Irańska rewolucja po roku

Strażnicy interesów
Mija pierwsza rocznica masowych protestów, które miały doprowadzić do rewolucji demokratycznej w Iranie. Rewolucja, owszem, dokonała się, ale zupełnie inna.
Parada w Teheranie z okazji Dnia Armii, kwiecień 2010 r.
FOTOLINK/EAST NEWS

Parada w Teheranie z okazji Dnia Armii, kwiecień 2010 r.

Liderzy irańskiej opozycji Mir Hosejn Musawi i Mehdi Karrubi w ciągu ostatnich tygodni kilkakrotnie apelowali do Irańczyków o udział w demonstracjach 12 czerwca. W protestach po sfałszowanych wyborach prezydenckich na ulice irańskich miast wyszły rok temu setki tysięcy ludzi. Około 80 osób zginęło w starciach z siłami bezpieczeństwa. W tym roku powtórki raczej nie będzie, bo opozycja jest rozbita. Represje, które spotkały zarówno jej liderów, jak i szeregowych sympatyków, sprawiły, że apel Musawiego i Karrubiego może przejść bez większego echa. Jak bardzo mieszanka strachu i niewiary w zwycięstwo paraliżuje Irańczyków, pokazały marcowe obchody Nowruz, perskiego Nowego Roku.

Dzień ten był zawsze dla Irańczyków okazją do demonstracji politycznych. Po rewolucji 1979 r. obchody przedislamskiego święta Nowruz z definicji były antyrządowe, skierowane przeciwko władzy ajatollahów. W Nowruz Irańczycy wychodzą na ulice, żeby tańczyć i skakać nad rozpalonymi ogniskami, tradycją jest też wysyłanie sobie kartek i obdarowywanie się prezentami. W tym roku liderzy zielonej opozycji poprosili Irańczyków tylko o jeden prezent – aby stawili się masowo na demonstracjach przeciwko władzy Mahmuda Ahmadineżada. 20 marca, bo na ten dzień w tym roku przypadał Nowruz, opozycja spodziewała się setek tysięcy, a może milionów Irańczyków.

Okrakiem na płocie

Prezentu jednak nie dostała. Policja co prawda zatrzymała kilkudziesięciu sprawców „niepokoju publicznego”, ale głównie za niebezpieczne obchodzenie się z petardami. Brak antyrządowej mobilizacji podczas Nowruz potwierdza trend widoczny w Iranie od niemal pół roku. Nie udały się masowe demonstracje 11 lutego, w kolejną rocznicę rewolucji islamskiej. Nie powiodły się również protesty 27 grudnia, z okazji Aszury, najważniejszego święta szyitów. Nie udało się w końcu opozycji zorganizować dużych demonstracji w trzeci, siódmy i czterdziesty dzień po śmierci (zgodnie z muzułmańską tradycją wspominania zmarłych) ważnego bohatera opozycji, wielkiego ajatollaha Hosejna Alego Montazeriego.

Za powolną porażką zielonej rewolucji przemawia również zachowanie Akbara Haszemiego Rafsandżaniego. Niegdyś najbliższy współpracownik Ruhollaha Chomeiniego, a później wieloletni prezydent Iranu, od lat uchodzi za szarą eminencję irańskiej polityki. Gdy podczas kampanii przed sfałszowanymi wyborami Ahmadineżad ostro go zaatakował, oskarżając m.in. o korupcję, opozycja była przekonana, że zyska potężnego sojusznika. Miesiąc po wyborach Rafsandżani wygłosił kazanie na uniwersytecie teherańskim, w którym rozpaczał, że państwo straciło zaufanie do swoich obywateli, setki demonstrantów wciąż są w więzieniach, a Iran jest pośmiewiskiem swoich wrogów.

Rafsandżani to zdolny aktor. Niemal dokładnie 10 lat temu przemawiał w tym samym miejscu, z tą różnicą, że wtedy potępiał protestujących przeciwko władzom studentów (nazwał ich bydłem) i chwalił policję za sprawną pacyfikację miasteczka studenckiego (jeden zabity i 77 zaginionych). Jak określił to znany irański politolog Ali Ansari, Rafsandżani przez ostatnie miesiące „siedział okrakiem na płocie” – obserwował rozwój wydarzeń, nie chcąc opowiedzieć się po przegranej stronie. Mimo swoich oficjalnych obowiązków (Rafsandżani jest szefem Zgromadzenia Ekspertów, jednego z najważniejszych organów państwowych), na wiele tygodni zniknął z życia publicznego.

