Afganistan-tour, czyli turystyka ekstremalna

Kabul all inclusive
Afgańska pieczątka w paszporcie to upragnione trofeum dla tych, którzy widzieli już wszystko. Chętnych na wycieczkę nie brakuje.
Gideon Tsang/Flickr CC by SA

Gideon Tsang/Flickr CC by SA

To było dwa lata temu, w centrum Kabulu. Wysoki mur, kamery i strażnik z AK 47 odgradzały zamieniony w twierdzę dom od kabulskiej ulicy. Był środek nocy i gdyby nie generator, trzeba by rozmawiać po ciemku, siedząc na dywanie w patio. – Matthew Leeming z Londynu, zajmuję się turystyką – przedstawił się z angielską flegmą szczupły brunet, którego przywiozła z lotniska terenowa Toyota. – Polacy? Znam Radka Sikorskiego z Oksfordu. To on zaraził mnie Afganistanem. Przyjeżdżam tu regularnie.

Leeming twierdził, że późnym latem 2001 r. spotkał w jednym z kabulskich hosteli dwóch podających się za dziennikarzy wysłanników Al-Kaidy. Tych samych, którzy kilka dni później zdetonowali ukrytą w kamerze bombę, zabijając Ahmeda Szaha Massuda, legendarnego przywódcę Sojuszu Północnego. To tylko jedna z setek przygód, jakie przeżył w czasie swoich podróży. – Afganistan to piękny kraj, do tego ta aura dzikiego miejsca. Gdy talibowie zniknęli, pomyślałem, by ściągnąć tu turystów.

Tak w 2004 r. powstała agencja turystyczna Omrani, Leeming and Tidman. W programie wycieczek zakupy na kabulskiej Chicken street, podróż do szczątków wysadzonych posągów Buddy w dolinie Bamjan, zwiedzanie mauzoleum Massuda w dolinie Panczsziru i spacer ulicami starożytnego Heratu, którego minarety dwieście lat temu urzekły Byrona. Prężnie rozwijający się Kabul nie tonie już nocą w ciemnościach, Leeming handluje dziś paliwem, a turystyczne interesy przejął jego afgański wspólnik. W coraz bardziej niebezpiecznym kraju turystów jest mniej, co nie oznacza, że całkiem zniknęli.

Turysta z plecakiem

W latach 60. i 70. pachnący haszyszem Afganistan leżał na szlaku hipisowskich wypraw z Europy do Indii. Później przyszła wojna, hipisi odeszli, jednak magia została. Na mapie świata takich miejsc – niebezpiecznych, ale turystycznie pociągających – jest więcej. Turystów widuje się w Korei Północnej, Arabii Saudyjskiej, Jemenie, Algierii, Demokratycznej Republice Konga. Często łączy ich jeden atrybut: przewodnik wydawnictwa Lonely Planet.

Jego założyciel Tony Wheeler wziął za życiowe motto słowa Benjamina Franklina: „Ludzie, którzy dla tymczasowego bezpieczeństwa rezygnują z podstawowej wolności, nie zasługują ani na bezpieczeństwo, ani na wolność”. Lonely Planet stworzyło nowy typ turysty z plecakiem. Backpaker unika kurortów, jeździ lokalnymi środkami lokomocji lub autostopem, je tam, gdzie miejscowi, śpi w tanich hostelach lub pod gołym niebem. Jego wyprawy to nie tyle turystyka, co edukacja przez podróżowanie. Wśród młodych, niekoniecznie zamożnych mieszkańców Zachodu popularny jest gap-paking (od angielskiego gap – przerwa), czyli roczna podróż dookoła świata po ukończeniu studiów, a przed rozpoczęciem kariery zawodowej.

Psychiczny reset

Druga grupa amatorów ekstremalnej turystyki to 40, 50-latkowie z ugruntowaną pozycją zawodową i głową pełną podróżniczych wspomnień z młodości. Najczęściej korzystają z usług doświadczonych przewodników, takich jak Tomasz Kamiński, absolwent orientalistyki, tłumacz przysięgły dari, autor książki o Afganistanie. Po raz pierwszy odwiedził ten kraj jako stypendysta jeszcze w latach 70. Teraz dwa razy w roku zbiera niewielką grupę śmiałków i jedzie do Azji Środkowej. Jego klienci to przeważnie lekarze, prawnicy, artyści, często zza granicy. Brakuje im adrenaliny, mają za to pieniądze. Dwutygodniowy wyjazd to koszt co najmniej 4 tys. euro. Po co to robią?

Kamiński mówi, że chodzi o pokonywanie kolejnych granic i psychiczny reset. – Można jechać do raju na Malediwach, ale po tygodniu chce się wyć. Ostatni raz był w Azji w marcu z grupą dziesięciu klientów. Zwiedzili stolicę i sporą część północnego Afganistanu. Spali u chazarskich górali; targowali się o burki na bazarach; jedli afgański pilaw; wyjątkowo niebezpieczne rejony omijali na pokładzie samolotu afgańskich linii Ariana; wynajętym japońskim busem na łysych oponach przejechali przez tunel na przełęczy Salang, położonej wyżej niż większość alpejskich szczytów. Zdaniem Kamińskiego, ani razu nie czuli realnego zagrożenia, choć gdy zwiedzali stolicę, kilka przecznic od nich wysadził się zamachowiec.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną