Polak u wód
Miły pobyt? Cała prawda o sanatoriach. Wielu Polaków nie dojeżdża, może trzeba ich ukarać
Wyjazd do sanatorium to właściwie nagroda. Zwłaszcza dla tych, których nie stać na ofertę komercyjną. Ale nie wszyscy taki przywilej doceniają, jak i miejsce, które im się trafiło. I wtedy najczęściej rezygnują. Według danych Narodowego Funduszu Zdrowia (NFZ) i dyrektorów sanatoriów zrzeszonych w Unii Uzdrowisk Polskich rezygnacje z pobytów nie dość, że blokują terminy innym, to jeszcze rozwalają system ekonomicznie, bo skala jest zatrważająca.
W zeszłym roku było ich ponad 134 tys. Rok wcześniej niewiele mniej, bo to już trend. Rezygnacje, zgłaszane często w ostatniej chwili, sprawiają, że te kilka tysięcy niewykorzystanych miejsc to realna strata finansowa w budżecie placówki. Ale też strata dla tych, którzy nie mogli skorzystać, a chcieli. Stąd pomysł Ministerstwa Zdrowia, żeby rezygnacja nie była bezkarna. Tym bardziej że już dziś w systemie uzdrowiskowym są kary. Wcześniejszy i nieuzasadniony wyjazd z turnusu kończy się karą – od 150 zł za dobę, a więc ponad 1 tys. zł za tydzień. Przy nieuzasadnionej rezygnacji z wyjazdu trzeba z kolei starać się o nowe skierowanie, czyli wpada się na koniec kolejki oczekujących. Niewykluczone, że tutaj też pojawią się kary jak za skracanie leczenia.
Borowiny i sole
Danuta z Góry Śląskiej w tym roku kończy 70 lat. Do sanatorium jeździ regularnie od dekady. Na zmianę. Raz ze skierowaniem z NFZ, które przysługuje co 18 miesięcy, raz prywatnie. Wtedy za pobyt i zabiegi płaci sama. Aktywna, jeszcze do niedawna dorabiała, pracując jako opiekunka osób starszych w Niemczech, przyznaje, że te trzy tygodnie z borowinami, hydromasażami i gimnastyką są dla niej jak dla młodych dopamina i endorfina w jednym – stawiają na nogi, dodają sił i energii.
Z danych NFZ: w 2023 r. z leczenia uzdrowiskowego skorzystało 441 742 osoby, w 2024 r.