Sukcesy obu Ameryk

Równi i równiejsi
To są, jak do tej pory, mistrzostwa obu Ameryk. Europejskie potęgi drżą w posadach.
Kibice z Brazylii nie mogą narzekać
Markus Gilliar/Forum

Kibice z Brazylii nie mogą narzekać

Drużyna z USA gra ładnie i walecznie
John Sibley/Forum

Drużyna z USA gra ładnie i walecznie

Gdy widmo pożegnania z turniejem zajrzało gospodarzom w oczy, rozpoczęło się szukanie zysków innych niż sportowe. Mike Tarr, reporter południowoafrykańskiego dziennika „Daily Star”, mówi, że znów sport staje się okazją do prawdziwego zjednoczenia białych i czarnych mieszkańców kraju. Jeszcze niedawno elementem spajającym miało być rugby, ale mimo sukcesów narodowej reprezentacji (w przyszłym roku będzie bronić Pucharu Świata) ciągle pozostało sportem białych. – Teraz jest inaczej. Gdy gra Bafana Bafana (reprezentacja RPA, przyp. MP), życie zamiera. Biali w pośpiechu nadrabiali braki wiedzy o drużynie narodowej, a nawet jeśli ciągle nie rozpoznają niektórych piłkarzy, to nie wstydzą się ramię w ramię z czarnymi cieszyć po udanych akcjach czy przeklinać sędziego – mówi.

Więc teraz obywatele, przez lata żyjący obok siebie i trzymający się nawzajem na dystans, mogą dyskutować nie tylko na tematy futbolowe, ale również poczuć wspólną dumę ze zdania organizacyjnego egzaminu. – Gospodarze wiedzieli, że jeśli nie chcą, by ktokolwiek miał do nich pretensje, muszą dopiąć wszystko na ostatni guzik, postarać się bardziej od organizatorów poprzednich mistrzostw – Niemców. I trzeba powiedzieć, że im się udało – ocenia Andrzej Kiepiela, znany biznesmen, wielbiciel futbolu i konsul honorowy RP w Durbanie. – Nawet jeśli pojawiają się kłopoty, to widać, że organizatorzy mają gotowy plan awaryjny. Tak jak podczas strajku kilkuset stadionowych stewardów, którzy zostali zastąpieni rezerwistami z policji. Problemem ciągle są korki, ale to akurat wynik nie słabej infrastruktury, ale mentalności – my Południowoafrykańczycy mamy w zwyczaju wyruszać na stadiony w ostatniej chwili – dodaje Tarr.

Jedyne, czym gospodarze się martwią, to niedostatek futbolowych turystów. Spodziewano się ich nawet 450 tys., tymczasem jak na razie doliczono się, dzięki kwestionariuszom rozdawanym na lotniskach, 190 tys. – Szacunki były co prawda zbyt optymistyczne, ale swoje zrobiła też propaganda strachu, którą siały media, zwłaszcza europejskie – uważa Andrzej Kiepiela. I dodaje, że te mistrzostwa to również szansa, by świat wreszcie zaczął traktować Afrykę na poważnie. – Mam nadzieję, że wiele stereotypów dotyczących kontynentu uda się odkłamać, a RPA przestanie być uważana za kraj, który po obaleniu apartheidu stanął w miejscu.

Przepis na sukces

Na mistrzostwach zaczynają się już mecze o wszystko. W przerwach rozmawia się głównie o Jabulani. Zaprojektowana na turniej piłka, zgodnie z intencjami jej twórców, sprawia bramkarzom kłopoty, zwłaszcza przy okazji strzałów z większej odległości. Skręca, rotuje, odbita od murawy, zaczyna żyć własnym życiem i, jak przystało na przedmiot martwy, bywa złośliwa. Grozi bramkarzom utratą reputacji i pewnie jeszcze nieraz podczas mistrzostw przedstawiciele tego fachu wypowiedzą się o niej gorzko. Prawo krytyki utracili natomiast zawodnicy z pola, a wszystko przez mecz Kamerun-Dania. Okazało się bowiem, że nawet Jabulani – porównywana wcześniej do kauczuku, balona lub plastikowej podróbki z supermarketu – można grać szybko, składnie i z polotem, celnie strzelać i groźnie dośrodkowywać.

Był to pierwszy na tych mistrzostwach mecz, od którego nie sposób się było oderwać, półtoragodzinny koncert ofensywy (prawie 40 strzałów z obu stron, dwa razy więcej niż fauli), futbolowy archaizm w najlepszym wydaniu. Gdyby reguły piłki nożnej przewidywały noty za wrażenie artystyczne, to Kamerun jeszcze by się z mundialem nie żegnał, a tak pozostanie po nim tylko żal kibiców spragnionych futbolu natchnionego. Pewna awansu z tej grupy jest za to Holandia, której dotychczasowe mecze były jak leki nasenne. Do pokonania pierwszej przeszkody nie trzeba jej było nawet zrywu gwiazd; skorzystała z prezentów rywala – samobójczej bramki w meczu z Danią, błędu bramkarza w spotkaniu z Japonią. Trzeba jednak Holendrom oddać, że jeśli planowali grać minimalistycznie, to wiedzieli, kiedy mogą sobie na to pozwolić.

Holandia przynajmniej wygrywa i broni honoru europejskich faworytów mistrzostw. We Włoszech, Anglii, Hiszpanii, w Niemczech, we Francji na razie największymi wygranymi są bukmacherzy, którzy dzięki sensacyjnym potknięciom swoich reprezentacji zarobili krocie. Co prawda wiara w obronę tytułu mistrza świata była wśród włoskich kibiców chwiejna, ale nikt nie spodziewał się aż takich kłopotów, zwłaszcza w grupie, gdzie już przed pierwszym gwizdkiem łatwo było rozpisać role: Włosi awansują z pierwszego miejsca, Słowacja i Paragwaj walczą o drugie, a Nowozelandczycy godzą się z rolą chłopców do bicia. Remis Włochów z Nową Zelandią to jedna z największych sensacji w historii mundiali, tym bardziej że ratując punkt, brzydko nabrali sędziego na rzut karny. Włosi nigdy nie grali pięknie, pracowali na sukcesy z zimną krwią i wyrachowaniem, można ich było nie lubić, ale nie można nie doceniać. Teraz wygląda na to, że ze wszystkich atrybutów włoskiej szkoły futbolu pozostało tylko cwaniactwo. W 1/8 finału wybrańcy trenera Marcello Lippiego prawdopodobnie trafią na Holandię, drużynę groźną.

W konkursie na największe rozczarowanie turnieju liczy się też Anglia. Anglicy bez serca to dla piłkarskich kibiców taka sama nowość jak Włosi bez głowy. Też mieli szczęście w losowaniu, mecze w grupie miały być jedynie przetarciem przed decydującą fazą mundialu, a tymczasem sami wpędzili się w kłopoty. Po sensacyjnym remisie z Algierią jeden z angielskich komentatorów napisał, że piłkarze zagrali tak, jakby na koszulkach zamiast trzech lwów mieli trzy myszy. Oglądanie piłkarzy bojaźliwych, schowanych za własnym cieniem to nie jest coś, do czego tamtejsi kibice przywykli. Anglikom rozsypała się linia obrony, więc jeśli można się było spodziewać kłopotów, to raczej z tej strony, tymczasem bardziej razi niemoc, ślamazarność i brak pomysłu w ofensywie. Mimo że Anglicy od lat regularnie zawodzą w dużych turniejach, to według tamtejszych kibiców i dziennikarzy za każdym razem jadą na mistrzostwa po to, żeby je wygrać. Ten nakaz jest dla piłkarzy kamieniem u szyi, teraz znów dopadł ich paraliż, a trener Fabio Capello na pytania: co się dzieje?, rozkłada ręce i mówi, że nie poznaje swoich zawodników. Oni sami sprawiają wrażenie, jakby bardziej niż dodatkowego treningu potrzebowali od Capello ojcowskiego podejścia, ale on na razie woli na swoich piłkarzy krzyczeć, niż ich przytulić.

Pustkę po faworytach z Europy wypełniają zespoły z obu Ameryk. Okazuje się, że Ameryka Południowa to nie tylko Brazylia oraz Argentyna i bardzo możliwe, że zespoły z tej części świata po raz pierwszy w komplecie awansują do fazy pucharowej mistrzostw. Miło ogląda się brawurowych Meksykanów i Amerykanów z USA. O wszystkich tych drużynach można powiedzieć, że idą do zwycięstwa nie tylko dzięki umiejętnościom, ale i waleczności: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. To sprawdzony przepis na sukces, zresztą przykład Francji najlepiej pokazuje, że same umiejętności to za mało, gdy drużyna jest kłębowiskiem żmij.

Temperatura dyskusji o pozytywnych zaskoczeniach i wielkich rozczarowaniach blednie jednak przy debatach o poziomie sędziowania. Trzeba przyznać, że arbitrzy jak już się mylą, to z hukiem. W meczu Argentyna-Nigeria (1:0) gol padł po faulu na nigeryjskim obrońcy, w spotkaniu Włochy-Nowa Zelandia (1:1) sędzia uznał bramkę ze spalonego, a potem podyktował karnego z kapelusza. Dlaczego Koman Coulibaly, arbiter z Mali, unieważnił zwycięskiego gola dla Amerykanów w meczu ze Słowenią, już się nie dowiemy, tym bardziej że kontrowersyjną sytuację można oglądać sto razy i sto razy mieć pewność, że ani pół przepisu nie zostało złamane. Po meczu poszkodowani starali się usłyszeć od sędziego wytłumaczenie, ale ten milczał jak grób, co dla Amerykanów, od małego wychowywanych w duchu umiłowania sprawiedliwości, musiało być niezrozumiałe.

Czerwone kartki w natarciu

Generalnie sędziowie robią wrażenie niezwykle surowych i szastają kartkami, gdy zdrowy rozsądek nakazuje co najwyżej słowną reprymendę. Najwyraźniej bardzo chcą, by na jednym meczu mundial się dla nich nie skończył, więc wcielają przepisy w życie niezależnie od tego, czy kara jest adekwatna do przewinienia. I tak Australijczyk Harry Kewell wyleciał z boiska (w meczu z Ghaną) za zatrzymanie ręką piłki lecącej do bramki, choć jego jedyna wina polegała na tym, że nie zdążył cofnąć ręki, a nie zrobił tego prawdopodobnie dlatego, że odruchowo zamknął oczy. Czerwona kartka dla bramkarza RPA Itumelenga Khune w spotkaniu z Urugwajem też była niepotrzebna, tym bardziej że faul był wątpliwy, ale sędzia znów miał usprawiedliwienie, bo przepisy były po jego stronie. Z dwojga złego lepiej jednak, by arbiter był technokratą niż kibicem jednej z drużyn. Francuz Stephane Lannoy doskonale widział, że Luis Fabiano pomagał sobie ręką, zdobywając dla Brazylii drugiego gola w meczu z Wybrzeżem Kości Słoniowej, ale mimo to bramkę uznał, a całą sytuację skwitował uśmiechem, pogawędką ze strzelcem i klepaniem go w rękę. Piłkarze WKS, największa afrykańska nadzieja na sukces na mundialu, i tak by ten mecz przegrali, bo byli trzy razy gorsi, ale mają wymówkę: odechciewa się grać, gdy na boisku są równi i równiejsi.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną