Nowa Zelandia: raj w młodym kraju

Białe winko pod Białą Chmurą
Europejska, polinezyjska, maoryska, intrygująca. Leżąca na końcu świata Nowa Zelandia od wieków przyciąga ludzi, którzy wiedzą, czego chcą.
Nawet tubylcy, czyli Maorysi nie są tu od zawsze
quinn.anya/Flickr CC by SA

Nawet tubylcy, czyli Maorysi nie są tu od zawsze

Auckland, widok na miasto
Steve & Jemma Copley/Flickr CC by SA

Auckland, widok na miasto

Słynne głazy Moeraki u wybrzeży Nowej Zelandii
neurmadic aesthetic/Flickr CC by SA

Słynne głazy Moeraki u wybrzeży Nowej Zelandii

Cicho sza – mówi nasz angielski znajomy. Nowa Zelandia to najlepiej strzeżony sekret – twierdzi. Znajomy jeździ tam co roku na miesiąc, aby rozkoszować się zjawiskowym krajobrazem, wyśmienitym winem oraz towarzystwem pogodnych wyspiarzy. Sekret się trzyma przede wszystkim z uwagi na dystans. Aby dolecieć do Nowej Zelandii, trzeba półtora dnia spędzić w powietrzu. Z Polski jest to dokładnie przeciwległy koniec świata, nie da się tam spontanicznie udać na weekend czy nawet tydzień. Z drugiej strony jest lepiej, niż było. W połowie XIX w. europejscy osadnicy potrzebowali 4 lub 5 miesięcy, aby w spartańskich warunkach dotrzeć do wyspy.

Kraj odkrywano dwa razy. Najpierw holenderski podróżnik Abel Tasman w 1642 r. został szybko przepędzony przez tubylców. Następnie Brytyjczyk James Cook, któremu towarzyszyło dwóch polskich botaników Jan Rajnold Foster i jego syn Jan Jerzy Adam Foster, dotarli tam w 1769 r. Wśród brytyjskich kolonizatorów dominować mieli złodzieje, mordercy i gwałciciele z więzień w całym kraju. Nawet jednak lokalni tubylcy, Maorysi, nie są tam od zawsze. Zaczęli się pojawiać osiemset lat temu z wysp Polinezji, nawigując według układu gwiazd, prądów oceanicznych i szlaków wędrownych ptaków. Wcześniej kraj był zupełnie niezamieszkany.

Kraj Długiej Białej Chmury

Nowa Zelandia to jeden z bardziej udanych przykładów tego, jak można w krótkim czasie stworzyć spójne państwo i społeczeństwo, a nawet zacząć budować własną tradycję. Byłą premier Helen Clark kiedyś zapytano, czy jej kraj jest gotów, aby odejść od systemu monarchii konstytucyjnej (w ramach którego brytyjska królowa jest nadal głową państwa w Nowej Zelandii). Clark po namyśle odpowiedziała, że najwcześniej za 20–30 lat społeczeństwo będzie w stanie podjąć tego rodzaju dyskusję. Wszystko dlatego, że monarchia jest ściśle związana z założycielskim traktatem z Waitangi z 1840 r., jaki zawarto między przywódcami plemion maoryskich a przedstawicielami brytyjskiej korony.

Maorysi i dzisiaj odgrywają istotną rolę polityczną, mając od kilku lat własną partię i zagwarantowane miejsca w parlamencie. Niektórzy narzekają, że w ich ugładzaniu władze idą nawet za daleko, o czym świadczy nagminne zmienianie nazw geograficznych na maoryskie. Zagrożony jest nawet najwyższy szczyt w kraju, góra Cooka. Sama Nowa Zelandia to po maorysku Aotearoa, Kraj Długiej Białej Chmury. Nikt jednak dzisiaj nie chce podważać ówczesnego porozumienia z Maorysami i otwierać dyskusji o ostatecznym podziękowaniu za współpracę brytyjskiej królowej. Teoretycznie może się więc okazać, że to Brytyjczycy pierwsi pozbędą się monarchii, ale w dalszym ciągu będzie się jej trzymać Nowa Zelandia.

Penelope Ridings, nowozelandzka ambasador w Polsce, mówi, że wyjątkową narodową tożsamość Nowej Zelandii ukształtowała historia, kultura i geografia. Historia, bo trzeba było się urządzić i dogadać od zera. Pierwsi farmerzy nie mieli zbyt wielu sprzętów z Europy i musieli sobie jakoś radzić. Stworzyć albo wynaleźć to, co było im potrzebne do szczęścia. To ich determinacja i kreatywność przesądziły o charakterze Nowozelandczyków. Po raz pierwszy poczucie odrębnej narodowej tożsamości uzyskali w I wojnie światowej, gdy do walki o wolność i demokrację stanęło ponad 100 tys. żołnierzy, około 10 proc. ludności! Podobnie w II wojnie światowej uczestniczyło 140 tys. kobiet i mężczyzn z Nowej Zelandii. Nowozelandczyków, procentowo w stosunku do ludności kraju, zginęło więcej niż Australijczyków, Kanadyjczyków i Amerykanów. Dzisiaj nowozelandzkie siły specjalne są zaangażowane w Afganistanie, a wojsko w kilkunastu misjach pokojowych na świecie.

Przyjezdni po przejściach

Geografia jest tu ważna, bo Nowa Zelandia to kraj wielkości Wielkiej Brytanii lub Japonii, ale z populacją zaledwie 4,3 mln mieszkańców. Są w tym kraju miejsca, gdzie jedzie się przez godzinę samochodem i nie spotyka żywej duszy. Nikt nas nie mija, nigdzie nie widać śladu ludzkiej obecności. Za to na każdym kroku możemy oglądać piękne krajobrazy. Oddalenie powoduje u Nowozelandczyków stałą potrzebę podróżowania, poznawania nowych miejsc. Poza czterema milionami mieszkańców kraju jest jeszcze jeden milion, który permanentnie jest w drodze, gdzieś w świecie.

W Nowej Zelandii nie sposób oprzeć się wrażeniu pewnej tymczasowości. Domy mają swój urok, ale są najczęściej drewniane i bardzo proste. Duże okna, poszukiwanie światła, położenie nacisku na kontakt z naturą, a nie odgrodzenie się od niej murowanymi ścianami to kwintesencja nowozelandzkiego stylu.

Społeczeństwo do dzisiaj ma charakter przyjezdnych. Nawet jak ktoś urodził się w Nowej Zelandii, to wie, gdzie ma swoje korzenie. W taksówce wystarczy zadać pytanie „skąd jesteś” albo „jaka jest twoja historia”, żeby usłyszeć fascynujące opowieści. A to Holender z pochodzenia, którego ojciec walczył w indonezyjskiej wojnie niepodległościowej w latach 1945–1949 i nie mając dokąd wracać wybrał Nową Zelandię. A to kobieta z RPA, która 20 lat temu stwierdziła, że chce swoim dzieciom oszczędzić uroków politycznego chaosu. A to potomkowie chińskich imigrantów z 1861 r., gdy na południowej wyspie Nowej Zelandii (kraj składa się z dwóch wysp) odkryto złoto. Do dzisiaj w Arrowtown, w regionie Otago, można zwiedzać skansen z domkami chińskich poszukiwaczy złota. I wreszcie niesamowita historia polskich dzieci z Pahiatua, osieroconych przez zesłańców syberyjskich i przybyłych do Wellington w 1944 r. na amerykańskim statku wojennym „General Randall”. Nowozelandzka Polonia jest zresztą jedną z ciekawszych, bo łączącą wspaniałą tradycję z nowoczesnością.

Bierze się to stąd, że przyjazd do Nowej Zelandii raczej nie jest dziełem przypadku. Na drugi koniec świata jedzie się z wyboru, mając poukładane w głowie i wiedząc, co się chce osiągnąć. Bardzo często przyjeżdżają „ludzie po przejściach”, którzy chcą coś na nowo zacząć albo na nowo się odnaleźć. To ich wzmacnia i wzajemnie na siebie otwiera. Być może dlatego też poziom wzajemnego zaufania jest bardzo wysoki. Do niedawna w Nowej Zelandii nie zamykało się domów. Nawet teraz nikt nie kontroluje bagażu na lotach wewnętrznych. Myśl o tym, że ktoś mógłby zaatakować nowozelandzki samolot, jest po prostu poza zasięgiem wyobraźni.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną