TROBRIANDY: "Życie seksualne dzikich" - wiek później

Dar magii ogrodowej
Po prawie 100 latach odwiedziliśmy wyspy, gdzie słynny antropolog Bronisław Malinowski zbierał materiały do swej „Życia seksualnego dzikich”.
Bronisław Malinowski na Kiriwina, 1915 r.
Rue des Archives/Forum

Bronisław Malinowski na Kiriwina, 1915 r.

Wodę morską nosi się do domu, by pozyskać z niej sól, na którą wielu nie stać.
Aleksandra Krzyżaniak-Gumowska/Polityka

Wodę morską nosi się do domu, by pozyskać z niej sól, na którą wielu nie stać.

Aleksandra Krzyżaniak-Gumowska/Polityka

Polityka

Czy wielbisz Boga swoim ciałem? – 18-letniemu Jonathanowi wydaje się, że zadał zupełnie naturalne pytanie. Przecież na niewielkich, ale słynnych Wyspach Trobrianda na południowym Pacyfiku wszyscy młodzi wielbią Boga ciałem. W rytmie gitar, kiedy jak co wieczór ożywa kościół Misji Zjednoczonego Kościoła. Młodzi ludzie na całe gardła gospelowymi głosami śpiewają po angielsku, krzyczą w kiriwina, wychwalają Boga. W słabym świetle lampy naftowej tańczą na bosaka, klaszczą nad głowami, podskakują. Wpadają w trans. Ich głos niesie się przez całą oświetloną księżycem wieś. Niezła impreza. Dlatego mało który małolat nie chodzi do kościoła.

Ale słynny antropolog Bronisław Malinowski najpewniej przewraca się w grobie: „Musimy sobie bowiem jasno uprzytomnić, że zasadniczy dogmat chrześcijański o Bogu, Ojcu i Synu, ofiara Syna i miłość synowska człowieka do swego Stwórcy – wszystko to w społeczeństwie matrylinearnym traci całe znaczenie i sens”. Chrześcijaństwo, jego zdaniem, nie pasowało do społeczeństwa trobriandzkiego. Jak wiele innych wpływów społeczeństwa zachodniego. Cywilizacji.

Malinowski miał 31 lat, kiedy w 1915 r. po raz pierwszy rozłożył namiot naprzeciwko chaty wodza w wiosce Omarakana na trobriandzkiej wyspie Kiriwina. I był to moment historyczny. Przez osiem miesięcy walczył ze sobą, komarami, upałem, palpitacjami serca, rzeczywistymi i wyimaginowanymi dolegliwościami, brakiem cywilizacyjnych wygód, nauką kiriwińskiego, własną i krajowców seksualnością, głupotą brytyjskich kolonizatorów. W sumie na Papui-Nowej Gwinei spędził dwa lata, zapisał się jako rewolucyjny twórca metody funkcjonalnej w naukach społecznych, znany ogółowi raczej dzięki „Życiu seksualnemu dzikich” niż któremuś z innych opasłych tomów o Trobriandach.

Antropolog już wtedy miał przemożne uczucie, że jest kronikarzem znikającego świata. Oceniał, że poukładany system kultury pierwotnej przetrwa co najwyżej dwa pokolenia. „To’uluwa jest obecnie wodzem wioski Omarakana i w gruncie rzeczy ostatnim wodzem wyspy Kiriwina, gdyż po jego śmierci już nie będzie następcy” – przewidywał. Jasno wskazywał winnych: jego „potęgę złamała interwencja urzędników rządowych oraz działalność misjonarzy”. Urzędnicy kolonialni byli już zadomowieni na wyspie od 10 lat, misjonarze metodyści – od 21.

Dobry dimdim

Wodza nie da się pomylić z nikim innym. Jako jedyny na werandzie siedzi na krześle, reszta – na plecionych matach. Jest poważny, skupiony, ale tak jak pozostali mężczyźni – w krótkich spodenkach i podkoszulku bez rękawów. Około siedemdziesiątki, ale nikt dokładnie nie wie, ile ma lat. W 1986 r. zastąpił wodza Waibadi, który rządził przed wodzem Vanoi, przed którym był Mitkata, siostrzeniec wodza To’uluwa. W skrócie – wódz Pulayasi Daniel jest nie tylko potomkiem w linii żeńskiej wodza To’uluwa, ale pomimo obaw Malinowskiego również naczelnym wodzem Wysp Kiriwina (jak w niepodległej Papui-Nowej Gwinei nazywają się Wyspy Trobrianda).

To jest tradycja – 54-letni Joseph Daniel, najmłodszy i ulubiony brat wodza, chudszy od niego, tak samo łysy i bardziej rozmowny, wyciąga zalaminowaną kserokopię zdjęcia z „Życia seksualnego dzikich”. Wyprostowany wódz To’uluwa w przepasce biodrowej opiera się o platformę przed swoim domem, niżej rozsiedli się jego synowie. Wszyscy z bujnymi czuprynami afro.

W Omarakanie niewiele się zmieniło od czasów Malinowskiego. Dachy, choć nie siegają już samej ziemi, nadal są budowane z twardych i wąskich liści pandanusa. Ściany, choć budowane na platformie na palach, a nie na ziemi – nadal z liści bananowca. Nie ma okien. Nie ma prądu, gazu, kanalizacji. Nie ma linii telefonicznych, nie działa żadna sieć telefonii komórkowej. Jest kilka wraków samochodów, żadnego działającego. Nie ma wychodków. Potrzeby, jak wówczas, załatwia się w krzakach.

To dzięki książkom Malinowskiego Omarakana jest sławna na cały świat – kiwa głową brat wodza. – Rodzice mówili, że był dobrym dimdimem, dobrym białym. Nie robił różnicy między białymi i czarnymi. Tu niedaleko stał jego namiot. Joseph prowadzi do brązowej tablicy pamiątkowej przed domem wodza. Napisy po polsku i angielsku: „wielki uczony, syn narodu polskiego, twórca nowoczesnej antropologii społecznej”. Ledwie dwa lata temu na tym miejscu stała palma, ale kiedy żeglarka Monika Bronicka i jej mąż Mariusz Delgas przypłynęli z tablicą, wódz się nie wahał i od razu kazał ściąć palmę.

Rajski Cement

Omarakana budzi się naprawdę wcześnie. Jeszcze kogut nie zdąży zapiać, a już słychać, jak ktoś zamiata podłogę. Jest 4 w nocy i Ellen, żona wodza, zapala lampę naftową na werandzie. Położyli się spać koło godz. 23. Już od 19 siedzieli przy lampach naftowych, jedli gotowaną kolację – yamy, taro, dynie, tuńczyka z puszki z ryżem. Potem przyszli bracia wodza, siostrzeńcy, mnóstwo dzieci.

Wódz sięga po czarną torbę zamykaną na zamek. Wyciąga orzecha betelowego, obiera zieloną skórę, rozgryza, żuje, dodaje z torby gorczycę i wapno – całość robi się czerwona. Poranny rytuał i jedyne uzależnienie wodza. Lekko stymulujący betel będzie żuł przez cały dzień. Ellen nie ma na to czasu, przynajmniej nie teraz. Z wodzem mieszka dopiero od kilku lat, odkąd umarła jego najstarsza żona – ta, która urodziła mu ośmioro dzieci. Dwie pozostałe żony mieszkają w osobnych domach – za kuchnią i domem siostry Ellen.

Przy To’uluwie, który miał 14, w porywach do 17 żon, cztery małżonki wodza Pulayasi mocno zasmuciłyby Malinowskiego. „Potęga wodza na Trobriandach opierała się głównie na bogactwie, które osiągnął i utrzymał dzięki instytucji poligamii” – pisał. To miało sens. Bracia mają obowiązek dostarczania darów mężowi siostry, czyli im więcej żon, tym wódz był bogatszy. Nadwyżki rozdawał na organizowanych festiwalach, przy pracach społecznych, uroczystościach. Umacniał swoją władzę. Ale urzędnicy kolonialni zakazali poligamii. Została jej namiastka.

Dom, w którym mieszka naczelny wódz Pulayasi, delikatnie mówiąc, różni się od innych domów w Omarakanie. Dach z blachy falistej, ściany zewnętrzne ze sztucznych włókien, wewnętrzne – z płyty wiórowej, jest piętro i spora weranda, która niebawem będzie wybetonowana stojącym w kącie cementem Paradise. Dom nowoczesny – mówią we wsi. Z wyglądu przypomina hangar, domy misji chrześcijańskich, szkół czy urzędów w Losuia, w centrum wyspy. Tylko niewiele misternie rzeźbionych i malowanych elementów wskazuje, że to bez wątpienia dom wodza.

Wybudował mu go jeden z synów, Brian Pulayasi. Nazwisko na Kiriwinie to po prostu imię ojca. Piętnaścioro dzieci wodza Pulayasi Daniela ma na nazwisko Pulayasi, a ojciec wodza miał na imię Daniel. 42-letni Brian Pulayasi w 2002 r. został wybrany w wyborach do parlamentu Papui-Nowej Gwinei, potem był ministrem szkolnictwa wyższego, prac badawczych, nauki i technologii. Nauczyciel z wykształcenia. – U nas status jest mierzony tym, co się robi dla rodziców i rodziny – uśmiecha się ciepło. Jest pulchniejszy niż ojciec, ma niewielki zarost i krótko przycięte kędzierzawe włosy.

Jednak podejrzewać Briana o to, że gardzi tradycją, byłoby błędem. – Wybudowałem też ojcu mniejszą wersję tradycyjnego domu. Stoi bliżej środkowego placu we wsi. To jedyna we wsi biało-czerwono-czarna chata ze skomplikowanymi rzeźbieniami, które na wyspie potrafi wykonać tylko trzech rzeźbiarzy. Może do niej wchodzić wódz i tylko wódz. Ale sypiają w niej raczej antropolodzy kulturowi, podążający śladami Malinowskiego – obcokrajowców nie dotyczy miejscowe tabu. Jak ich nie ma, chata jest zamykana na kłódkę, bo wódz woli spać w nowoczesnej.

Znikający yam

Na Kiriwinie żyjemy pomiędzy życiem zachodnim i tradycyjnym – wyjaśnia młodszy brat Briana, Mairawesi Pulayasi. Szczęściarz. Szkołę średnią skończył w Alotau na południu Nowej Gwinei, na studia inżynierskie poleciał do australijskiego Brisbane. Teraz pracuje w firmie energetycznej w Port Moresby. – W nasze życie wkrada się chaos. Nie znamy już tak dobrze kultury tradycyjnej i jednocześnie nie potrafimy uchwycić istoty nowego stylu życia. Młodzi powinni się zajmować ciężką pracą: ogrodnictwem, wycinaniem łodzi, sprzątaniem wsi. Starsi powinni nimi kierować. Mairawesi podkreśla, że dzięki temu, że jest synem wodza, lepiej rozumie tradycję. I młodych – bo sam ma dopiero 28 lat. – Tylko że młodzi – jak mówi Mairawesi – przestają spełniać swoją rolę. Słuchają Kościołów, rządu centralnego. W szkole uczą się, żeby zostać doktorami, inżynierami, księgowymi. Tylko że nie wszyscy zdają egzaminy. A i ci, którzy zdają, często nie mogą się dalej uczyć, bo ich rodziców nie stać na czesne.

95 proc. mieszkańców wyspy nie pracuje za pieniądze. A roczne czesne w jedynej szkole średniej na wyspie, wypuszczającej 300 absolwentów, wynosi 600 kina (nieco ponad 600 zł), a 900 kina z bursą. Mairawesi miał wsparcie pracującego brata nauczyciela, a na studia dostał stypendium. Wie, że edukacja szkolna to za mało: – Wracają do domu już prawie dorośli i nie chcą się uczyć od rodziców czy dziadków. Nie pasują już do wsi. Snują się pomiędzy miastami i Kiriwiną, mają dużo dzieci, których nie są w stanie utrzymać.

Wyspiarze żyją z uprawy yam. Yam, po polsku pochrzyn, bulwiasta roślina, gumowa w konsystencji i nijaka w smaku, to podstawa pożywienia wyspiarzy, którzy żyją z tego, co wyhodują. – Yam decyduje o życiu ludzi, ponieważ to yam ustanawia ich status, stosunki władzy, zapewnia bezpieczeństwo społeczne i spokój – wykłada wódz. Yam to też roślina mityczna.

W Omarakanie mamy najlepsze plony, ponieważ naczelny wódz ma największą moc i najlepsze ogrodowe formuły magiczne. Zna najskuteczniejszą magię ogrodową – bez zmrużenia oka wyznaje Joseph, chociaż też był dzisiaj na uroczystym śniadaniu u wodza, który podejmował pastora Zjednoczonego Kościoła. Nie widzi sprzeczności między magią i chrześcijaństwem. – Uważam, i takie samo zdanie ma wódz, że dostaliśmy szczególny dar od Boga – dar magii ogrodowej. Wiem, że na Zachodzie ludzie nie mieszają chrześcijaństwa i magii, ale my zostaliśmy przez Boga wybrani. To Bóg dał nam magię. Dlatego nie ma tu żadnej sprzeczności.

W Omarakanie, tak jak sto lat wcześniej, plony są najlepsze na całej wyspie, ale jednak coraz gorsze. – Kiriwina jest przeludniona – martwi się Joseph, ale przecież niemal każdy to powtarza. – Za czasów Malinowskiego na wyspie mieszkało 10 tys. ludzi, teraz 36 tys. Już nie ma gdzie zakładać nowych ogrodów. Zdarzają się kradzieże yamu – ścisza głos – bo wszyscy wiedzą, że Kiriwina to wyspa miłości, że tu nikomu żadna krzywda stać się nie może.

We wrześniu ogólnopapuaski dziennik „Post Courier” alarmował, że Trobriandczycy głodują, bo zaczyna brakować nawet yamów. – Ale nasi ludzie nie głodują z powodu niedostatku żywności! – stanowczo zaprzeczali na specjalnej konferencji w stolicy kraju prezydent i wiceprezydent lokalnego rządu na Kiriwinie. Oprócz 13 wodzów z Pulayasi na czele na wyspie rządzi jeszcze 33 wybieranych radnych, prezydent i wiceprezydent. – Mamy słodkie ziemniaki, tapiokę, taro. Tylko zbiory yamu są coraz gorsze. Mniej odkłada się na sadzonki, mniej z nich zbiera, znów mniej odkłada. Koło się zamyka.

A bez yamu nie można nawet zawrzeć małżeństwa, bo rodzice panny młodej powinni rodzinie pana młodego podarować kosz yamu właśnie. Lokalny rząd zamówił sadzonki yamu i nawozy, ale będą dopiero po lipcowych zbiorach. Wtedy też powinien się odbyć festiwal – z nadwyżek yamów oddawanych wodzowi. I konkurs na najlepszego ogrodnika. Ale od kilku lat minifestiwal funduje Serah Clark, właścicielka jednego z dwóch pensjonatów na wyspie. Bo na tradycyjny nie starcza środków.

Wizje Briana

Brian Pulayasi to nie tylko polityk, który w ostatnich wyborach nie dostał się do parlamentu, ale i wizjoner. – Zakładamy Stowarzyszenie Przemysłu Turystycznego Wyspy Kiriwina – ogłasza z dumą. – Chcemy rozwijać turystykę w sposób planowy i kontrolowany. Nie chcemy na wyspie pięciogwiazdkowych hoteli – nie sądzę, żeby mieszkańcy byli na nie gotowi. Mamy wiele do zaoferowania i zamiast niszczyć to wszystko, zaproponujemy turystykę ekologiczną.

Na wyspie jest obecnie trzech turystów. – Rocznie nie będzie nawet setki – wzdycha Brian. – Nie liczę oczywiście antropologów, badaczy i organizacji pozarządowych. Ze dwa razy do roku przypływa wycieczkowy statek z 2 tys. pasażerów, z czego setka schodzi na ląd. Zarabiają rzeźbiarze na sprzedaży hebanowych szpatułek betelowych i lasek oraz tancerze w tradycyjnych strojach na „pokazie kultury”.

Turystyka ekologiczna miałaby przyciągnąć więcej turystów i jednocześnie dać zajęcie miejscowym. – Trzeba spisać nasze tradycje, zasady, wartości i przekazywać je dzieciom. Najlepiej już w szkołach podstawowych. To rola dla wykształconych Kiriwińczyków – tłumaczy Brian. Wykształconych jak młodszy brat – inżynier Mairawesi, który opowiada, jak po studiach w Brisbane na dwa lata wrócił do wsi i zaczął uprawiać yam. – Ludzie ciągle się dopytywali, kiedy wyjeżdżam. W ich pojęciu, jak ktoś skończył szkołę, to wyjeżdża i ewentualnie przysyła rodzinie pieniądze. A ja wróciłem, żeby im pokazać, że wiedza zdobyta w szkole i na studiach może im pomóc zostać lepszymi ogrodnikami. Wiem, że uprawianie yamu nie jest rozwiązaniem długofalowym ze względu na brak ziemi, ale mój pomysł jest taki, żeby pozwolić ludziom wrócić do tego, co potrafią robić najlepiej.

 

W artykule korzystałam z fragmentów „Życia seksualnego dzikich w północno-zachodniej Melanezji” (PWN 1980, tłum. Józef Chałasiński i Andrzej Waligórski).

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną