Obama świat rozbraja

Głowice na kotwicach
Tylko dziewięć państw ma bombę atomową, aż 38 dysponuje uranem i plutonem o wartości bojowej. Barack Obama zgromadził ich przywódców na szczycie w Waszyngtonie.
Próbne uderzenie wielopociskową głowicą Minuteman na Wyspach Marshalla
Solipsist/Wikipedia

Próbne uderzenie wielopociskową głowicą Minuteman na Wyspach Marshalla

To było największe spotkanie, z inicjatywy amerykańskiego prezydenta, od 1945 r., gdy Franklin Delano Roosevelt zaprosił ówczesnych przywódców na zjazd założycielski ONZ. Tym razem cel był znacznie skromniejszy: namówić zgromadzone rządy, by w ciągu czterech lat umieściły wszystkie materiały rozszczepialne pod kluczem. Ranga spotkania oddaje skalę zagrożenia, jakie Ameryka widzi w terroryzmie atomowym – groźbie, że Al-Kaida zdobędzie głowicę jądrową albo zbuduje brudną bombę, czyli połączy materiał radioaktywny ze zwykłym ładunkiem wybuchowym. Ale szczyt w Waszyngtonie to także symbol ambicji USA w dziedzinie rozbrojenia atomowego, najważniejszego przedsięwzięcia Baracka Obamy w polityce międzynarodowej.

Uran na celowniku

Na świecie jest 1,75 mln kg wysokowzbogaconego uranu i 250 tys. kg plutonu o wartości bojowej. Ładunki zamknięte w głowicach i bombach atomowych to tylko ułamek tych śmiercionośnych rezerw; ogromna większość to materiał rozszczepialny luzem – wyprodukowany na zapas w czasach zimnej wojny, wyjęty z reaktorów atomowych lub odzyskany przy złomowaniu głowic i bomb. Paradoksalnie, ten zbędny uran i pluton stanowi dziś znacznie większe zagrożenie niż broń atomowa – ta bowiem jest pilnie strzeżona. Poza tym, nawet gdyby została skradziona, osobom niepowołanym trudno byłoby wyjąć z niej materiał radioaktywny, nie mówiąc już o odpaleniu głowicy czy bomby. Z punktu widzenia terrorysty znacznie łatwiejszym rozwiązaniem byłaby kradzież samego uranu.

Próby już były. W listopadzie 2007 r. grupa zamaskowanych napastników weszła na teren ośrodka Pelindaba pod Pretorią, gdzie w latach 70. ówczesne władze RPA prowadziły tajny program jądrowy, a obecne przechowują pół tony wysokowzbogaconego uranu. Do najpilniej strzeżonego obiektu w kraju wdarli się zawodowcy: pokonali elektryczne ogrodzenie pod napięciem 12 tys. wolt, po czym zajęli centrum sterowania systemami bezpieczeństwa. W tym czasie na teren ośrodka weszła druga grupa, mająca zapewne dokonać samej kradzieży, ale obie zawróciły po bójce ze strażnikiem. Napastnicy znikli, zanim ktokolwiek zdołał ich zatrzymać, a trzy lata później wciąż nie wiadomo, kim byli. Jasne jest tylko to, że musieli mieć wspólników wewnątrz Pelindaby.

Od 1993 r. odnotowano 18 potwierdzonych przypadków kradzieży lub zgubienia materiałów rozszczepialnych. Rzeczywista liczba takich incydentów jest na pewno znacznie wyższa, bo rządy, jeśli tylko mogą, utrzymują je w tajemnicy.

Krajem najbardziej zagrożonym kradzieżą jest Rosja, która ma nie tylko największe, ale też najbardziej rozproszone zasoby uranu i plutonu. Do tego dochodzi korupcja i niedofinansowanie poradzieckich ośrodków atomowych, gdzie składuje się materiały rozszczepialne. W 2006 r. w Tbilisi złapano Rosjanina, usiłującego sprzedać uran o wartości bojowej. Przy sobie miał niespełna 100 g, w ofercie dwa do trzech kilogramów. Próbkę przyniósł w torebce plastikowej – uran nie jest silnie promieniujący i nie wymaga specjalnych pojemników.

Klub atomowy

Problemy z bezpieczeństwem nuklearnym ma nawet Ameryka. W lutym tego roku sześciu działaczy pokojowych sforsowało ogrodzenie bazy lotniczej Kleine-Borgel w Belgii, gdzie stacjonują amerykańskie bombowce strategiczne, i nienękani przez nikogo wałęsali się przez 40 minut po pasie startowym. Ponieważ nie znalazł się nikt, kto chciałby ich aresztować, poszli do pobliskich bunkrów, gdzie mogła znajdować się broń atomowa, i dopiero tam, półtorej godziny po wtargnięciu na wojskowy teren, trafili na pojedynczego strażnika. Było to już drugie włamanie do Kleine-Borgel, gdzie regularnie odbywają się protesty przeciw stacjonowaniu w Belgii broni atomowej. W 2001 r. złapano członka Al-Kaidy, który szykował atak bombowy na bazę.

Zamach z użyciem materiałów radioaktywnych wydaje się dziś wydumanym zagrożeniem. Ale równie nisko oceniano ryzyko ataku z użyciem samolotów pasażerskich przed 11 września 2001 r. Wtedy Amerykanów zgubił brak wyobraźni i zignorowanie ostrzeżeń. Faktem jest też, że o brudnych bombach mówi się od dekady, a do takiego ataku dotychczas nie doszło. Ale może to wynikać z podjętych działań: na przejściach granicznych, w portach i lotniskach na całym świecie pojawiły się wykrywacze promieniowania, w centrach wielu stolic działają tajne stacje monitorujące. Teraz Amerykanie chcą zmniejszyć ryzyko, że terroryści w ogóle zdobędą materiały rozszczepialne, a przy okazji utrudnić to samo państwom wolnym od broni atomowej.

A tych wciąż ubywa. Mimo układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (NPT, patrz ramka) z 1968 r., klub atomowy powiększył się o czworo nieproszonych członków: Izrael, Indie, Pakistan i Koreę Płn. Kolejny – Iran – puka już do drzwi. Na dodatek, mimo zatrzymania globalnego wyścigu zbrojeń między Ameryką a Rosją, wybuchły regionalne wyścigi atomowe; najgroźniejszy w Azji Południowo-Wschodniej między Indiami a Pakistanem. Na kilka dni przed szczytem w Waszyngtonie CIA puściła przeciek o tym, że rząd w Islamabadzie uruchomił nowy reaktor do produkcji plutonu. Według Pakistańczyków, to odpowiedź na amerykańską pomoc dla Indii w energetyce nuklearnej. Jeśli Iran zdobędzie bombę, podobny, potencjalnie groźniejszy wyścig wybuchnie na Bliskim Wschodzie.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną