Klątwa rock and rolla
Legenda muzyki rockowej Keith Richards skończy w tym roku 67 lat. Jego zdaniem to idealny moment, by spojrzeć wstecz i spisać wspomnienia. Pamiętniki gitarzysty The Rolling Stones to spowiedź człowieka, który z czerpał z życia pełnymi garściami, a jednocześnie opowieść o artyście, którego sława i narkotyki popchnęły na krawędź szaleństwa.
El Universal/ZUMA Press/Forum

Artykuł pochodzi z 44/45 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 2 listopada.
Polityka

Artykuł pochodzi z 44/45 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 2 listopada.

Keith Richards jest niewyspany. Na zewnątrz pulsuje Nowy Jork, a spaliny mieszają się z zapachem tanich perfum. W środku, w biurze jego menedżerki na Broadwayu, panuje względny spokój. Na ścianach w równym szeregu wiszą złote płyty. Richards przemierza dzielący nas korytarz powoli i ostrożnie, jakby jego ciało było gitarą, którą trzeba dopiero nastroić. W tym roku skończy 67 lat i nie próbuje tego faktu ukryć – jego twarz wygląda jak niepościelone łóżko. Dziś ma na sobie zieloną koszulkę, na której widnieje jego własny portret, tyle że za młodu, gdy jego twarz promieniała świeżością, a niekończące się noce, nastawione na cały regulator wzmacniacze, seks, alkohol i heroina nie zdążyły jeszcze odcisnąć na niej swego piętna.

Richards dostrzega zdziwione spojrzenie i tłumaczy: „Tę koszulkę dostałem w prezencie od Johnny’ego. Nosimy ten sam rozmiar i cały czas wymieniamy się ciuchami.” Zgodnie z zasadami sztuki dziennikarskiej należałoby teraz zapytać, jakiego Johnny’ego ma on na myśli, ale te zasady tu nie obowiązują. Koszulka od Johnny’ego to po prostu pierwszy akord naszego spotkania.

Richards trzyma w ręku czerwony kubek, w którym pobrzękują kostki lodu. Sięga po papierosa i kontynuuje wątek koszulki. Dostał ją, jak sobie przypomina, jakieś dziesięć lat temu, przez ten czas najwyżej raz była w praniu. Ale to nieistotne. Najważniejsze, że Johnny całkiem dobrze gra na gitarze. Poznali się przez Marlona, syna Keitha. Czasem zdarzało im się razem improwizować. Pewnego razu, a było to mniej więcej dwa lata od ich pierwszego spotkania, Richards zapytał Johnny’ego, czym ten się tak właściwie zajmuje. „Gram w filmach”, odparł Johnny. Richards dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że gość, z którym przez dwa lata brzdąkał na gitarze, to Johnny Depp.

Czyżby narkotyki aż tak zaburzyły muzykowi percepcję, że przestał rejestrować, co się wokół niego dzieje? Nie do końca. Tę historię uznać można za typową dla Richardsa, ponieważ nigdy przywiązywał on większej wagi do świata show-biznesu, choć sam od 45 lat gra w pierwszej lidze. Poza tym wszystko mu jedno, czy ktoś dostaje za film 20 milionów czy 200 dolarów, „byle tylko nie przynudzał, był w miarę kumaty, albo przynajmniej potrafił zagrać kilka akordów na gitarze”.

Jack Sparrow to ja

Jakiś czas później Depp zapytał Richardsa, czy mógłby wzorować się na nim w swym najnowszym filmie. Chodziło o „Piratów z Karaibów”, gdzie Depp wcielił się w rolę Jacka Sparrowa – pirata-dziwaka, który maluje sobie oczy na czarno, pali za dużo haszyszu i porusza się jakby w zwolnionym tempie. Ot, filmowy korsarz i wolnomyśliciel w jednym, który robi, co mu się podoba, a rezonu nie traci nawet w drodze na szafot.

Od 45 lat Keith Richards jest jedną z najbardziej charyzmatycznych postaci współczesnej popkultury. Kiedy w latach 60. wraz z Mickiem Jaggerem i Brianem Jonesem zakładał The Rolling Stones, nie wiedział, że ich muzyka da początek złotej epoce rock and rolla. A kiedy pod koniec lat 70. rządy przejął punk, a młode pokolenie zbuntowało się przeciw rockowym dinozaurom, Richards należał do grona nietykalnych. Wszyscy – od Patti Smith, przez Micka Jonesa z The Clash, aż po Richarda Hella – marzyli, by być tak cool jak on. Dziś duch Richardsa przenika wielkie produkcje hollywoodzkie, a ich widzowie – dorastający w epoce iPodów – najprawdopodobniej nie mają zielonego pojęcia, że Jack Sparrow był w rzeczywistości jednym z ojców rock and rolla.

Gitarzysta The Rolling Stones do dziś pozostaje zagadką. Otacza go nieprzenikniona aura, na którą składają się narkotyki, sława, pieniądze i gitarowe riffy. Gdy opowiada o swym życiu, automatycznie nasuwa się jedno pytanie: jak w natłoku tych wszystkich zdarzeń udało mu się zachować zdrowy rozsądek i nie popaść w obłęd? Keith Richards znalazł bezpieczne schronienie za swym wizerunkiem, który doskonale uchwyciła Annie Leibovitz. Ponad dwa lata temu sfotografowała go ona na potrzeby kampanii reklamowej Louis Vuitton. Na zdjęciu widać Richardsa, jak siedzi na łóżku w pokoju hotelowym, a w rękach trzyma lakierowaną na czarno gitarę Gibson. Podpis pod zdjęciem głosi: „Niektórych podróży nie da się opisać słowami. Nowy Jork, trzecia nad ranem. Blues w tonacji C.”

Tymczasem w Nowym Jorku dochodzi trzecia po południu. Richards zjawił się w biurze swojej menedżerki, by porozmawiać o swej życiowej podróży. We współpracy z pisarzem Jamesem Foxem napisał autobiografię liczącą 736 stron. Licencję na jej publikację zlicytowano trzy lata temu na Międzynarodowych Targach Książki we Frankfurcie. Wtedy gotowych było zaledwie 10 stron, jednak tak krótki fragment wystarczył, by rozbudzić apetyty wydawców. Zaliczkę wylicytowano ostatecznie do 5,5 miliona euro. To ponoć najwyższa jak dotąd kwota, jaką zapłacono za biografię muzyka.

Piję tylko po zachodzie słońca

Przedstawiciele wydawnictwa domagali się podobno, by pamiętniki zatytułować „My Life” (Moje życie). Gdy Richards zobaczył projekt, wykreślił słowo „moje”. Nim gotowy tekst ujrzał światło dzienne, wszyscy obawiali się tak naprawdę jednego: czy będzie on sobie w stanie cokolwiek przypomnieć? I czy jego wspomnienia będą miały coś wspólnego z tym, co wydarzyło się naprawdę? Richards buja się na krześle niczym boja na wzburzonym morzu, wczuwa się w klimat rozmowy. Czas na drugiego papierosa. W czerwonym kubku bezbarwna ciecz. „To lemoniada”, uprzedza pytanie. „Mocniejsze trunki wlewam w siebie dopiero po zachodzie słońca”.

Zamiast pracować nad książką, jak sam przyznaje, wolałby ruszyć w kolejną trasę koncertową. Z drugiej strony przepełnia go jednak duma, gdyż jest jedynym członkiem zespołu, który dopiął swego i spisał swe wspomnienia. „Największą ulgą”, opowiada, „było dla mnie, gdy okazało się, że z moją pamięcią nie jest jeszcze tak najgorzej”. Po czym wybucha chrypliwym śmiechem, który sprawia wrażenie, jakby ktoś włączył na chwilę betoniarkę. Dziesięć, piętnaście lat temu do napisania autobiografii przymierzał się Mick Jagger. Richards pamięta nieustanne telefony typu: „Co robiliśmy 15 sierpnia tysiąc dziewięćset któregoś tam?”.Mick”, odpowiadałem, „to twoja książka. Ja ci nie pomogę.” Jagger zwrócił w końcu zaliczkę.

Życie na krawędzi

„Life” to historia życia na krawędzi, w której główną rolę odgrywa nieustraszony młodzieniec wyruszający na spotkanie z przygodą – rock and rollem, zjawiskiem wówczas zupełnie nowym. W tle opowieści pojawiają się prywatne odrzutowce wyłożone wewnątrz mahoniem, kary więzienia za posiadanie narkotyków, spalone wille, orgie i śmierć najbliższych przyjaciół.

W swej książce Richards nikogo nie potraktował z taryfą ulgową, ani siebie, ani Micka Jaggera. W jednym z rozdziałów opisuje imprezę w nocnym klubie, którą spędził pod stolikiem, żebrząc o heroinę. W innym miejscu wspomina, jak zabrał swojego siedmioletniego syna w trasę koncertową po Europie. Mały Marlon miał za zadanie śledzić dokładnie drogę w atlasie samochodowym i informować o zbliżających się granicach. „Bardzo się tym przejął. Kiedy wykrzykiwał, że do granicy jeszcze 15 kilometrów, dla mnie był to sygnał, żeby zjechać na pobocze i dać sobie w żyłę, a następnie szybko pozbyć się narkotyków albo zabunkrować je tak, by nie znaleźli ich celnicy.”

Brian Jones, Jimi Hendrix, Janis Joplin i Jim Morrison to pierwsze ofiary narkotyków. Richards przez wiele lat królował na liście kandydatów do odejścia na tamten świat w wyniku przedawkowania, jaką prowadził brytyjski magazyn muzyczny New Musical Express. Z czasem przyzwyczaił się do tych złośliwości, a nawet zaczął z nich żartować. „To była jedyna lista, na której zajmowałem niepodzielnie pierwsze miejsce przez dobrych dziesięć lat“, pisze dziś. „Kiedy pewnego dnia dowiedziałem się, że ktoś mnie wygryzł, byłem naprawdę rozczarowany. W końcu wylądowałem na miejscu dziewiątym. Mój Boże, pomyślałem wtedy, więc to już po wszystkim!“ I znów śmiech jak z betoniarki.

Keith Richards tak długo igrał ze śmiercią, że dziś cieszy się opinią niezniszczalnego. Jay Leno, gospodarz programu The Tonight Show, zastanawiał się, dlaczego nie jesteśmy w stanie skonstruować samolotów, które wytrzymałyby tyle co Richards. Muzyk bardzo dobrze zna te dowcipy. I przypomina, że kiedyś nawet zadeklarował, że po śmierci chętnie oddałby swe ciało na cele badawcze. Z szelmowskim uśmieszkiem dodaje: „Obawiam się jednak, że szanowni panowie doktorzy nie byliby zachwyceni”.

Niechęć wobec klas wyższych towarzyszyła Richardsowi właściwie przez całe życie. Kiedy kilka lat temu Mick Jagger odbierał tytuł szlachecki z rąk księcia Karola, Richards ledwo pohamował wybuch wściekłości. Obydwaj muzycy pochodzą z miejscowości Dartfort na wschód od Londynu. Jagger mieszkał w lepszej dzielnicy, Richards w gorszej. Do Dartfort trafiało wszystko, czego chciano się pozbyć ze stolicy: szpitale dla chorych na ospę, fabryki prochu strzelniczego i psychiatryki. Młody Keith nigdzie nie mógł znaleźć oparcia – ani w szkole, gdzie gnębili go nauczyciele i koledzy, ani poza nią. W klasowym systemie brytyjskim młodzieniaszków takich jak on przez stulecia zwykło się wysyłać na wojnę lub do ciężkiej pracy w fabryce. Grać na gitarze nauczył się w szkolnej toalecie.

Do dziś zachował się list, który Richards napisał do swej ciotki w kwietniu 1962 r.: „Droga ciociu Pat! Zawsze myślałem, że jestem jedynym w okolicy fanem Chucka Berry’ego. Pewnego ranka stałem jak zwykle na dworcu w Dartford z płytą Chucka pod ręką, kiedy podszedł do mnie chłopak, którego znam jeszcze ze szkoły podstawowej. Wyobraź sobie, że ma on wszystkie płyty Chucka! Nazywa się Mick Jagger. Poza tym Mick jest najlepszym wykonawcą bluesa po tej stronie oceanu. Mówię całkiem serio!”

No właśnie, blues. W biurze na Broadwayu robi się nagle cicho jak makiem zasiał, atmosfera jakby ktoś rozpalił ognisko. Czas na następnego papierosa. Czemu akurat blues? Beatlesi zdobyli serca milionów fanów energetyczną muzyką pop w kolorze różu. Co sprawiło, że Stonesi znaleźli inspirację i utożsamiali się z muzyką potomków czarnych niewolników z delty Missisipi? Tym bardziej, że nie pojawiała się ona wcześniej na białych listach przebojów?

 

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj