Pęd do pędzenia
Pęd do pędzenia. 300 litrów samogonu i eksplozja, która wstrząsnęła blokiem
O godz. 4.30 zapłakał synek Ewy z klatki B. Wzięła dwulatka do swojego łóżka. Wtedy usłyszała potężny huk. Łóżkiem zatrzęsło, blok drżał, pierwsza myśl: w bloku eksplodował gaz. Oksana (klatka B, mieszkanie nr 9) pomyślała, że runęły szafki w kuchni. Potem zobaczyła rozpołowioną futrynę. Z drzwi wejściowych jej sąsiadów wyrwało zamki. – Myślałem, że zaatakowali Ruscy – mówi mężczyzna spod dziesiątki. Tak też sądziła Bogdana (klatka A, lokal nr 9), która przed rokiem uciekła z córką i mężem przed wojną w Ukrainie, a teraz uciekała z sąsiadami z zadymionego bloku: – Jak nic wojna przyszła do Polszy.
Do eksplozji doszło 4 lutego. Z czteropiętrowego bloku przy ul. Wróblewskiego 54 ewakuowano 48 osób. Niektóre uciekały w piżamach. Panował mróz, miasto podstawiło ogrzewany autobus i zapewniło schronienie w pobliskim żłobku. Jednocześnie trwała akcja gaśnicza: płonął boks w piwnicy. Do źródła ognia strażacy przedzierali się przez korytarz zawalony cegłami i rozbitymi sprzętami. Przypuszczali, że wybuch wywołała awaria instalacji gazowej. Osłupieli, gdy mierniki nie wykazały zagrożenia. – Szukaliśmy wycieku gazu, a okazało się, że wybuchł alkohol. Wypalił się do zera, nie było go nawet czuć – mówi mł. bryg. Arkadiusz Kaniak z Komendy Wojewódzkiej Państwowej Straży Pożarnej. Najbardziej ucierpiało mieszkanie pod dwójką w klatce A: wyrwane drzwi wejściowe, rozbite lustrzane od szafy w przedpokoju, wyłamane drzwi do salonu, uszkodzone do sypialni. – Dobrze, że byliśmy z żoną w łóżku. Człowiek mógł zginąć we własnym przedpokoju – mówi lokator Jerzy Majer. I dodaje: – Nie do uwierzenia, że zawinił bimber.
Z piwnicznego boksu zostały tylko betonowe słupki, ściany między nimi wymiotło.