Dziś już nie ma wątpliwości, którą stronę wybrał Rafsandżani. 25 lutego, ramię w ramię z Najwyższym Przywódcą Alim Chameneim, zarzucił opozycji wysługiwanie się Zachodowi i zaapelował o „jedność wśród oddanych synów rewolucji islamskiej”. 4 marca, w urodziny proroka Mahometa, poszedł krok dalej – stanął na trybunie obok Ahmadineżada, który jeszcze niedawno wymyślał mu od zdrajców. Decyzja Rafsandżaniego o poparciu reżimu i odcięciu się od opozycji nie wynika z wyrachowania. Jest dowodem rozpaczy bezsilnego polityka, który przez lata był głównym rozgrywającym irańskiej polityki, a dziś patrzy, jak 30 lat po rewolucji islamskiej dobiega końca pełzający zamach stanu. Zamach, w którym rewolucyjne pokolenie Rafsandżaniego ostatecznie traci władzę w Iranie.

Korporacja formacji

W ostatnim półroczu, kiedy Zachód gorąco kibicował zielonej rewolucji, a Amerykanie snuli nawet plany obalenia teherańskiego reżimu przy pomocy zielonej opozycji, w Iranie niepostrzeżenie dokonała się prawdziwa rewolucja. Ubiegłoroczne zwycięstwo Ahmadineżada w wyborach i pierwsze miesiące jego drugiej kadencji zamykają klamrą proces przejmowania władzy w Iranie przez gigantyczny konglomerat wojskowo-biznesowy, którego publiczną ekspozyturą i jednocześnie organem zarządzającym są pasdaran, Strażnicy Rewolucji, niegdyś paramilitarna organizacja broniąca młodej Republiki Islamskiej, a dziś jedna z największych korporacji na Bliskim Wschodzie.

Prawdziwymi przegranymi ubiegłorocznych wyborów nie są młodzi ludzie, którzy stanęli murem za pokonanym Musawim, a potem tygodniami demonstrowali na ulicach Teheranu. W tamtych wyborach ostateczną porażkę poniosło rewolucyjne pokolenie 1979 r. Strażnicy Rewolucji krok po kroku usuwają z irańskiego życia politycznego kolejnych przywódców tej grupy. Trudno inaczej opisać ostatnie pięć lat rządów Ahmadineżada – w 2005 r. triumf tego mało znanego burmistrza Teheranu nad starszym o pokolenie wielkim Rafsandżanim mógł się wydawać niespodzianką, ale był tylko pierwszym aktem skoku na władzę. Strażnikom Rewolucji najwyraźniej przestały już wystarczać same pieniądze.

Ahmadineżad to były brygadier tej formacji, podobnie jak 14 z 21 ministrów jego rządu. Byłymi Strażnikami są też przewodniczący parlamentu Ali Larindżani i obecny burmistrz Teheranu Mohammed Baker Kalibaf. Strażnikiem był również szef irańskiej policji. Od momentu przejęcia władzy przez Ahmadineżada firmy powiązane ze Strażnikami dostały już ponad 750 rządowych kontraktów, najwięcej w budownictwie i sektorze surowcowym. Dzięki państwowym koncesjom i wycofaniu się z kraju zachodnich korporacji Strażnicy są dziś monopolistami w wydobyciu gazu i ropy naftowej. Kontrolują też eksport tych surowców. To podobna ewolucja jak przejęcie władzy przez ludzi KGB w Rosji.

Atom i narkotyki

Na początku roku największa firma związana ze Strażnikami – Chatam al-Anbija – bez przetargu dostała rządowy kontrakt wartości ponad 5 mld dol. na eksploatację ogromnego złoża gazowego Południowy Pars po tym, jak Teheran pozbył się europejskich korporacji, które już zaczęły tam inwestować. Tylko w tym roku firmy powiązane ze Strażnikami dostały bez przetargu kontrakty na budowę autostrad i gazociągu o łącznej wartości ponad 4 mld dol. Kilka miesięcy temu inna firma Strażników – Etemad-e Mobin – „wygrała” największy przetarg w historii Iranu na większościowy pakiet irańskiego monopolisty telekomunikacyjnego, wart ok. 5 mld dol. Kilka godzin przed ogłoszeniem wyników wszystkie firmy niezwiązane ze Strażnikami zostały zdyskwalifikowane... „ze względów bezpieczeństwa narodowego”.

Z tych samych względów Strażnicy przejęli w ostatnich latach największego producenta aut Iran Chodoro, giganta transportu morskiego Middle East Tidewaters, a także teherańskie lotnisko i kilka portów nad Zatoką Perską, dzięki czemu handlują z zagranicą bez płacenia ceł. Według zachodnich analityków, w wyniku tej serii transakcji, od momentu przejęcia władzy przez Ahmadineżada, udział firm powiązanych ze Strażnikami w irańskim PKB zwiększył się z ponad 30 do prawie 70 proc. Zachodnie sankcje gospodarcze są wymierzone przede wszystkim w te właśnie przedsiębiorstwa, których sieć opanowała irańską gospodarkę niczym mafia.

Sankcje godzą w ich interesy, ale też je napędzają. Firmy powiązane ze Strażnikami sprowadzają do Iranu towary zakazane nie tylko przez Radę Bezpieczeństwa, ale także władze rewolucyjne – jak alkohol, narkotyki, anteny satelitarne czy muzykę popularną. Tymi samymi czarnorynkowymi kanałami eksportują też to, czego Iranowi oficjalnie nie wolno sprzedawać. Zarabiają również na zleceniach od armii – to do nich, jako najbardziej zaufanych ludzi reżimu, trafiają kontrakty na budowę obiektów do programu nuklearnego, zapewne także na sprowadzanie technologii atomowych. Strażnicy muszą zarabiać krocie, skoro wielu z nich stać na wille nad Morzem Kaspijskim i konta w szwajcarskich bankach.

Przez lata duchowi i polityczni spadkobiercy Chomeiniego byli przekonani, że obrona rewolucji wymaga naginania zasad i dlatego przymykali oko na biznesowe ekscesy Strażników. Ale ci kilka lat temu poczuli się na tyle silni, że postanowili pozbyć się starej gwardii, zachowując na urzędzie jedynie listek figowy w osobie Najwyższego Przywódcy Chameneiego. Z formalnego punktu widzenia Strażnikom nie można niczego zarzucić: krajem rządzi duchowny, a oni tylko wykonują jego rozkazy. Ale Chamenei jest w rzeczywistości ich zakładnikiem.

Autorytet na dnie

Po śmierci Chomeiniego w 1989 r. ten średniej rangi duchowny został prawie zmuszony do objęcia stanowiska Najwyższego Przywódcy. Zrobił to ówczesny prezydent Rafsandżani, by zepchnąć na boczny tor powszechnie szanowanego wielkiego ajatollaha Montazeriego, którego Chomeini jeszcze za życia namaścił na swojego następcę. Pozbawiony politycznego zaplecza Chamenei stał się marionetką w rękach prezydenta, który w ten sposób przez ponad 10 lat niepodzielnie rządził Iranem. Ale marionetka się wyemancypowała. Chamenei doszedł prawdopodobnie do wniosku, że nie ma szans na samodzielność, pozostając pod kuratelą Rafsandżaniego. I zdradził.

Koronnym dowodem zdrady Chameneiego było wyraźne opowiedzenie się po stronie Ahmadineżada podczas kampanii przed wyborami prezydenckimi w 2005 r., w których głównym rywalem był właśnie Rafsandżani. Ostatnie wybory prezydenckie były już tylko potwierdzeniem podległości Najwyższego Przywódcy Strażnikom. Jeszcze przed ogłoszeniem oficjalnych wyników Chamenei pogratulował zwycięstwa Ahmadineżadowi. To właśnie Chamenei groził palcem protestującej opozycji, czyli też poniekąd samemu Rafsandżaniemu, który wyraźnie sympatyzował wtedy z przegranym Musawim.

Chamenei mógł się tak zachować, bo ma pełne poparcie Strażników. Pytanie brzmi: jak długo będzie im jeszcze potrzebny? Ideologia islamskiej rewolucji, obecnie używana przez Strażników głównie do nabijania kieszeni, w końcu zupełnie straci społeczną wartość. Już dziś autorytet Najwyższego Przywódcy wśród prodemokratycznej części społeczeństwa sięgnął dna. Strażnicy w końcu dojdą do wniosku, że zdewaluowana ideologia jest już tylko niepotrzebnym balastem przy robieniu interesów. I postanowią porozumieć się z opozycją: w zamian za nietykalność majątkową zaoferują jej udział we władzy i zyskach. A ideologię się wyrzuci.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną