo rozszerzone można pomylić z zabójstwem poagresyjnym. Jak w głośnej latem sprawie Dawidka, gdzie sprawca na koniec zabił także siebie.

W jakimś stopniu moralnie usprawiedliwione są pewnie klasyczne „zbrodnie kuchenne”, czyli sytuacje, w których ofiary przemocy domowej chwytają za nóż. Czasem udaje się przekonać sąd do zbrodni w afekcie. To inny ciężar gatunkowy niż świadome morderstwo, ale też coś innego niż niepoczytalność. Zabójca działający pod wpływem afektu poniesie zdecydowanie łagodniejszą karę.

Tak, czasem zdarza się też, że prokurator jest po stronie oskarżonego. Pamiętam chłopaka, który zabił matkę i jej konkubenta. Latami znęcali się nad nim, okradali go. Pamiętam proces – publiczność pełna sąsiadów, którzy trzymali kciuki, żeby ten chłopak nie poniósł kary, wszyscy byli całym sercem za nim. Faktycznie, został uniewinniony.

Czasem takie historie służą za podstawę do scenariuszy głośnych filmów. Tak było i z „Długiem”, i z „Linczem” – choć akurat te historie udramatyzowano na potrzeby scenariusza. Ale musimy pamiętać, że w państwie praworządnym to jego organy mają monopol na stosowanie przemocy.

Bywają i takie sprawy, w których nawet przed sądem chodzi o to, żeby napiętnować, ale nie dobić sprawcy zbyt surowym wyrokiem. Pamiętam tę o wyłudzenie kredytu. Matka nie widziała żadnej innej możliwości, żeby ratować życie dziecka, zapewnić mu leczenie. Sfałszowała dokumenty i wyłudziła kredyt ze świadomością, że go nie spłaci. Przyznała się do wszystkiego. Wtedy prawo nie nakazywało naprawienia szkody, więc kara była symboliczna. Teraz inaczej to wygląda.

Wyraziła skruchę?
Z pewnością raz jeszcze zrobiłaby to samo. To wyjątkowo umotywowana sytuacja, ale faktem jest, że przestępcy rzadko przejawiają rzeczywistą skruchę. Pamiętam niewiele spraw, w których człowiek naprawdę starał się wyrównać krzywdę. W tym jedną, wydawałoby się, błahą, bo komunikacyjną. Pan został poproszony o podwiezienie pani. Ona wysiadała, ale jeszcze nie zamknęła drzwi, on cofnął i uderzył ją tymi drzwiami. Przewróciła się i złamała rękę. Niby nic takiego – nieszczęśliwy wypadek. Problem polegał na tym, że ta pani miała bardzo silną osteoporozę, ręka nie zrastała się, a pani była malarką. Zrobił się z tego długi proces z aktem oskarżenia. Opinia biegłych mówiła, że pokrzywdzona nigdy nie będzie mogła wykonywać swojego zawodu.

Pan nie miał wpływu na to, że ona miała osteoporozę.
Odwiedzał ją, opłacił rehabilitację – a jej roszczenia wciąż eskalowały. Co jeszcze powinien zrobić? Został skazany, choć sympatia wszystkich na sali była po jego stronie, a nie kobiety. To był przeżywający, żałujący sprawca.

Kajetan P. nie żałuje.
– A dwie sprzeczne opinie to duże wyzwanie dla sądu. Tym bardziej że wykorzystano już cały czas, jaki można było poświęcić na obserwację oskarżonego.

***

Monika Całkiewicz jest profesorem w Akademii Leona Koźmińskiego i radczynią prawną.

Polityka 47.2019 (3237) z dnia 19.11.2019; Społeczeństwo; s. 36
Oryginalny tytuł tekstu: "Inni mordercy"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Żyjmy Lepiej

Dziesięć tysięcy kroków

Chodźmy chodzić, maszerować z kijami i biegać. Plan minimum to dziesięć tysięcy kroków dziennie. Można też zwiększyć obroty, ale trzeba to robić z głową.

Marcin Piątek
28.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną