Ludobójstwo - trudne słowo

Tabu Turcji
Spór o historię to zasadniczy problem stosunków ormiańsko-tureckich.
Protest przed Konsulatem Generalnym Turcji w Los Angeles, kwiecień 2010 r.
BEW

Protest przed Konsulatem Generalnym Turcji w Los Angeles, kwiecień 2010 r.

Miliony Turków zasiadło 24 kwietnia przed telewizorami, by zobaczyć, czy prezydent Stanów Zjednoczonych opisując wydarzenia z 1915 r. nazwie je ludobójstwem. Jednak Obama, choć określił tragedię Ormian mianem „jednej z największych okropności” XX w., słowa „ludobójstwo” nie użył. Waszyngton nie mógł pozwolić sobie na to, by rozjuszyć sojusznika, który odgrywa coraz większą rolę na Bliskim Wschodzie, z Irakiem na czele, i który ma prawie 1800 żołnierzy w Afganistanie.

Gdy na początku marca komisja spraw zagranicznych amerykańskiej Izby Reprezentantów przegłosowała (jednym głosem) rezolucję określającą masakrę około 1,5 mln Ormian, „opracowaną i przeprowadzoną przez imperium osmańskie w latach 1915–1923”, mianem ludobójstwa, jeszcze tego samego dnia Ankara odwołała z Waszyngtonu swojego ambasadora. Rząd Erdogana zaczął się domagać od Białego Domu gwarancji, że ten nie dopuści do głosowania nad rezolucją przez całą Izbę. W przeciwnym wypadku, zaczęli insynuować politycy partii rządzącej, Turcja może ograniczyć jej współpracę z koalicją w Afganistanie i zamknąć Amerykanom dostęp do swojej bazy lotniczej w Incirlik na południu kraju (co niewątpliwie utrudniłoby przyszłoroczne wycofanie wojsk USA z Iraku). A turecki premier Recep Tayyip Erdogan zagroził, że gotów jest wydalić z Turcji wszystkich Ormian, którzy przebywają tam nielegalnie. „W naszym kraju mieszka 170 tys. Ormian – powiedział. – Tylko 70 tys. z nich to obywatele tureccy, ale tolerujemy pozostałe 100 tys. A wcale nie jestem zobowiązany ich tu trzymać”.

Wypowiedź Erdogana to ostatni rozdział długoletniej polityki, zgodnie z którą należało, czasami groźbami, przekonać zagraniczne rządy i parlamenty do nieuznawania ludobójstwa Ormian. W ciągu ostatnich dziesięcioleci Turcja zainwestowała ogromny kapitał polityczny w stosowne zabiegi dyplomatyczne, zwłaszcza w USA. Wielokrotnie groziła pogorszeniem stosunków z Waszyngtonem. Niedawno zaczęła też sugerować, że mieszanie się polityków do historycznego sporu stanie się gwoździem do trumny procesu pojednania z Armenią. Podsycając wśród Turków oczekiwania, że ich rząd podejmie drastyczne środki, jeżeli Amerykanie złamią tabu, Ankara zapędziła się jednak w kozi róg. Jak mówi Cengiz Aktar, profesor Uniwersytetu Bahceshir: – Wszystkie te dramatycznie brzmiące groźby ograniczyły wiarygodność naszej polityki zagranicznej.

Nieważne, czy Turcja blefuje. Ważne, że stwarza wrażenie kraju, którego stosunki z głównym sojusznikiem w NATO zależą od doboru słów amerykańskiego prezydenta w odległej kwestii historycznej. W dodatku przed wyborami Barack Obama, Joe Biden i Hillary Clinton – wszyscy wielokrotnie określili rzeź Ormian mianem ludobójstwa. A Obama nie byłby pierwszym urzędującym prezydentem, który użył tego słowa. W 1981 r. zrobił to Ronald Reagan.

Brzemię moralne

Od dziesięcioleci wśród Turków pokutuje przekonanie, że uznanie ludobójstwa otworzy drogę do ormiańskich roszczeń przeciwko państwu tureckiemu. Zgodnie z taką logiką można by podejrzewać, że w sądach ponad dwudziestu państw, które uznało ludobójstwo Ormian – a są wśród nich m.in. Polska, Francja, Niemcy, Szwecja i Rosja – aż roi się od ormiańskich pozwów. Jest jednak zupełnie odwrotnie. To, że Ormianie nie mają na co liczyć, potwierdził już w 1987 r. Parlament Europejski. Jak podkreślili ówcześni europarlamentarzyści, „z uznania tego historycznego wydarzenia jako aktu ludobójstwa nie mogą wynikać jakiekolwiek polityczne, prawne lub materialne roszczenia wobec Turcji”.

Korzystając ze złagodzonej cenzury i większej swobody wypowiedzi – jednych ze skutków procesu akcesyjnego z UE – coraz więcej tureckich liberałów zaczęło kwestionować oficjalną wersję „kwestii ormiańskiej”. Kilka lat temu grupa tureckich intelektualistów zwołała pierwszą swego rodzaju konferencję poświęconą losom Ormian w ostatnich latach imperium. Dwukrotnie odwoływana wskutek interwencji rządowych ministrów i tureckich prokuratorów, konferencja odbyła się wreszcie w stambulskim Uniwersytecie Bilgi we wrześniu 2005 r. Dowodem na to, że wśród Turków zaczęło pękać ormiańskie tabu, stała się też reakcja na zabójstwo Hranta Dinka, głównego orędownika turecko-ormiańskiego pojednania oraz założyciela i redaktora „Agos”, gazety 40-tysięcznej społeczności ormiańskiej w Stambule. Gdy 19 stycznia 2007 r. Dink zginął z rąk siedemnastoletniego nacjonalisty, przez Stambuł przetoczyły się ogromne demonstracje.

Półtora roku temu grupa Turków zamieściła w Internecie przeprosiny za „niesprawiedliwość i bezduszność”, jaką było i jest według nich „negowanie Wielkiej Katastrofy, której Ormianie doznali w 1915 r.”. Pod dokumentem złożyło swój podpis ponad 30 tys. osób. Turecki rząd pozostaje jednak głuchy na tego typu apele, dalej stawiając rzeź Ormian na równi z cierpieniem wszystkich obywateli imperium podczas pierwszej wojny światowej. „Nie można zapominać, że na wschodzie wskutek niedostatków zginęło 90 tys. tureckich żołnierzy, lub tego, że w wyniku tych samych warunków, które dotknęły deportowanych Ormian, zmarło też 3–4 mln osmańskich obywateli wszystkich wyznań”, głosi oficjalna publikacja tureckiego MSZ z 2005 r. 

Jak twierdzi turecki historyk Taner Akcam, Turcy odrzucają samą myśl, że po wydarzeniach z 1915 r. – niezależnie od tego, jak się je określa – miałoby na nich ciążyć jakiekolwiek brzemię moralne. „W Turcji nie przyjmuje się założenia, że to, co miało miejsce w 1915 r., mogło być w ogóle zbrodnią – mówił Akcam w wygłoszonym w 2005 r. wykładzie w USA. – Wersja oficjalna głosi, że państwo miało prawo do przesiedlenia swoich obywateli. Jeżeli część deportowanych zginęła, można to nazwać tragedią, ale nie przestępstwem; nie ma więc potrzeby prawnego lub moralnego potępienia”.

Tureckie mity

Nasuwa się porównanie z Serbią, której parlament przyjął niedawno rezolucję upamiętniającą mord popełniony w 1995 r. na ludności muzułmańskiej w Srebrenicy. Choć w tekście uchwały nie ma mowy o ludobójstwie, jest potępienie zbrodni, są kondolencje, są przeprosiny wobec rodzin ofiar. W Turcji podobny scenariusz w odniesieniu do Ormian jest wciąż nie do pomyślenia. Wyrazy skruchy podważyłyby to, co Halil Berktay, jeden z organizatorów konferencji z 2005 r., nazywa „mitem niepokalanego poczęcia” powstałej na gruzach imperium Republiki Tureckiej: „idei, że podczas gdy inne kraje mogły przeprowadzać czystki etniczne, nasz naród był zawsze uosobieniem cnoty, perfekcji i nieskazitelności”.

Nie ma się co spodziewać przeprosin ze strony państwa tureckiego – mówi Aktar, jeden z inicjatorów internetowego apelu z 2008 r. I dodaje, że nadzieje wiąże jedynie z tureckim społeczeństwem. – Tak długo, jak możemy swobodnie dyskutować, będziemy się posuwać naprzód – mówi. I przyznaje, że nie będzie to łatwe, bo od 90 lat tureckie szkoły serwują milionom Turków tę samą wersję historii zaprzeczającą zagładzie Ormian. Znalezienie wspólnej płaszczyzny między Turkami i Ormianami może być tym trudniejsze, że obie strony mają obsesję na punkcie jednego słowa. „Jak na spotkaniu z Ormianami mówię o masakrach z 1915 r. i nie używam słowa »ludobójstwo«, wszyscy Ormianie opuszczają salę – narzeka turecki historyk Murat Belge. – Jak go użyję, wychodzą wszyscy Turcy”.

„Od zajmowania się historią są historycy nie politycy” – powtarza turecki minister spraw zagranicznych Ahmet Davutou. Ma on nietypowego sojusznika w osobie Richarda Giragosiana, dyrektora Armeńskiego Centrum Studiów Narodowych i Międzynarodowych. – Nie potrzebuję, by amerykański Kongres czy amerykański prezydent mówił mi to, co już wiem – mówi Giragosian. Bo, jak twierdzi, prowadzona przez ormiańską diasporę walka o uznanie ludobójstwa jest błędna. I dodaje, że zarówno Kongres USA, Parlament Europejski jak i wszystkie inne parlamenty szkodzą nie tylko Ormianom, ale i Turkom: – Niepotrzebnie zakłócają proces normalizacji między Erewanem i Ankarą.

Bez przełomu

Trwający od dwóch lat proces zbliżenia, choć zaowocował w ubiegłym roku umową o ustanowieniu stosunków dyplomatycznych i ponownym otwarciu wspólnej granicy, znajduje się dziś w poważnych tarapatach. A jednym z powodów jest trwający konflikt między Armenią a „bratnim narodem” Turcji, Azerbejdżanem. Premier Erdogan stale podkreśla, że turecki parlament nie ratyfikuje porozumienia z Armenią, o ile nie dojdzie do przełomu w negocjacjach w sprawie znajdującego się pod kontrolą Ormian Górskiego Karabachu i sąsiadujących z nim azerskich rejonów. (To właśnie na znak solidarności z Azerbejdżanem w konflikcie o Karabach Turcja zamknęła w 1993 r. granicę z Armenią). Żaden przełom jednak się nie szykuje.

 Skoro Turcji nie udało się zmusić Ormian do ustępstw w kwestii Karabachu i w sprawie sporu o historię z 1915 r., październikowego porozumienia nie da się zapewne przepchnąć przez turecki parlament. Turcja powinna robić wszystko, by kontynuować proces pojednania – uważa Cengiz Aktar – musi jednak pogodzić się z tym, że porozumienie z Armenią nie zahamuje ormiańskiej kampanii na rzecz uznania ludobójstwa.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną