Świat

Siedem grzechów głównych

Siedem grzechów głównych - obraz Hieronima Boscha Siedem grzechów głównych - obraz Hieronima Boscha Wikipedia
Największym i najgorszym z nich, zamykającym cały pochód, a więc okrytym największym wstydem, jest Lenistwo.
Artykuł pochodzi z 13/14 numeru Tygodnika FORUM. W kioskach od poniedziałku, 29 marca.Forum Artykuł pochodzi z 13/14 numeru Tygodnika FORUM. W kioskach od poniedziałku, 29 marca.

Saligia

Wyobrażam ją sobie jako groteskową postać z filmu Felliniego, dorodną i pulchną kobietę, która kołysze się na boki, gdy się śmieje. Kamera sunie ku niej, a ona wypina do przodu ogromny biust. Ma zepsute zęby i tłuste czarne włosy zawiązane z tyłu w kok. Gdyby jej postać miała zostać wyrzeźbiona, artystą musiałby być Kolumbijczyk Fernando Botero. Saligia sieje strach wśród dorastających chłopców w, powiedzmy, Rimini albo podobnym mieście, ale ci sami chłopcy czują do niej niepohamowany pociąg, wabieni zapachem jej olbrzymich piersi. Odsłania przed nimi tajemnice cielesności, a jej siostrami są Cabiria, Volpina i inne. Zatracamy się, gdy tylko wyciągnie ku nam ramiona.

Urodziła się najprawdopodobniej w XIII w. i pojawiła w roku 1271 w dziele „Summa Hostiensis” autorstwa Henricusa de Bartholomaeis – z portowego miasta Ostia, gdzie wieleset lat później prostytutka Cabiria sprzedawała swoje wdzięki nocą w filmie Felliniego. Bartholomaeis powołał Saligię do życia, przestawiając tradycyjny porządek siedmiu grzechów głównych – wprowadzony w VI w. w „Moraliach” przez Grzegorza Wielkiego: Superbia, Invidia, Ira, Avaritia, Accidia, Gula, Luxuria – Pycha, Zazdrość, Gniew, Chciwość, Lenistwo, Łakomstwo i Pożądanie lub Nieczystość. Są to wprawdzie cechy Saligii, ale w ujęciu Grzegorza Wielkiego – SIAAGL – jeszcze się nie wyłoniła.

To właśnie Bartholomaeis nadał jej życie, przestawiając ogniwa tego DNA. Jest jej Francisem Crickiem i Jamesem Watsonem, jej Pigmalionem. Pycha, Chciwość, Pożądanie, Zazdrość, Łakomstwo, Gniew i Lenistwo – oto według autora z Ostii właściwy porządek, który łamie kod genetyczny. Czyli Superbia, Avaritia, Luxuria, Invidia, Gula, Ira, Accidia. Z tego akronimu rodzi się Saligia, żeby wieść barwne, soczyste życie. Saligia – siedem grzechów głównych połączonych w jeden. A największym i najgorszym z nich, zamykającym cały pochód, zajmującym finałowe miejsce, a więc okryte największym wstydem – jest Lenistwo. Accidia, inaczej Acedia albo Pigritia, i jej siostry: Tristitia, czyli Smutek, i Anomie, znużenie duszy.

Fellini to oczywiście najwyższej rangi artysta opiewający gnuśne lenistwo. Jego bohater jest niemal zawsze takim lub innym vitellone, a więc próżniakiem, niekiedy ubogim, czasem opływającym w dostatek, ale to zawsze wałkoń, którego najwspanialej ucieleśnia Mastroianni w „Słodkim życiu” i „Osiem i pół”. Wyalienowany, melancholijny, dryfujący, bierny, zagubiony. Oto on: Marcello o zmęczonym spojrzeniu, przystojny i słaby, z papierosem w dłoni i kobietą u boku, którą właśnie traci. Włóczy się po Via Veneto, zagłębia w brudne zaułki i powraca do świata słodkiego życia, do domów bogaczy. Snuje się po leniwych, dekadenckich przyjęciach, obezwładniony apatią, niezdolny dokonać wyboru i pchnąć swoje życie do przodu, usidlony paraliżem ducha. Podchmielona gwiazda filmowa, obiekt męskich westchnień, pluska się obok niego w Fontana di Trevi, a on próbuje się dźwignąć z otchłani swej apatii, by ją uwieść, lecz bez skutku. Nagrodą za starania jest tylko zasłużony cios w twarz od jej chłopaka. Dokoła, w salonach i restauracjach, w nocnym mieście drapieżnego fotografa Paparazzo, snują się obywatele tego wyzbytego uczuć świata, znudzone pięknotki o szklanym wzroku i idealnych fryzurach. Te ucieleśnienia grzechu Lenistwa są nie tylko potępione. One już wylądowały w Piekle i tańczą z Saligią w płomieniach.

