Ile trzeba do buntu?

Toksyczna herbatka
Ile trzeba, aby zrodził się potężny ruch zbuntowanych, których są już miliony? Wystarczy frustracja i beznadzieja, nienawiść do elit, medialny guru. Na przykładzie amerykańskiego ruchu Tea Party.
Członkowie ruchu przysięgają wierność konstytucji
Douliery Olivier/EAST NEWS

Członkowie ruchu przysięgają wierność konstytucji

Hasłami „Zabić ten projekt ustawy” odpowiedzieli w Waszyngtonie zwolennicy Tea Party na pomysł reformy opieki zdrowotnej
Nicholas Kamm/AFP

Hasłami „Zabić ten projekt ustawy” odpowiedzieli w Waszyngtonie zwolennicy Tea Party na pomysł reformy opieki zdrowotnej

Artykuł pochodzi z 25. numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 21 czerwca.
Polityka

Artykuł pochodzi z 25. numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 21 czerwca.

Na Sali w Tulsa, Oklahoma, na chwilę zapada cisza: to na scenę wchodzą Walkerowie, szczęśliwa para małżeńska po pięćdziesiątce. Prowadzą w pobliżu sklep ze sprzętem elektrycznym i zapewniają, że po kilkudziesięciu latach małżeństwa wciąż kochaja się tak bardzo, jak pierwszego dnia. Dokumentują to na scenie namiętnym pocałunkiem.

To ma być hołd na rzecz tej dawnej, zapomnianej Ameryki – kraju, w którym liczyła się jeszcze uczciwość, przyzwoitość i wierność, a przede wszystkim wielkie amerykańskie marzenie, że każdy jest w stanie wspiąć się z nizin na szczyt kariery.  Na sali siedzi 5 tysięcy osób: demokraci, republikanie, bezpartyjni, prości ludzie.

Walkerowie dostają składane krzesełka, rozbrzmiewa muzyka country, po czym nagle wybucha wrzawa. Na scenie staje Glenn Beck – przybył prosto ze swego telewizyjnego studia, z którego kolportuje straszne wieści i sieje lęk  przed nowa Ameryka, która w niczym już nie przypomina tamtej Ameryki małżonków Walker.  Jest to kraj, w którym panuje nędza, niedostatek, a nad wszystkim sprawuje kontrolę wszechpotężne państwo – coś pomiędzy dawnym ZSRR, a hitlerowską Trzecią Rzeszą.

Kiedy Beck coś mówi, ludzie mu wierzą. To ich bohater, zbawca i guru. Szerzenie lęku przed przyszłością – to jego biznes, dzięki któremu został multimilionerem. „Mieszkańcy Tulsy” woła, przekrzykując owacje – „jestem jednym z was!”

Beck ma już dwa programy: jeden radiowy, nadawany co tydzień na ponad 300 stacjach, i telewizyjny na Fox News – ogląda go tam 3 miliony telewidzów. W swoich programach szlocha, jęczy i  wrzeszczy. Dzień po dniu alarmuje, że Ameryka stacza się coraz bardziej w stronę socjalistycznej dyktatury. Jego wrogami są wszyscy „progressives” - „postępowi”, jak mówi o sobie amerykańska lewica. Oni chcą brać przykład z Europy – mówi Beck.

Barack Obama podpisał niedawno w Pradze układ o redukcji strategicznych broni jądrowych, pierwszy od 1991 roku – układ, który ma uczynić świat choć trochę bardziej bezpiecznym. Europa darzy go uznaniem, ale we własnym kraju jest przedmiotem tak nienawistnych ataków, jak mało który prezydent przed nim. Według sondażu Gallupa z końca marca poparcie dla demokratów spadło do najniższego poziomu od 20 lat. 60 proc. Amerykanów wierzy, ze Ameryka kroczy w złym kierunku i zmierza do upadku. To, za czym opowiada się świat, jest w USA przyczyną rozłamu.

Bóg kontra Marks

Beck o tym wie, dlatego na szkolnej tablicy namalował kreda dwie drogi zachodniej cywilizacji: amerykańska i europejska. Nad amerykańską drogą widnieje słowo „Bóg”. Nad europejską: „Marks, Stalin, Hitler, Nietzsche”. „Przed taką alternatywą stoimy dzisiaj – powiada Beck. – I ja was pytam, którą drogą powinna pójść Ameryka?”

Mówca przytacza historie z dziejów Ameryki, gra rolę wyrozumiałego nauczyciela. W szkole dawniej zawsze inni byli lepsi – ci, którzy potem zdawali do Harvardu i na koniec trafiali do władz. Oni zawsze mieli się za coś lepszego. Ale teraz Beck nadaje temu odwrotny sens. Oni mogą sobie być mądrzy, nawet cholernie mądrzy jak Obama – a tak naprawdę nic nie wiedzą.

Nad jego głową można przeczytać pierwsze trzy słowa amerykańskiej konstytucji: „We, the people” „My, naród”. Te słowa stały się okrzykiem bitewnym nowego, masowego ruchu. Ruch ten zwraca się przeciw krajowym elitom – mówi Beck - przeciw ludziom, którzy nie dostrzegają, że coś się psuje. To tak, jakby nasi sąsiedzi nie zdawali sobie sprawy, że w ich domu czai się złoczyńca. Tylko psy zawsze potrafią go wyczuć! woła mówca. Bo psy mają zdrowy instynkt, tak jak wy!”

Ludziom na tej sali, bezsilnych w swoim gniewie, Beck dostarcza argumentów przeciwko architektom tej nowej Ameryki. Przeciw bankierom, którzy już znowu wypłacają sobie premie, przeciw rządowi, który trwoni pieniądze z podatków.  W reżyserii Becka ten gniew urasta do rangi wydarzenia, niemal święta. Na miejscu są dwie gwiazdy muzyki country – i oczywiście Sarah Palin, gwiazda wszystkich pokrzywdzonych.

Palin wchodzi jako ostatnia na scenę. Mężczyźni na sali krzyczą: „Sarah, kochamy cię!” , ona pozdrawia ich ręką, swawolnie, z dziewczęcym wdziękiem.  Ma na sobie czarną sukienkę naszywaną dżetami, pod spodem dżinsy. Włosy zaczesała do tyłu. Woła: „Glenn Beck jest najlepszy!” I „Kochacie swoją wolność, mieszkańcy Oklahomy?”

Jakże wykpiwano tę Sarah Palin. Że nie odróżnia Iraku od Iranu. Że powiedziała, iż przy ładnej pogodzie z Alaski widać Rosję. Że zapisuje sobie słówka na dłoni, jak uczennica.  Teraz ona opowiada o tym wszystkim, a im dłużej mówi, tym bardziej na sali narasta gniew. – Nikt mi nie zabroni zapisywać sobie czegoś na dłoni – woła Sarah Palin. Nazywa to dziś „teleprompterem dla ubogich”.

A potem wystarczą jej dwa zdania, by przejść do Baracka Obamy. „Mister President” – woła – my obejdziemy się bez pańskiej polityki. Proszę sobie zachować te całą „zmianę” dla siebie!”

Przez wiele miesięcy wydawało się, że Obama nie może na dobre zadomowić się w Białym Domu.  Jego polityka ochrony środowiska poniosła porażkę, nie mógł się zdecydować na ostateczne zamknięcie obozu w Guantanamo. Zmiana, jaka zapowiadał, kazała na siebie czekać. Ostatnio jednak to niezdecydowanie znika.

Z im większą pewnością siebie jednak występuje prezydent, tym bardziej wściekle rozlegają się protesty. Obama uosabia sobą wszystko to, czego nienawidzą tacy ludzie, jak zgromadzeni na sali w mieście Tulsa: władzę, poczucie wyższości, mądrość, obycie w świecie. On nie mówi językiem prostych ludzi – i za każdym razem, gdy przemawia w telewizji, daje większości słuchaczy poczucie, że stoją niżej od niego. Całkiem, jakby nie mieli i bez tego dosyć problemów.

„On jest jednocześnie reinkarnacją Johna F. Kennedy’ego, Franklina D. Roosevelta, Ronalda Reagana, Hitlera, Stalina i Nelsona Mandeli – kpi Frank Rich w „New York Timesie”.

 Obama kandydował pod hasłem zjednoczenia narodu, tymczasem dziś dzieląca ten naród przepaść otwiera się jeszcze szerzej, niż za czasów Busha. Najpierw Amerykanie prowadzili wojnę przeciw ekstremizmowi za granicami, dziś rozpoczyna się wojna z ekstremizmem we własnym kraju.

Obamę porównuje się z Hitlerem - i jednocześnie wyzywa od komunistów. Kongresman Paul Broun powiedział: „Nie wolno nam dać się uśpić. Nie zapominajmy, że i Hitler został wybrany w Niemczech, wówczas jeszcze demokratycznym kraju”.

Obama gwałci Amerykę. Obama gwałci nasze demokratyczne wartości. Obama gwałci naszą demokrację” – głosi komentator radiowy Michael Savage. Ma on 9 milionów słuchaczy.

Wybić, wyskrobać

W niektórych kościołach ewangelikalnych odbywają się nawet modły o śmierć Obamy.  W Tempe, stan Arizona, baptysta Steven Anderson wygłosił homilię pod tytułem „Dlaczego nienawidzę Baracka Obamy”. Oskarża on prezydenta o to, że łamie konstytucję i odrzuca 240 lat historii. „Wybij mu zęby w ustach, o Boże” – modli się Anderson, twórczo przeinaczając tekst psalmu 58. „On powiada, że aborcja jest prawem kobiety. Uważa to za coś wspaniałego. To jego należało wyskrobać”.

Gdy Obama chciał przeforsować swoją ustawę o opiece zdrowotnej, do Waszyngtonu przybyły tysiące zwolenników Tea Party, by demonstrować przeciw tej reformie z transparentami „Kill the Bill” (Utrącić – dosłownie: zabić - ten projekt ustawy). Opluwali oni deputowanych, którzy chcieli głosować za reformą, wyzywali ich od pedałów i czarnuchów. Wielu politykom grożono śmiercią. FBI aresztowało mężczyznę, który wielokrotnie dzwonił z pogróżkami do Nancy Pelosi, spikera Izby Reprezentantów i zdecydowanej zwolenniczki tej reformy.

Przeszło rok już minął od czasu, jak Rick Santelli stanął za mikrofonem i powołał do życia ruch Tea Party. Był to czwartek rano 19 lutego 2009 r., Santelli miał podać informacje, jak w każdy dzień giełdowy. Jest on analitykiem telewizji CNBC i od dziesięciu lat relacjonuje, jaka jest cena złota i jak kształtują się kursy miedzi, cynku, masła i tusz wieprzowych. Jego miejscem pracy jest największa w USA giełda w Chicago. W CNBC szedł normalny poranny program, Santelli pojawił się na ekranach telewizorów o 7.10 rano. Tego dnia tematem był pakiet pomocowy – inicjatywa prezydenta. Obama chciał przyjść z pomocą właścicielom domów, którzy zadłużyli się w latach prosperity, bo ogarnął ich ów nieodpowiedzialny rausz konsumpcji, który pogrążył całą gospodarkę światową w największym kryzysie od czasu wielkiego kryzysu 1929 roku. Do tej pory Santelli zawsze podawał spokojne, rzeczowe informacje.

Jednak tamtego ranka było inaczej. Santelli nie mówił, tylko krzyczał do kamery. Pytał maklerów giełdowych, siedzących obok niego: „Ktoś z panów tu chce spłacać kredyty tych nieudaczników?” Maklerzy wokół niego wstali i bili brawo, jakby byli gotowi z miejsca wszcząć rewolucję, a Santelli krzyczał do kamery: „Panie prezydencie Obama, słyszy mnie pan? Zapraszamy w lipcu na herbatkę (Tea Party) w Chicago!”

Tak narodził się nowy ruch, i już kilka godzin później w internecie pojawiła się strona OfficialChicagoTeaParty.com. Było to jasne przesłanie - do tego akurat z Chicago, rodzinnego miasta prezydenta. Ale już wkrótce Tea Parties pojawiły się wszędzie, od Wirginii po Kalifornię, od Teksasu po Północną Dakotę.

Urosły one, przeistaczając się w prawicowy, uliczny ruch protestu, który ogarnął cały kraj – niemal jak Woodstock. 15 kwietnia 2009 r., w ostatnim dniu składania zeznań podatkowych, dwa miesiące po tamtym wystąpieniu Santellego, na ulice Ameryki wyszło 300 tysięcy ludzi; protesty pod znakiem Tea Party odbyły się w 346 miastach.

Dzisiaj liczbę sympatyków ruchu Tea Party szacuje się na osiem milionów. Zastanawiać może fakt, że jest wśród nich wielu ludzi, którzy wcześniej nigdy nie angażowali się politycznie i którzy twierdzą, że „przebudził” ich i zaktywizował dopiero obecny kryzys. Tea Party jest na najlepszej drodze do stania się trzecią polityczną siłą w USA, obok republikanów i demokratów. Na razie istnieją jeszcze różne wspólnoty poszczególnych grup lokalnych, ale siły Tea Party mają zostać zjednoczone.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj