Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Społeczeństwo

W jądrze ciemności

W jądrze ciemności. Jak Polak trafił do więzienia w Kongo i wplątał się w wielką politykę

Preferuj w Google
Więzienie Makalu, do którego trafił podróżnik. Tu prawie nie ma strażników, bo więźniowie „pilnują się” sami. Więzienie Makalu, do którego trafił podróżnik. Tu prawie nie ma strażników, bo więźniowie „pilnują się” sami. Justin Makangara/Reuters / Forum
Rozmowa z Mariuszem Majewskim, współautorem książki „Kongijskie piekło. Polak w afrykańskim więzieniu”, o wplątaniu w wielką politykę, przetrwaniu w nieludzkich warunkach i niełatwym powrocie do normalności.

FILIP ZAGOŃCZYK: – Jak to się stało, że trafił pan do więzienia w Demokratycznej Republice Konga (DRK)?
MARIUSZ MAJEWSKI: – Do dziś się zastanawiam. Podróżuję po świecie od 35 lat. Jestem jednym z kilku Polaków, którzy postawili nogę we wszystkich krajach świata. Byłem w miejscach ogarniętych wojną: w Afganistanie, Syrii czy Somalii. Wydawało mi się, że dam sobie radę w każdych warunkach, i ta rutyna mnie zgubiła. Do DRK pojechałem mimo ostrzeżeń Ministerstwa Spraw Zagranicznych w lutym 2024 r. Tydzień wcześniej oficjalną wizytę w sąsiedniej Rwandzie odbył prezydent Andrzej Duda. Na konferencji prasowej powiedział, że Polska skutecznie pomaga Ukrainie, więc gdyby Rwanda potrzebowała pomocy, to też może na nas liczyć.

To rozwścieczyło Kongijczyków. Rwanda i DRK od lat toczą wojnę o surowce: kobalt, złoto, diamenty. W stolicy kraju, Kinszasie, po słowach Dudy wybuchły antypolskie protesty. Palono flagi. Wznoszono wrogie okrzyki. Demonstracje nie odbiły się szerokim echem w naszych mediach, więc wyjeżdżając, nie byłem tego świadomy. Przyjeżdżam więc do Konga z zamiarem odwiedzenia 12 prowincji, bo podczas wcześniejszego pobytu niewiele zdążyłem zobaczyć. Biorę samochód z kierowcą, a po chwili zatrzymuje nas wojskowy patrol.

Pomyślałem, że to rutynowa kontrola, że być może żołnierze będą chcieli trochę pieniędzy, co w Afryce zdarza się dość często. Oni jednak spojrzeli na mój polski paszport i wtedy wszystko się zaczęło. Wykonali kilka nerwowych telefonów, a po chwili kazali mi wsiąść ze sobą do samochodu. Wozili mnie przez kilka godzin od jednej jednostki wojskowej do drugiej, gdzie byłem przesłuchiwany. Później dowiedziałem się, że podczas tych przesłuchań dopisywano mi kolejne absurdalne zarzuty: od agresywnego zachowania wobec żołnierzy do sabotażu.

Polityka 25.2026 (3569) z dnia 16.06.2026; Społeczeństwo; s. 39
Oryginalny tytuł tekstu: "W jądrze ciemności"
Reklama