Od lenistwa do gniewu

Chłopiec zostaje wysłany za granicę do szkoły z internatem, daleko od rodzinnego domu. Nie ma silnego, ekstrawertycznego charakteru, który mógłby rozkwitnąć w tak zimnym miejscu: jest nieśmiały, inteligentny, drobny, niewysportowany, subtelny, cichy. W lot pojmuje, że wraz z cudzoziemskością tych sześć cech stanowi siedem grzechów głównych w nowym świecie, a ponieważ winien jest wszystkich siedmiu, zostaje usunięty w mrok, co oznacza, że choć nie powiedział ani nie zrobił nic złego, jest nielubiany. Po paru dniach zaczyna się czuć niedobrze jak nigdy dotąd. Gdy co rano budzi się w dormitorium, czuje, że ręce i nogi ma cięższe, niż powinien. Trudno mu nawet wstać z łóżka i się ubrać, ale gdy już dźwignie się na nogi, przygniatający go ciężar powoli znika i okazuje się, że można normalnie funkcjonować. Jednak każdego kolejnego dnia ta poranna ociężałość jest coraz gorsza i trudniejsza do przezwyciężenia.

Wreszcie nadchodzi dzień, gdy chłopiec nie może wstać z łóżka. Inni uczniowie z dormitorium, w tym najstarszy, który pełni funkcję dyżurnego, nie rozumieją, gdy skarży się na doskwierającą gnuśność, a ponieważ są chłopcami, zaczynają się z niego naśmiewać i naigrawać. – A niech to szlag! – wrzeszczą, drwiąc straszliwie z jego obcego akcentu i domniemanej nieznajomości miejscowego dialektu. – Och, och, ciężkie te moje ręce i nogi!

Gdy rozhukani koledzy parodiują i wykpiwają lenistwo, chłopca opanowuje nowe uczucie. Ku jego zaskoczeniu ma ono korzystny wpływ na ociężałość, która przygwoździła go do łóżka. Nowe uczucie daje siłę, więc chłopiec otrząsa się z gnuśności i bezwładu, jak bohater w dawnej legendzie odrzuca głaz, którym przygniótł go nieprzyjaciel. Podnosi się z łóżka – teraz to dusza w płomieniach.

Nowym uczuciem jest gniew. Pozostali widzą wściekłość w jego oczach i drwiące słowa natychmiast więzną im w gardle. Wszyscy cofają się ze strachu. Od tej chwili chłopiec wie, jak powinien żyć w nowym świecie. Gniew okazuje się siłą napędową, więc coraz lepiej radzi sobie w szkole, przynajmniej w klasie, a to także okazuje się użytecznym orężem. Nadal jest nielubiany, ale teraz wszyscy obchodzą się z nim uważnie, jak gdyby był bombą, która może wybuchnąć wskutek zbyt gwałtownego ruchu.

Osoba religijna powiedziałaby, że chłopiec poskromił jeden z siedmiu grzechów głównych za pomocą drugiego. A więc pozostaje w stanie grzechu. Grzech pozbawia go możliwości skorzystania z miłosierdzia i odsuwa daleko od Boga. Osoba innego wyznania (niechrześcijanin – buddysta albo dżinista) mogłaby poradzić chłopcu, by szukał oświecenia, które wprowadzi doświadczanie świata w stan właściwej równowagi, a więc zrodzi spokój wewnętrzny. Zwolennicy jeszcze innych religii opowiadaliby jeszcze inne brednie. Jednak dla świeckiego umysłu, kierującego się rozumem i wyrosłego na psychoanalizie, błędem jest uznawanie za grzech tego, co stanowi zaburzenie o charakterze psychologicznym. Lenistwo nie jest dziełem Diabła. To nie metafora, lecz choroba. „Diabeł podsuwa robotę próżnującym rękom”? Owszem, ale podsuwa też robotę rękom zapracowanym. W każdym razie robiłby to, gdyby istniał. Bo nie istnieje.

Tyrone Slothrop

Dwie wielkie przeciwstawne idee w twórczości amerykańskiego pisarza-odludka Thomasa Pynchona to paranoja i entropia. Liczni paranoicy z jego książek, tacy jak Herbert Stencil w „V” i prawie wszystkie postacie z „49 idzie pod młotek”, mają pewność, że rzeczywisty obraz i sens świata są przed nimi ukryte oraz że wielkie moce – rządy, korporacje, kosmici – spiskują, by panować nad światem i zarazem ukrywać się za wieloma nieprzebytymi zasłonami. Postacie te funkcjonują w kontrapunkcie z bohaterami innego typu, takimi jak marynarz Benny Profane i jego przyjaciele z Całej Chorej Załogi (powieść „V”), dla których życie to toczący się powoli, niemal katatoniczny jubel zakrapiany piwem, nieustannie wytracający tempo, nigdy jednak do końca.

Druga zasada termodynamiki mówi nam, że ciepło zawsze przepływa z ciał cieplejszych do zimniejszych, a zatem ciało cieplejsze stopniowo wytraca ciepło, zimniejsze zaś je pozyskuje. Gdy zasadę tę zastosujemy w skali uniwersalnej, okazuje się, że energia cieplna wszystkich gorących ciał – czyli gwiazd – powoli się rozproszy, kierując ku materii o niższej temperaturze, aż wreszcie wszelka materia we wszechświecie będzie miała taką samą temperaturę i nie zostanie już żadna wolna energia do wykorzystania. Cały kosmos padnie ofiarą wytracenia energii cieplnej. Oto, co William Thomson, pierwszy baron Kelvin (postać rzeczywista, a nie wymyślona przez Pynchona), opisał w 1851 r. jako cieplną śmierć wszechświata. Powszechne rozpraszanie energii doprowadzi ostatecznie do chwili, gdy ustanie wszelki ruch. Wtedy dobiegnie końca niekończący się dotąd jubel Benny’ego Profane’a.

Pynchon ukazuje paranoję jako formę wyższej mądrości: nie ułudę, lecz wnikliwą percepcję. Jego paranoicy usiłują przedrzeć się przez to, co hinduiści mogliby nazwać mają, a więc przez zasłonę utkaną z iluzji, która nie pozwala ludziom zobaczyć rzeczywistości takiej, jaką jest naprawdę. Tak oto widzimy, że paranoja u Pynchona oznacza ponuro optymistyczny światopogląd sugerujący, iż ludzkie życie na pewno ma sens; sęk w tym, że sens ten jest przed nami ukryty, zatem go nie znamy.

Z kolei metafora entropii to druga, ponuro pesymistyczna strona tego medalu. Entropia w ujęciu Pynchona oznacza, że świat jest pozbawiony sensu, że nasze wysiłki się załamują, że tracimy energię i jesteśmy skazani na powolny rozkład pchający nas ku Ostatecznej Absurdalności. Postacią, w której jednoczą się oba te główne wątki, jest Tyrone Slothrop, swoisty bohater najbardziej złożonej i ambitnej ze wszystkich powieści Pynchona, a mianowicie „Tęczy grawitacji”. Historia Slothropa zawiera wiele elementów paranoicznych: na przykład w dzieciństwie został w tajemniczy sposób uwarunkowany „poza zero” przez naukowca Laszlo Jampfa. Nade wszystko pojawia się dziwna sprawa rozkładu Poissona. Otóż rozkład Poissona to statystyczna metoda probabilistyczna, która wyraża prawdopodobieństwo liczby wystąpień danego zjawiska w określonym przedziale czasowym i przy określonej liczbie prób, jeśli wystąpienia te są niezależne.

W „Tęczy grawitacji” rozkład Poissona opisuje spotkania Slothropa z kobietami w różnych dzielnicach Londynu. Z jakiejś niezrozumiale głębokiej, a zatem niewiadomej przyczyny mapa, na której zaznaczone są miejsca randek, stanowi prognozę trafień niemieckich rakiet V-2 wystrzeliwanych na Londyn. W tej mierze, w jakiej Slothrop w ogóle ma jakąkolwiek osobowość, bardziej wpasowuje się w Pynchonowską galerię entropistów, a nie paranoików, choć uobecniają się w nim oba nurty. Jest rozpadającym się, zgnuśniałym wędrowcem – bardziej „znajduje się pod działaniem” niż „działa” i w końcu jego umysł rozpada się na co najmniej cztery osobowości, a on sam znika z kart książki. Następuje indywidualna śmierć wskutek wytracenia energii.

Jak wygląda Slothrop? Wyobrażam go sobie jako wysokiego chudzielca w biało-czerwonej kraciastej koszuli i dżinsach rurkach, z szopą włosów w stylu Einsteina i wystającymi zębami jak u królika Bugsa. Poznałem Thomasa Pynchona, ale związany warunkami naszego spotkania nie mogę powiedzieć, czy powyższy opis odpowiada wyglądowi autora. Mogę natomiast stwierdzić, że Pynchon nie popadł w entropiczne odrętwienie i nadal pisze niewiarygodnie energiczne książki o utracie energii. Mogę również stwierdzić, że nazwisko Tyrone Slothrop to anagram, który można przestawić, formułując zdanie „Sloth or entropy”lenistwo albo entropia.

 

Rozterki w Elsynorze

W każdej ze swych wielkich tragedii Szekspir zadaje nam, zwykle prawie na samym początku, pytanie, na które niebywale trudno odpowiedzieć. Na przykład: dlaczego król Lear nie wierzy Kordelii? Jest przecież jego ukochaną córką, która nie boi się rozmawiać z nim szczerze, bez upiększania prawdy. Skoro są ze sobą tak blisko, niemożliwe, żeby pierwszy raz mówiła z nim tak otwarcie. Z całą pewnością król zna dobrze swoją córkę i jej charakter. Dlaczego więc skazuje ją na wygnanie, wierząc w kłamstwa Goneril i Regan? Albo dlaczego Otello wierzy Jagonowi i odwraca się od ukochanej Desdemony? Przecież Jago nawet mu nie pokazuje chusteczki, która rzekomo ją kompromituje. Otello zabija żonę tylko dlatego, że Jago mu mówi, iż ten dowód zdrady istnieje.

Na takie pytania można udzielić wielu różnych odpowiedzi: Lear jest zbyt dumny (a więc winny grzechu Superbii), żeby wysłuchać prawdy z ust Cordelii. Albo zbyt stary. Gniew (Ira) Otella zbyt łatwo dochodzi do głosu; być może tak naprawdę nie kocha Desdemony, lecz traktuje ją jako zdobycz, aspekt swojej godności (znowu Superbia w sensie Amour Propre, czyli miłość własna), zatem gdy jej wierność zostaje zakwestionowana, to on jest zhańbiony i musi zmyć plamę na honorze. Żadna z tych odpowiedzi nie jest stuprocentowo trafna, żadna nie jest stuprocentowo błędna, ale jeśli nie wybierzemy którejś z nich, dramatu nie sposób wystawić.

Parę lat temu namówiłem Christophera Hitchensa do głupawej zabawy literackiej, która polega na nadawaniu dziełom Szekspira nowych tytułów w duchu powieści Roberta Ludluma („Transakcja Rhinemanna”, „Tożsamość Bourne’a”, „Pakt Holcrofta”, czyli, ogólnie rzecz biorąc, „Ktoś” albo „Coś gdzieś”). W ten sposób zamiast „Kupca weneckiego” mamy „Interesy na moście Rialto”, zamiast „Otella” będzie „Afera z chusteczką”, zamiast „Makbeta” – „Zalesianie Dunsinane”. A „Hamlet”, wiadomo, stałby się „Rozterkami w Elsynorze”.

W „Hamlecie” rzecz dotyczy wahań księcia Danii, który zwleka z działaniem tak długo, że wyszło z tego najdłuższe dzieło Szekspira. Dlaczego, kiedy duch ojca wyjawia okoliczności śmierci, Hamlet wciąż odkłada zemstę? Skąd tyle niepewności i niezdecydowania? W tym wypadku autor sam udziela odpowiedzi – Hamlet jest ofiarą lenistwa:

„Od niedawna – choć nie wiem czemu – utraciłem całą radość i porzuciłem wszystkie ulubione zajęcia, co tak silnie wpłynęło na me usposobienie, że rozciągający się naokół nas ten piękny obraz, ziemia, wydaje mi się jałowym przylądkiem, a najdoskonalsza, rozwieszona nad nami opona, to przestworze, spójrzcie, to dumne sklepienie firmamentu, ów majestatyczny dach ozdobiony złotymi ogniami, cóż, wydaje mi się jedynie plugawym nagromadzeniem oparów niosących zarazę. Jakim dziełem jest człowiek! Jak szlachetnie rozumującym! O jak nieskończonych możliwościach! W kształcie i ruchach jak doskonale zgodny ze swym przeznaczeniem i zachwycający! Jak anielski w postępkach swych! Pojmowaniem jest podobny Bogu! Jest on urodą świata i najdoskonalszym wzorem dla wszystkich zwierząt! A jednak, dla mnie, czym jest ów proch najczystszy? Człowiek nie raduje mnie, mężczyzna ani kobieta...” (tłum. Maciej Słomczyński).

To Accidia lub inaczej Acedia paraliżuje Hamleta, rozpaczliwy bezwład, depresja kliniczna, która unicestwia duszę, a którą wywołuje wstrząs egzystencjalny. Jaki odczuwamy wtedy, gdy się dowiadujemy, że wuj zabił naszego ojca, a potem poślubił naszą matkę. Jeśli coś takiego mielibyśmy postrzegać jako grzech, wynikałoby, że Hamlet zasłużył na śmierć, bo był grzesznikiem. Jednak Szekspir budzi w nas inne uczucia. Jako autor na ogół niezbyt religijny, rezygnuje z potępienia swego bohatera i zamiast tego raczy nas ze wszech miar świecką tragedią.

 

Za i przeciw

Ogólnie rzecz ujmując, literatura nie traktuje lenistwa przychylnie:

  •  w „Boskiej komedii” Dante pisze, że ci, którzy niczego nie osiągnęli w życiu, nie są nawet godni, aby wpuścić ich do Piekła.
  •  „Otium, Catulle, tibi molestum est. Otio exsultas nimiumque gestis. Otium et reges prius et beatas perdidit urbes”. (Bezczynność twoja to zwiastun kłopotów, Katullusie. Zbyt wielką czerpiesz z niej radość i zachwyt. Bezczynność zgubiła pierwej królów i zamożne miasta, fragment wierszu Kattullusa – rzymskiego poety żyjącego w I w. p.n.e. – przyp. FORUM).
  •  Michał z Montaigne chwali cesarza Wespazjana za to, że rządził swym imperium nawet wtedy, gdy już leżał na łożu śmierci. („Cesarz, rzekł on, umrzeć musi na stojąco. Żaden przewodnik nie piastuje swego urzędu, trwając w bezruchu”).
  •  w powieści Josepha Conrada „Murzyn z załogi Narcyza” tytułowy bohater James Wait, czarny marynarz z Indii Zachodnich, który zapada na śmiertelną gruźlicę w trakcie rejsu swego statku z Bombaju do Londynu, na pytanie, dlaczego wybrał się w taką podróż, skoro wiedział, że niedomaga, udziela słynnej odpowiedzi: „Muszę żyć, póki nie umrę, czyż nie tak?”.
  •  „Żaden przewodnik nie piastuje swego urzędu, trwając w bezruchu. Muszę żyć, póki nie umrę”. U Michała z Montaigne i Conrada, podobnie jak u Dantego i Katullusa, lenistwo jest niezmiernie odrażające. Działanie stanowi dobro, bezczynność to zło. Koniec, kropka.
  •  zauważmy jednak, że Michał z Montaigne, autor traktatu przeciw próżniactwu, sam siebie oskarżał o lenistwo, twierdząc, że właśnie z tej przyczyny pisze krótkie traktaty, a nie sążniste księgi.
  •  tak oto dochodzimy do De Quinceya, angielskiego opiumisty, który w ogóle nie wstydził się swojego lenistwa i uznawał zażywanie opium i halucynacje nim wywołane za „pożyteczne i pouczające”. Skromnie określał się mianem „filozofa” i „istoty intelektualnej”, nie wykazując najmniejszego poczucia winy. W opisach jego opiumowych snów – całkiem ładnych – było dość fantazji, by zadowolić najwybredniejszego miłośnika gotyckiej atmosfery. Potem jednak mówi o Azji Południowej, miejscu mego urodzenia, że jest okrutna, że jej kultura przejmuje go dreszczem, że w tych regionach istota ludzka jest chwastem. Przez jego usta przemawia człowiek, nie narkotyk: „Przeraża mnie tamtejszy sposób życia, maniery, bariera największego wstrętu i brak współczucia odgradzające nas za sprawą uczuć głębszych, niżbym potrafił to przeanalizować. Wolałbym żyć wśród wariatów lub dzikich zwierząt” – mówi nam, mówi mnie. Po tych rewelacjach opowieści o jego halucynacjach wydają się osobliwie nieciekawe mimo obecności małp, papug, bogów, którzy się w nich pojawiają, nie mówiąc już o słynnym wyszczerzonym krokodylu, który nieustannie go prześladuje – symbolu całego Orientu, który budził w nim wstręt. Problem nie tkwi w narkotyku, lecz w człowieku. Jak mówi stary marynarz Singleton w „Murzynie z załogi Narcyza”: „Statki są w porządku. Ale ludzie na nich! Gorszym są grzechem niż grzechy główne. A bigoteria zajmuje czołowe miejsce na tej liście”.

Obłomowszczyzna

Oczywiście najlepszy, najbardziej wymowny, najzabawniejszy i najdonioślejszy przykład lenistwa – bez którego żadne omówienie tego tematu nie byłoby kompletne – można ująć w jednym słowie: Obłomow. Ilja Iljicz Obłomow, największy leń ze wszystkich bezczynnych ziemian XIX-wiecznej Rosji i zarazem tytułowy bohater – a owszem, bohater! – powieści Iwana Aleksandrowicza Gonczarowa, jest idealnym przeciwieństwem cierpiącego na bezsenność Marcela Prousta.

Wiemy, że Marcel przez długi okres wcześnie chodził do łóżka, sumiennie pisząc dziesiątki stronic zapełnionych długimi zdaniami, żeby zasnąć. W odróżnieniu od tego Obłomow przez cały dzień wyleguje się w łóżku, czasem drzemiąc, czasem będąc przytomny; pochłania 150 stron nie po to, żeby zasnąć, ale żeby móc wstać. Gdy wreszcie zmuszony jest dźwignąć się z pościeli, nie spowijają go kojące kadencje Proustowskich zdań; nie jest rozmarzony, ale zły, a powód jego złości wydaje się oczywisty. Winę ponosi służący Zachar, który wreszcie stracił cierpliwość do swojego gnuśnego pana. Wściekłość Obłomowa wyraża się w krótkich bezpośrednich zdaniach, krzykach i niezdarnej próbie wymierzenia kary cielesnej.

Doskonale rozumiemy lenistwo Obłomowa – jego obłomowszczyznę, jego obłomowizm, jego obłomowitozę – jako następstwo cieplarnianego, bezpłodnego dzieciństwa albo jako metaforę upadku i apatii klasy panującej, którą reprezentuje. Jednak tak wąska egzegeza pomija rzecz najważniejszą: że mały Obłomow mieszka w każdym z nas, że pragniemy, by pozwolono nam obumierać w ten sposób przez resztę życia, by uwolniono nas od odpowiedzialności i trosk, byśmy mogli być – o, tak! – szczęśliwymi pasożytami.

Obłomow zdaje sobie sprawę, że jego położona daleko posiadłość przeżywa trudności, że powinien się zająć jej finansami, że powinien, naprawdę powinien, przebyć ponad tysiąc kilometrów, by na miejscu zadbać o wszystko. Ale nie! Niczym Bartleby, jego amerykański prekursor, woli bezczynność. I znów, choć jest zakochany, a młoda Olga to zachwycająca panna i naprawdę powinien się ożenić, odkłada decyzję, aż to ona za niego ją podejmuje, zrywając zaręczyny. Jest zwlekającym Hamletem i Bartlebym, jest każdym z nas. Patrzymy na świat i też pragniemy się schować. Obłomow chowa się za nas. Patrzymy na płeć przeciwną i czujemy się obezwładnieni. Obłomow wycofuje się w naszym imieniu. Zdajemy sobie sprawę ze swoich problemów, ale pragniemy odsunąć je jak najdalej od siebie. Obłomow odsuwa problemy daleko, nie chce się z nimi skonfrontować, a my pragnęlibyśmy postąpić tak samo, tyle że nie możemy. Obłomowszczyzna usprawiedliwia i tłumaczy nasze lenistwo.

 Linda Evangelista

Linda jest supermodelką. A właściwie supersupermodelką. Oto ważne informacje na jej temat:

  • w branży nazywają ją Kameleonem, ale nie zachowuje się podstępnie jak jaszczurka.
  • kiedyś nazwano ją założycielką „związku zawodowego” supermodelek, lecz tak naprawdę żadne takie stowarzyszenie nie istnieje.
  • w 1990 r. powiedziała Jonathanowi Van Meterowi, dziennikarzowi „Vogue’a”: My (supermodelki) nie budzimy się za mniej niż dziesięć tysięcy dolarów dziennie. Często błędnie przytacza się to zdanie jako: Nie wstajemy z łóżka za mniej niż dziesięć tysięcy dolarów dziennie.
  • niezależnie od tego, którą z wersji tej wypowiedzi wybierzemy, łączą się w niej trzy z siedmiu grzechów głównych: Superbia, Avaritia Accidia, a więc pycha, chciwość i lenistwo, podczas gdy normalna reakcja na te słowa, a nawet na samą Lindę Evangelistę, może łączyć Luxurię, InvidięIrę, czyli pożądanie, zazdrość i gniew. Nie ma tylko Guli, a więc łakomstwa. Ale i tak jest nieźle!

 
Obłomow i Linda Evangelista

Wyobrażam ich sobie, jak leżą obok siebie w osobnych łóżkach w wypełnionej światłem i kwiatowymi perfumami sypialni w stylu rokoko. Obłomow ze wszystkich sił stara się nie czytać doniesień o pilnych problemach natury finansowej, które przynosi mu służący. Linda udaje, że śpi, w rzeczywistości czeka na telefon z ofertą pracy za ponad dziesięć tysięcy dolarów, żeby mogła wstać. Dzwoni telefon. Okazuje się, że propozycja przeznaczona jest dla Obłomowa.

Dostanie dziesięć tysięcy pod warunkiem, że wstanie z łóżka. Zaoferowana kwota jest na tyle duża, że spłaciłby długi obciążające jego posiadłość i mógłby sobie dalej beztrosko leżeć. Odrzuca jednak propozycję. – Nie mam ochoty – mówi. Oboje pozostają w łóżkach. Obłomow jest zadowolony i senny. Linda czuje się nieszczęśliwa i spięta, wybałusza oczy. Ale, jak powiedział Heraklit, charakter człowieka jest jego przeznaczeniem, więc oboje znajdują się w sidłach tego straszliwego fatum, jakim jest bycie sobą. Dzień upływa leniwie. – Leżymy tutaj – mówią cicho, niemalże przywołując słowa Marcina Lutra z soboru w Wormacji: Nie mogę inaczej. Nie poruszają się. Służący Zachar przynosi jedzenie na pogiętej srebrnej tacy. Ale oni, z różnych powodów, trwają w Accidii, grzechu lenistwa. Linda – ponieważ nie doczekała się telefonu, Obłomow – pomimo tego, że się doczekał, więc nie zamierzają jeść.

 

Salman Rushdie (ur. w 1947 r. w Bombaju), brytyjski pisarz i eseista pochodzenia hinduskiego. Po niezauważonym debiucie („Grimus”, 1975) zdobył rozgłos powieścią „Dzieci północy” (1981), za którą otrzymał Nagrodę Bookera. W 1989 r. publikacja jego „Szatańskich wersetów” wywołała protesty wielu społeczności muzułmańskich, dopatrujących się w niej parodii Koranu. Irański przywódca ajatollah Chomeini rzucił klątwę na pisarza i wezwał do zabicia go, wyznaczając nagrodę za jego głowę. Przez pewien czas Rushdie musiał żyć w ukryciu. W 1998 r. rząd Iranu zdystansował się od fatwy, ale nigdy nie została oficjalnie wycofana. Do innych książek pisarza należą m.in. „Ostatnie westchnienie Maurów”, „Furia”, „Ziemia pod jej stopami”, „Czarodziejka z Florencji”. W 2007 r. Rushdie otrzymał brytyjski tytuł szlachecki, co ponownie wywołało oburzenie świata islamu.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Współczesny

Po co właściwie żyjemy? Jaki jest sens życia?

Cóż bardziej jałowego niż pytanie o sens życia? Brzmi patetycznie, a nawet infantylnie. Dorośli unikają takiej frazeologii, jedynie młodzież czasami na nią się jeszcze nabiera. Tylko właściwie dlaczego pytanie o sens życia wzbudza zażenowanie?

Jan Hartman
25.09.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną