Czarny sen Różowej Pantery
Gang Różowej Pantery. Kradli diamenty, wpadli przez czapkę. Do Warszawy też dotarli
Nie dajcie się zwieść infantylnej nazwie. Różowa Pantera to najsłynniejsza na świecie grupa specjalizująca się w rabunkach luksusowej biżuterii. A jednocześnie najbardziej tajemnicza. Mimo że działa od lat, niewiele o niej wiadomo. Jej wyczyny są spektakularne i niezwykle zuchwałe. Jak w Dubaju, gdzie dwoma samochodami rabusie wjechali z impetem do środka luksusowego centrum handlowego, taranując szklaną ścianę. I wbili się jednym z nich wprost do sklepu jubilerskiego. Gazem łzawiącym obezwładnili ochroniarza i młotkami rozwalili pancerne szyby gablot z biżuterią.
To ich modus operandi. Napad w Dubaju trwał 50 sekund. Ich łup wyceniono na 11 mln euro. To była ich pierwsza akcja. Potem było Tokio i kradzież naszyjnika zwanego Hrabiną z Vendome. Złożony ze 116 diamentów, z wielkim 125-karatowym diamentem pośrodku, był wyceniany na 31 mln dol. W centrum Paryża ukradli biżuterię wartą – jak wyceniono – 85 mln euro. W Londynie z salonu jubilerskiego sieci Graff przy New Bond Street w luksusowej dzielnicy May Fair zrabowali diamenty o wartości 23 mln funtów. Pierścionek z tego napadu, z niebieskim diamentem o wartości 55 tys. dol., policjanci znaleźli podczas przeszukania w jednym z domów, w którym sprawcy mieli przebywać. Był w pudełku z kremem do twarzy. To wtedy media ochrzciły ich Gangiem Różowej Pantery, nawiązując do filmu z inspektorem Clouseau, w którym był pokazany taki sam trik.
Ich znakiem rozpoznawczym jest bardzo dobry kamuflaż, odpowiedni do miejsca wybranego na skok. Oryginalne, niekiedy wręcz genialne w swej prostocie pomysły, krótki czas akcji, unikanie zbędnej przemocy i wykorzystywanie nietypowych środków ucieczki. Na przykład do sklepu jubilerskiego w Saint-Tropez weszli ubrani jak turyści, w kwiecistych koszulach. Po kradzieży – jak James Bond – uciekli motorówką.