Kamikadze na hulajnodze
Kamikadze na hulajnodze. Piesi modlą się, żeby przeżyć kontakt z kukiriniarzami. Młodzi ich podziwiają
Bartek z zazdrością patrzył na kolegów, oglądał filmiki w necie i też marzył o hulajnodze. Po komunii miał trochę pieniędzy. Za mało na nową hulajnogę, ale w sam raz na taką z wypożyczalni. Sprawę załatwił bez wiedzy rodziców.
W wypożyczalni zostawił rower, plecak i telefon. Zapłacił i wskoczył na swoją wymarzoną hulajnogę. Serwis – zdaniem matki chłopca – nie zapytał 10-latka ani o zgodę rodziców, ani o to, czy ma choćby kartę rowerową. – Hulajnoga nie miała założonej blokady ograniczającej prędkość pojazdu. Mogła się rozpędzić do 60 km na godzinę – opowiada Anna Potwardowska, mama Bartka.
Taka prędkość dla hulajnogi elektrycznej jest trzy razy wyższa niż dopuszczalna przez polskie prawo. To nawet więcej niż po mieście mogą jeździć samochody. A co dopiero kawałek metalu na dwóch malutkich kółkach, które blokują się na byle wyboju. Trudno się dziwić, że chłopiec nie zapanował nad taką siłą, kiedy przednie koło wpadło w wyrwę. Dzieci w takich sytuacjach działają instynktownie. Kiedy tracą równowagę, zamiast puścić kierownicę, tym bardziej kurczowo się jej trzymają. To dlatego, kiedy upadają, nie próbują nawet chronić głowy. Głowa Bartka uderzyła w krawężnik. Nie była chroniona żadnym kaskiem.
Kiedy jego mama przyjechała na miejsce, stan chłopca był krytyczny. – Syn na przemian tracił i odzyskiwał przytomność. Uświadomiłam sobie, że moje dziecko jest jedną nogą w grobie – mówi kobieta. Ratownicy przewieźli go z Płońska do szpitala w Ciechanowie (36 km), gdzie spędził jakieś półtorej godziny na izbie przyjęć. Okazało się, że tamtejszy szpital nie jest w stanie odpowiednio się nim zająć. Skala obrażeń była zbyt duża i skomplikowana. Przewieziono go do Warszawy.
Rodzice Bartka od początku byli przeciwni hulajnogom elektrycznym.