CV do Pana Boga
W Lubelskiem ruszył konkurs na proboszcza. To nie demokracja, diabeł tkwi w szczegółach
Otwarty nabór kandydatów, wymagane doświadczenie, program duszpasterski i termin składania dokumentów. Brzmi bardziej jak rekrutacja na dyrektora szkoły czy firmy niż procedura jednej z najbardziej hierarchicznych instytucji świata. Media ochrzciły to „rewolucją”, bo w polskim Kościele proboszcz od zawsze był mianowany z góry, a wierni dowiadywali się o tym z ogłoszeń parafialnych. Tym razem ma ponoć być inaczej. Diabeł tkwi jednak w szczegółach: wierni nie głosują, komisji konkursowej z udziałem parafian nie ma, żadnej jawności też nie. Biskup nadal może zrobić wszystko.
Eksperci nie zostawiają na tym pomyśle suchej nitki. – Burza w szklance wody – komentuje ks. prof. Andrzej Kobyliński, kierownik Katedry Etyki na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego. – Gest w stronę społecznych oczekiwań przejrzystości, a nie realna zmiana modelu sprawowania władzy w Kościele – wtóruje prof. Marta Osuchowska z Katedry Prawa Wyznaniowego i Konkordatowego UKSW. Nawet rzecznik kurii lubelskiej przyznaje, że nie chodzi o demokratyzację Kościoła. Jeśli nie o nią, to o co?
Korpo Christi
Furtkę dla konkursu otworzył III Synod Archidiecezji Lubelskiej, który zakończył się jesienią 2025 r. „W celu wyłonienia kandydata na urząd proboszcza konkretnej parafii arcybiskup może publicznie zapowiedzieć zamiar dokonania nominacji i zaprosić zainteresowanych prezbiterów, którzy przynajmniej 15 lat wcześniej przyjęli święcenia kapłańskie, aby przedstawili swoją kandydaturę” – czytamy w dokumentach synodalnych.
Powód wdrażania nowej procedury może być bardziej przyziemny. Jeszcze 20–30 lat temu proboszcz był gospodarzem dusz, inwestorem i nieformalnym politykiem. Na probostwo się czekało czasem całe życie.