Albania odradza się wśród 800 tys. bunkrów

Zabunkrowani
Bunkry na plażach. Bunkry pomalowane na niebiesko z napisem „Bar”. Bunkry za drewnianym płotem i na przedmieściach Tirany. I grobowiec komunistycznego dyktatora Hodży w formie lekko stylizowanego bunkra. Nowa Albania rośnie na bunkrach.
Łukasz Trzciński/Visavis.pl

Durrës, plaża. Ludzie znają wszystkie skróty przez pola i drogi, skróty, żeby tu dotrzeć. Całymi rodzinami tarabanią się szutrową drogą, żeby się rozłożyć gdzieś za zbiornikami gazu – wielkimi kulami jak białe balony. Tak to z daleka wygląda: białe balony zawieszone tuż nad ziemią. Z bliska – metalowe zbiorniki, a obok rybacki port, raczej po prostu zatoczka zalatująca mułem, parę szarych od błota łodzi i bunkier – dziś składzik na sieci.

Dalej są jeszcze inne pojemniki, cylindryczne, nie wiadomo na co, tuż przy jednostce wojskowej. Jednostki pilnuje trochę wystraszony młodzik z karabinem, a obok niego zakazy fotografowania, zakazy przejeżdżania, zakazy patrzenia – wymalowane tu na cześć fotografa, który kiedyś usiłował wtargnąć na teren jednostki; ale po tej wizycie wezwano wojskowego malarza i on wymalował na bramie wszystkie zakazy, jakie znał. A za bramą, oprócz setek bunkrów, jest też hotelik, więc te wszystkie napisy po nic.

Durrës, niezbyt wielkie miasto, w kraiku ledwie ponadtrzyipółmilionowym. Ale przy tym miasto poplątane, bo rozrasta się we wszystkie strony, co rusz napotykając morze; i warstwy historyczne ma niezliczone. Wystarczy wyliczyć te w miarę świeże, żeby zrozumieć, czemu jest, jakie jest: lata pod panowaniem Envera Hodży, od 1944 r. do śmierci w 1985 r., szefa partii komunistycznej i szefa rządu. (Czy jedynowładca może umrzeć inaczej niż u władzy? Nawet jeśli jest dziwacznym skrzyżowaniem Stalina i Mao, wyrzutkiem utrzymującym swój kraj na skraju świata, w izolacji od wszystkich i wszystkiego, zrywającym w końcu nawet z jedynym przyjacielem, maoistowskimi Chinami w 1978 r.?).

Hodża szedł drogą samotnika, a jeśli jego krajowi było z nim nie po drodze, to tym gorzej dla kraju: kraj łatwo zamienić w gułag. Zakazane wyjazdy. Zakazane posiadanie czegokolwiek. Zakazane pytać, czemu zakazane. Nad porządkiem czuwa Sigurimi (albańska SB, KGB, Stasi, Securitate w jednym); komu się nie podoba, ląduje w więzieniu, na wygnaniu, pod ścianą. I każdy musi bronić kraju Envera Hodży: postawiono osiemset tysięcy bunkrów, żeby strzelać do wroga. (Tyle że wróg, jak Godot, nie nadchodził. Bo skąd?).

Kolejna warstwa najświeższej historii: lata wielkiego krachu i krwawych zamieszek przed kilkunastu laty, w 1997 r., kiedy telewizja i gazety były pełne obrazów łodzi obwieszonych gronami ludzi, uciekinierów do Włoch. Wtedy kiedy Albania rozłamywała się na wiele części, gwałtownie się wyludniała, bo Albańczycy nie widzieli dla siebie przyszłości na spalonej ziemi. Woleli uciec gdziekolwiek – a niech to będzie kubańskim sposobem, niepewną łodzią, zbyt małym statkiem, który w sekundę nie mógł pomieścić wszystkich chętnych – ale jak tu ich nie zabrać, skoro płacą? A gdziekolwiek znaczyło wtedy: Włochy. Bo blisko. Bo można się roztopić w tłumie.

Durrës, wieczorem

Durrës, miasto nieogarnione: najpierw centrum, bulwar nad morzem, gdzie kobiety chodzą z chusteczkami przyciśniętymi do twarzy, bo w upale rozkłada się wszystko, co przyniesie woda; więc kobiety się chronią, jakby powietrze nie tylko miało je zatruć, ale i sprawić, że skóra zejdzie płatami. (A wokół hulają puste karuzele; kręci się wata cukrowa w zjadliwym odcieniu różu; płoży się tłusty dym od mięsa na grillu; i niesie się muzyka od sprzedawców płyt i kaset). Tu się odbywa handelek drobiazgami i wiele rąk wyciąga się po jałmużnę; to również miejsce nocnych przechadzek – nocnych, bo dopiero nocą temperatura zelżeje na tyle, że chce się ruszyć z domu. Na bulwarze drobne przyjemności, orzeszki jedzone z papierowej torebki, papieros wypalony w oczekiwaniu na coś, co się może wydarzy. Przechodnie wpatrują się pod nogi, żeby nie nadepnąć na małe dzieci śpiące na kawałku kartonu, z najdrobniejszą monetą rzuconą przez rodziców na zachętę. Ludzie patrzą, ale pieniędzy nie dają.

Dalej od morza są ulice. W centrum umyślni pilnują miejsc do parkowania dla tych, którzy przyjeżdżają się zabawić. Ci, co pilnują, są na piechotę, w zakurzonych klapkach albo na bosaka; ich przełożeni przyjeżdżają samochodami jakby prosto z salonu, wszystkie są czarne, w polerowanej blasze migoczą żarówki, neony. Cała ta ulica to wielki koncert, knajpa dom w dom, a w każdej knajpie ktoś gra na żywo i śpiewa. (A kiedy nie ma knajpy, to znaczy, że stoi wymuskany, pusty blok – skąd na to pieniądze i po co zbudowany ten dom, w którym nikt nie chce mieszkać, tuż nad morzem, z widokiem na wodę?).

W dalszych dzielnicach życie po zmroku jest zupełnie inne: tu się podpiera z nudów znaki na rogu, tu się polewa dziury w drodze wodą z konewki, bo asfalt już dawno zdarty i jeśli się nie poleje, to cały sklep będzie wyglądał, jakby właśnie bomba wybuchła; w mieszkaniach na piętrze też by wszystko zaszło kurzem. A wszystko wśród śmiechów i dogadywania, sąsiad do sąsiada, sklepikarka do handlarki arbuzami, powolutku, bo nikt się nigdzie nie spieszy i roboty też nie ma za dużo.

Tak się jedzie tymi ulicami Durrës, patrząc przez otwarte okno na ludzi, odgadując słowa, odgadując, jak wstrętne to było miasto, póki nie wyrwano starego obyczaju razem z korzeniami, póki ktoś nie kupił farby, żeby czymś zasmarować szare mury – a niech to będzie na dziurawy tynk, na okna bez szyby, byle tylko Durrës nie wyglądało jak miasto wypalone wybuchem, w kolorze pyłu.

Aż jest koniec miasta, skarpy, morze. Ulica kończy się bez ostrzeżenia, dalej już tylko ścieżka. Ścieżka, którą jeżdżą traktory, samochody, ale z rzadka. Z rzadka chodzą ludzie. Wszystko powoli: samochody kolebią się, jakby się miały wywalić na bok, ludzie z trudem, bo ścieżka idzie pod górę. Ludzie i samochody zmierzają do paru domków, przed którymi leżą skrzynie na amunicję, a dalej już nic. Żadnych zabudowań. Morze i skarpa porośnięta trawą.

Dopiero wtedy widać beton zakopany w ziemi, bunkry jak łyse czaszki wystające z krzaków, po dwa, po parę, czasem po kilkadziesiąt w rządku, niemo, z wąziutkim otworem na wprost morza. Co pewien czas większe kopuły na ośmiu chłopa, żeby żaden samochód, żaden człowiek, żadne zwierzę się nie przedostało, żeby nie wdarło się na teren, żeby Albania była Albanią.

Tam, w mieście Durrës, normalnie i żywo po zmroku, a tu, na przedmurzu miasta, jakby się skrystalizowało szaleństwo (no pewnie, że Enver Hodża, dawny jedynowładca tego kraju, musiał być szalony). Aż głupio patrzeć na ludzi, którzy dopiero dobrze po zmroku schodzą z plaży pełnej bunkrów, wychodzą spomiędzy betonowych łupin, które jeszcze długo po zmroku oddają ciepło. Aż głupio patrzeć na nich, bo niechcący rodzi się podejrzenie, że oni też są szaleni, że ta ich plaża to szaleństwo, bo tu się opalać to jakby się opalać na śmietniku. No, ale gdzie właściwie mieliby się opalać mieszkańcy Durrës?

 

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną