Świat

Klątwa rock and rolla

El Universal/ZUMA Press / Forum
Legenda muzyki rockowej Keith Richards skończy w tym roku 67 lat. Jego zdaniem to idealny moment, by spojrzeć wstecz i spisać wspomnienia. Pamiętniki gitarzysty The Rolling Stones to spowiedź człowieka, który z czerpał z życia pełnymi garściami, a jednocześnie opowieść o artyście, którego sława i narkotyki popchnęły na krawędź szaleństwa.
Artykuł pochodzi z 44/45 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 2 listopada.Polityka Artykuł pochodzi z 44/45 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 2 listopada.

Keith Richards jest niewyspany. Na zewnątrz pulsuje Nowy Jork, a spaliny mieszają się z zapachem tanich perfum. W środku, w biurze jego menedżerki na Broadwayu, panuje względny spokój. Na ścianach w równym szeregu wiszą złote płyty. Richards przemierza dzielący nas korytarz powoli i ostrożnie, jakby jego ciało było gitarą, którą trzeba dopiero nastroić. W tym roku skończy 67 lat i nie próbuje tego faktu ukryć – jego twarz wygląda jak niepościelone łóżko. Dziś ma na sobie zieloną koszulkę, na której widnieje jego własny portret, tyle że za młodu, gdy jego twarz promieniała świeżością, a niekończące się noce, nastawione na cały regulator wzmacniacze, seks, alkohol i heroina nie zdążyły jeszcze odcisnąć na niej swego piętna.

Richards dostrzega zdziwione spojrzenie i tłumaczy: „Tę koszulkę dostałem w prezencie od Johnny’ego. Nosimy ten sam rozmiar i cały czas wymieniamy się ciuchami.” Zgodnie z zasadami sztuki dziennikarskiej należałoby teraz zapytać, jakiego Johnny’ego ma on na myśli, ale te zasady tu nie obowiązują. Koszulka od Johnny’ego to po prostu pierwszy akord naszego spotkania.

Richards trzyma w ręku czerwony kubek, w którym pobrzękują kostki lodu. Sięga po papierosa i kontynuuje wątek koszulki. Dostał ją, jak sobie przypomina, jakieś dziesięć lat temu, przez ten czas najwyżej raz była w praniu. Ale to nieistotne. Najważniejsze, że Johnny całkiem dobrze gra na gitarze. Poznali się przez Marlona, syna Keitha. Czasem zdarzało im się razem improwizować. Pewnego razu, a było to mniej więcej dwa lata od ich pierwszego spotkania, Richards zapytał Johnny’ego, czym ten się tak właściwie zajmuje. „Gram w filmach”, odparł Johnny. Richards dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że gość, z którym przez dwa lata brzdąkał na gitarze, to Johnny Depp.

Czyżby narkotyki aż tak zaburzyły muzykowi percepcję, że przestał rejestrować, co się wokół niego dzieje? Nie do końca. Tę historię uznać można za typową dla Richardsa, ponieważ nigdy przywiązywał on większej wagi do świata show-biznesu, choć sam od 45 lat gra w pierwszej lidze. Poza tym wszystko mu jedno, czy ktoś dostaje za film 20 milionów czy 200 dolarów, „byle tylko nie przynudzał, był w miarę kumaty, albo przynajmniej potrafił zagrać kilka akordów na gitarze”.

Jack Sparrow to ja

Jakiś czas później Depp zapytał Richardsa, czy mógłby wzorować się na nim w swym najnowszym filmie. Chodziło o „Piratów z Karaibów”, gdzie Depp wcielił się w rolę Jacka Sparrowa – pirata-dziwaka, który maluje sobie oczy na czarno, pali za dużo haszyszu i porusza się jakby w zwolnionym tempie. Ot, filmowy korsarz i wolnomyśliciel w jednym, który robi, co mu się podoba, a rezonu nie traci nawet w drodze na szafot.

Od 45 lat Keith Richards jest jedną z najbardziej charyzmatycznych postaci współczesnej popkultury. Kiedy w latach 60. wraz z Mickiem Jaggerem i Brianem Jonesem zakładał The Rolling Stones, nie wiedział, że ich muzyka da początek złotej epoce rock and rolla. A kiedy pod koniec lat 70. rządy przejął punk, a młode pokolenie zbuntowało się przeciw rockowym dinozaurom, Richards należał do grona nietykalnych. Wszyscy – od Patti Smith, przez Micka Jonesa z The Clash, aż po Richarda Hella – marzyli, by być tak cool jak on. Dziś duch Richardsa przenika wielkie produkcje hollywoodzkie, a ich widzowie – dorastający w epoce iPodów – najprawdopodobniej nie mają zielonego pojęcia, że Jack Sparrow był w rzeczywistości jednym z ojców rock and rolla.

Gitarzysta The Rolling Stones do dziś pozostaje zagadką. Otacza go nieprzenikniona aura, na którą składają się narkotyki, sława, pieniądze i gitarowe riffy. Gdy opowiada o swym życiu, automatycznie nasuwa się jedno pytanie: jak w natłoku tych wszystkich zdarzeń udało mu się zachować zdrowy rozsądek i nie popaść w obłęd? Keith Richards znalazł bezpieczne schronienie za swym wizerunkiem, który doskonale uchwyciła Annie Leibovitz. Ponad dwa lata temu sfotografowała go ona na potrzeby kampanii reklamowej Louis Vuitton. Na zdjęciu widać Richardsa, jak siedzi na łóżku w pokoju hotelowym, a w rękach trzyma lakierowaną na czarno gitarę Gibson. Podpis pod zdjęciem głosi: „Niektórych podróży nie da się opisać słowami. Nowy Jork, trzecia nad ranem. Blues w tonacji C.”

Tymczasem w Nowym Jorku dochodzi trzecia po południu. Richards zjawił się w biurze swojej menedżerki, by porozmawiać o swej życiowej podróży. We współpracy z pisarzem Jamesem Foxem napisał autobiografię liczącą 736 stron. Licencję na jej publikację zlicytowano trzy lata temu na Międzynarodowych Targach Książki we Frankfurcie. Wtedy gotowych było zaledwie 10 stron, jednak tak krótki fragment wystarczył, by rozbudzić apetyty wydawców. Zaliczkę wylicytowano ostatecznie do 5,5 miliona euro. To ponoć najwyższa jak dotąd kwota, jaką zapłacono za biografię muzyka.

Piję tylko po zachodzie słońca

Przedstawiciele wydawnictwa domagali się podobno, by pamiętniki zatytułować „My Life” (Moje życie). Gdy Richards zobaczył projekt, wykreślił słowo „moje”. Nim gotowy tekst ujrzał światło dzienne, wszyscy obawiali się tak naprawdę jednego: czy będzie on sobie w stanie cokolwiek przypomnieć? I czy jego wspomnienia będą miały coś wspólnego z tym, co wydarzyło się naprawdę? Richards buja się na krześle niczym boja na wzburzonym morzu, wczuwa się w klimat rozmowy. Czas na drugiego papierosa. W czerwonym kubku bezbarwna ciecz. „To lemoniada”, uprzedza pytanie. „Mocniejsze trunki wlewam w siebie dopiero po zachodzie słońca”.

Zamiast pracować nad książką, jak sam przyznaje, wolałby ruszyć w kolejną trasę koncertową. Z drugiej strony przepełnia go jednak duma, gdyż jest jedynym członkiem zespołu, który dopiął swego i spisał swe wspomnienia. „Największą ulgą”, opowiada, „było dla mnie, gdy okazało się, że z moją pamięcią nie jest jeszcze tak najgorzej”. Po czym wybucha chrypliwym śmiechem, który sprawia wrażenie, jakby ktoś włączył na chwilę betoniarkę. Dziesięć, piętnaście lat temu do napisania autobiografii przymierzał się Mick Jagger. Richards pamięta nieustanne telefony typu: „Co robiliśmy 15 sierpnia tysiąc dziewięćset któregoś tam?”.Mick”, odpowiadałem, „to twoja książka. Ja ci nie pomogę.” Jagger zwrócił w końcu zaliczkę.

Życie na krawędzi

„Life” to historia życia na krawędzi, w której główną rolę odgrywa nieustraszony młodzieniec wyruszający na spotkanie z przygodą – rock and rollem, zjawiskiem wówczas zupełnie nowym. W tle opowieści pojawiają się prywatne odrzutowce wyłożone wewnątrz mahoniem, kary więzienia za posiadanie narkotyków, spalone wille, orgie i śmierć najbliższych przyjaciół.

W swej książce Richards nikogo nie potraktował z taryfą ulgową, ani siebie, ani Micka Jaggera. W jednym z rozdziałów opisuje imprezę w nocnym klubie, którą spędził pod stolikiem, żebrząc o heroinę. W innym miejscu wspomina, jak zabrał swojego siedmioletniego syna w trasę koncertową po Europie. Mały Marlon miał za zadanie śledzić dokładnie drogę w atlasie samochodowym i informować o zbliżających się granicach. „Bardzo się tym przejął. Kiedy wykrzykiwał, że do granicy jeszcze 15 kilometrów, dla mnie był to sygnał, żeby zjechać na pobocze i dać sobie w żyłę, a następnie szybko pozbyć się narkotyków albo zabunkrować je tak, by nie znaleźli ich celnicy.”

Brian Jones, Jimi Hendrix, Janis Joplin i Jim Morrison to pierwsze ofiary narkotyków. Richards przez wiele lat królował na liście kandydatów do odejścia na tamten świat w wyniku przedawkowania, jaką prowadził brytyjski magazyn muzyczny New Musical Express. Z czasem przyzwyczaił się do tych złośliwości, a nawet zaczął z nich żartować. „To była jedyna lista, na której zajmowałem niepodzielnie pierwsze miejsce przez dobrych dziesięć lat“, pisze dziś. „Kiedy pewnego dnia dowiedziałem się, że ktoś mnie wygryzł, byłem naprawdę rozczarowany. W końcu wylądowałem na miejscu dziewiątym. Mój Boże, pomyślałem wtedy, więc to już po wszystkim!“ I znów śmiech jak z betoniarki.

Keith Richards tak długo igrał ze śmiercią, że dziś cieszy się opinią niezniszczalnego. Jay Leno, gospodarz programu The Tonight Show, zastanawiał się, dlaczego nie jesteśmy w stanie skonstruować samolotów, które wytrzymałyby tyle co Richards. Muzyk bardzo dobrze zna te dowcipy. I przypomina, że kiedyś nawet zadeklarował, że po śmierci chętnie oddałby swe ciało na cele badawcze. Z szelmowskim uśmieszkiem dodaje: „Obawiam się jednak, że szanowni panowie doktorzy nie byliby zachwyceni”.

Niechęć wobec klas wyższych towarzyszyła Richardsowi właściwie przez całe życie. Kiedy kilka lat temu Mick Jagger odbierał tytuł szlachecki z rąk księcia Karola, Richards ledwo pohamował wybuch wściekłości. Obydwaj muzycy pochodzą z miejscowości Dartfort na wschód od Londynu. Jagger mieszkał w lepszej dzielnicy, Richards w gorszej. Do Dartfort trafiało wszystko, czego chciano się pozbyć ze stolicy: szpitale dla chorych na ospę, fabryki prochu strzelniczego i psychiatryki. Młody Keith nigdzie nie mógł znaleźć oparcia – ani w szkole, gdzie gnębili go nauczyciele i koledzy, ani poza nią. W klasowym systemie brytyjskim młodzieniaszków takich jak on przez stulecia zwykło się wysyłać na wojnę lub do ciężkiej pracy w fabryce. Grać na gitarze nauczył się w szkolnej toalecie.

Do dziś zachował się list, który Richards napisał do swej ciotki w kwietniu 1962 r.: „Droga ciociu Pat! Zawsze myślałem, że jestem jedynym w okolicy fanem Chucka Berry’ego. Pewnego ranka stałem jak zwykle na dworcu w Dartford z płytą Chucka pod ręką, kiedy podszedł do mnie chłopak, którego znam jeszcze ze szkoły podstawowej. Wyobraź sobie, że ma on wszystkie płyty Chucka! Nazywa się Mick Jagger. Poza tym Mick jest najlepszym wykonawcą bluesa po tej stronie oceanu. Mówię całkiem serio!”

No właśnie, blues. W biurze na Broadwayu robi się nagle cicho jak makiem zasiał, atmosfera jakby ktoś rozpalił ognisko. Czas na następnego papierosa. Czemu akurat blues? Beatlesi zdobyli serca milionów fanów energetyczną muzyką pop w kolorze różu. Co sprawiło, że Stonesi znaleźli inspirację i utożsamiali się z muzyką potomków czarnych niewolników z delty Missisipi? Tym bardziej, że nie pojawiała się ona wcześniej na białych listach przebojów?

 

 

Satysfakcja z „Satisfaction”

Wszystko ma swoje źródło w bluesie”, tłumaczy Richards. „Nawet jazz. Blues to muzyka szczera i prawdziwa, pełna głębokiego smutku i cierpienia.” Keith i pozostali członkowie zespołu nie myśleli wówczas o zbijaniu fortuny. Mieli za to misję: zostać najlepszą grupą bluesową w Londynie. Światowy sukces na szczęście ich nie ominął, do czego przyczynił się między innymi ich menedżer Andrew Loog Oldham. Pewnego razu zamknął on Jaggera i Richardsa w kuchni i nie wypuścił, dopóki nie napisali pierwszej piosenki. Była to nastrojowa ballada „As Tears Go By”. „Naszym zdaniem bardzo nędzny kawałek.” Kolejne utwory były już bardziej dzikie i nieokrzesane, naładowane seksem. W końcu przyszedł też czas na „(I Can't Get No) Satisfaction”. Richards pisze, że wena spłynęła na niego we śnie. Po przebudzeniu odsłuchał nagranie z magnetofonu, który stał koło jego łóżka. Można na nim usłyszeć charakterystyczny początek utworu, a przez następnych 40 minut – chrapanie.

Sukces „Satisfaction” sprawił, że Jagger i Richards stali się naturalnym trzonem zespołu. Brian Jones, obdarzony prawdopodobnie największym talentem muzycznym, ale i jednocześnie najbardziej próżny z nich wszystkich, nie podołał ciężarowi sławy. Przestał pojawiać się na sesjach nagraniowych, nie chciał ruszyć w trasę koncertową, za to godzinami potrafił opowiadać o swych doświadczeniach narkotykowych. Agresję wyładowywał na swojej dziewczynie – oszałamiająco pięknej Anicie Pallenberg.

Narkotyki były zresztą głównym powodem nasilających się kłótni w zespole. W pamiętnikach Richards przyznaje, że w tym okresie wraz z Jaggerem wykazywali się „niezwykłą podłością” w stosunku do Jonesa. Ostatecznie 8 czerwca 1969 r. wyrzucili go z zespołu. Miesiąc później jego ciało odnaleziono w przydomowym basenie. Sekcja zwłok wykazała przedawkowanie narkotyków i alkoholu. 24 lata później, na krótko przed własną śmiercią, do morderstwa przyznał się Frank Thorogood, robotnik zajmujący się pracami budowlanymi w domu Jonesa. Mimo to cała sprawa ma do dziś nieprzyjemny posmak. Jak twierdzi Richards, to najciemniejszy rozdział w historii grupy.

Richards tłumaczy decyzję o wykluczeniu Jonesa z zespołu utratą zaufania: „Nie mogliśmy wtedy na nim polegać. I choć Brian był muzycznym geniuszem, należał do ludzi, którym pisana była wczesna śmierć.” Trzeba przyznać, że to bardzo mocne słowa. „Zawsze pragnął zostać gwiazdą rocka – i za taką się uważał. W naszym zespole tak to jednak nie działa. Owszem, czasem trzeba poudawać, że jest się gwiazdą, żeby przypodobać się publiczności. Dla mnie nie ma to jednak najmniejszego znaczenia. Lecz jeśli chcę nagrywać płyty, od czasu do czasu muszę pokazać gwiazdorski pazur.”

Nocą, czyli kiedy?

Śmierć Jonesa nie dała końca napięciom w zespole. Konflikt między bluesmanem a gwiazdą pop tli się do dziś, z tą różnicą, że linia frontu przebiega obecnie między Jaggerem i Richardsem. W tym fundamentalnym sporze Richards – zapewne wbrew własnej woli – sam zyskał status gwiazdora. Stał się niejako anty-Jaggerem, ponieważ bronił podstawowych wartości rock and rolla: spontaniczności, chodzenia własnymi ścieżkami, gotowości do podejmowania ryzyka, spokoju w obserwacji, jak potoczą się wypadki, wpadania w tarapaty, a następnie wychodzenia z nich obronną ręką.

Takie podejście do życia i tworzenia muzyki uwidoczniło się zwłaszcza w trakcie nagrywania albumu „Exile on Main St.“, który jest uważany za arcydzieło Stonesów. Album powstał w roku 1971, kiedy grupie groziło bankructwo. Stąd wziął się pomysł, by z uwagi na gigantyczne zobowiązania podatkowe ewakuować się na południe Francji. Richards wynajął tam luksusową willę Nellcôte, dokąd Stonesi przenieśli się z całą świtą. Studio nagrań urządzono w piwnicy. W pokojach na piętrach zalegali niepokorni mężczyźni, przepiękne kobiety oraz ogromne ilości narkotyków. Przede wszystkim heroiny.

Richards zwykł pracować w nocy, choć nikt nie potrafił określić dokładnie, kiedy ta pora się zaczynała. Czasem początek nagrań wyznaczano na szóstą wieczorem, lecz on zjawiał się po północy. Często znikał też w toalecie, by wstrzyknąć sobie działkę. Bywało, że nie wracał przez kilka godzin. W swej książce Richards wspomina, że „podczas gdy ja żyłem w pełnej izolacji od świata zewnętrznego, inni funkcjonowali w pełnej zgodzie z rytmem natury wyznaczanym przez wschody i zachody słońca. Tymczasem jeśli już przełamie się ten cykl i przez cztery lub pięć dni pracuje bez przerwy, inni ludzie, którzy dopiero co wstali lub właśnie ucinają sobie drzemkę, stają się abstrakcyjni. I kiedy ja skupiałem się na pracy, komponowałem nowe piosenki i zgrywałem różne ścieżki, nagle – ku mojemu zdziwieniu – do studia zaglądali ludzie, którzy właśnie wstali z łóżka! I nawet zdążyli już coś przekąsić!”

„Exile” to dzieło Richardsa. I heroiny. Tej płyty Jagger mu tak naprawdę nigdy nie wybaczył. „Dla mnie”, wspomina Richards, „heroina stanowiła wówczas swego rodzaju tarczę ochronną. Z jej pomocą łatwiej było znosić całą tę obłudę świata show-biznesu. Dzięki niej można się było zdystansować, zyskać nową perspektywę, a mimo to nie wypaść całkiem z gry.” W latach 70. sztuka ta udawała mu się coraz rzadziej. Richards wyglądał jak zombie, spał z rewolwerem pod poduszką, był poszukiwany przez policję, a mimo to jeździł po okolicy samochodem, w którym znajdowała się kokaina, meskalina, marihuana i pejotl. Ponowne aresztowanie poważnie skomplikowało kwestię wjazdu na teren USA i Francji.

„Weź się zamknij, Keith…”

Tymczasem Jagger, z pomocą bankiera Ruperta Loewensteina, zabrał się za finanse zespołu. Loewenstein należał do angielskiej arystokracji. Dzięki jego pomocy The Rolling Stones wkrótce stali się nowocześnie zarządzanym przedsiębiorstwem z rozbudowaną siatką kontaktów. Kiedy pod koniec lat 70. Richardsowi udało się wygrać walkę z nałogiem, nastroje w grupie zmieniły się nie do poznania. Na wszelkie próby włączenia się w procesy decyzyjne Jagger coraz częściej reagował słowami. „Weź się lepiej zamknij, Keith, i przestań wygadywać bzdury”.

Dla mnie był to mały szok”, przyznaje Richards, co – biorąc pod uwagę angielską powściągliwość – przełożyć by można na „dziejową niegodziwość”. „Mick bardzo szybko przyzwyczaił się do roli Mister Rolling Stones. Widziałem, że mój powrót do zespołu był mu bardzo nie na rękę. On zawsze marzył o karierze biznesmena – co mu się zresztą udało – tyle tylko, że… Ja sam wiele rzeczy zrobiłbym inaczej. Dam przykład: wolę unikać osobistych kontaktów z szefami wytwórni płytowych. Na tym zresztą moim zdaniem polegała wyjątkowość The Rolling Stones: mieliśmy być bandą niebezpiecznych spiskowców, trzymających się na dystans. Tymczasem Mick zafundował nam powtórkę z rozrywki w stylu Briana Jonesa. Problem w tym, że gdy ktoś wychodzi przed szereg, potrafię naprawdę się wkurzyć.”

Do prawdziwej awantury doszło w połowie lat 80., kiedy Richards dowiedział się, że w cieniu kontraktu na 20 milionów dla zespołu Jagger wynegocjował osobną umowę z CBS na albumy solowe. Wyglądało na to, że zamierzał odejść z zespołu. Z wytwórni dochodziły słuchy, że z odpowiednią promocją może dorównać samemu Michaelowi Jacksonowi. Richards nazywa ten okres w historii grupy „trzecią wojną światową”. „Jeśli Mick ruszy w trasę nie z nami, ale z jakąś podróbką Stonesów, poderżnę mu gardło”, zagroził Richards. „Uwielbiam Keitha i bardzo go podziwiam”, odparował na to Jagger, „ale nie sądzę, by nasze drogi miały się jeszcze kiedyś przeciąć”.

„Każdy z nas z osobna jest nikim”

Konflikt ciągnął się latami. W tym czasie Jagger nagrał kilka solowych płyt, latał balonem nad swym zamkiem nad Loarą i celebrował styl życia, o którym Richards z przekąsem wyrażał się jako o „idiotycznych kaprysach bogaczy, którym poprzewracało się w głowach”. Pod koniec lat 80. skruszony Jagger zapukał do drzwi dawnego kolegi. Kariera solowa nie wypaliła, więc zaproponował, by spróbowali raz jeszcze. Richards przystał na tę propozycję. Do dziś nie widzi on bowiem świata poza zespołem. W trakcie rozmowy podkreśla, że „The Rolling Stones w komplecie mają ogromną siłę i potencjał. Każdy z nas z osobna jest nikim.”

Dziś Stonesi znów są jednym z najbardziej popularnych zespołów na świecie i co rusz biją nowe rekordy, czy to pod względem liczby sprzedanych biletów koncertowych, czy łącznych przychodów. Majątek Micka Jaggera szacuje się na 218 milionów euro, Richardsa – na 201 milionów. Dziwny to jednak triumf. The Rolling Stones ostatnich 20 lat to bowiem najsłynniejsza rodzina dysfunkcyjna rock and rolla, zamknięta w mauzoleum swych wcześniejszych sukcesów. Na jej czele stoi dwóch rockmanów w wieku emerytalnym, którzy spotykają się tylko wtedy, gdy naprawdę nie da się tego uniknąć.

Keith Richards zapala siódmego papierosa. Robi wrażenie człowieka wesołego i łagodnie usposobionego, napędzanego wewnętrzną energią i gotowego na nowe wyzwania. Ale czy tego samego chce Mick? Nie do końca wiadomo, bo nie rozmawiają oni ze sobą zbyt często. W pewnym momencie Richards stwierdza, że „najbardziej interesującym członkiem zespołu jest Charlie Watts. Gdy tylko chcę się dowiedzieć, co słychać u Stonesów, wybieram jego numer.” Podobnie zresztą czyni też Mick Jagger.

Charlie Watts jest bohaterem jednej z najsłynniejszych anegdot w historii The Rolling Stones. Zdarzenie to miało miejsce w 1984 r. w Amsterdamie. Jagger i Richards udali się razem do knajpy, by się czegoś napić, a ponieważ noc była chłodna, Keith pożyczył Mickowi marynarkę, którą miał na sobie do ślubu. Po powrocie do hotelu, czyli około piątej nad ranem, Jagger wybrał numer pokoju Charliego Wattsa i wybełkotał do słuchawki: „Gdzie się podziewa mój perkusista?” 20 minut później rozległo się pukanie. W drzwiach stanął Watts, ubrany w garnitur na miarę uszyty przez najlepszego krawca z Savile Row, pod krawatem, w lśniących butach i ogolony. „Nie waż się nigdy nazywać mnie swoim perkusistą!”, oświadczył zdumionemu Jaggerowi, a następnie przyłożył z całej siły. Pięścią w twarz. Jagger zatoczył się w stronę okna, za którym lśniły wody kanału. W ostatniej chwili złapał go Richards. Watts miał go później zapytać, dlaczego to zrobił. „Bo Mick miał na sobie moją ślubną marynarkę!”

Richards gasi papierosa, wstaje z miejsca i mówi: „Chodź, pokażę ci coś”. Otwiera drzwi do pokoju obok, gdzie urzęduje jego menedżerka Jane Rose, która w latach 70. zmusiła go do pójścia na odwyk, a potem czuwała przy nim dzień i noc, nim nie wypocił ostatniego grama heroiny. Pokój jest skąpany w promieniach popołudniowego słońca, Jane wydaje się nieco spłoszona, za oknem błękit nieba nad Nowym Jorkiem. „Spójrz”, mówi Richards, wskazując na ścianę za plecami Rose, gdzie wisi zdjęcie Che Guevary oraz niewielka akwarela przedstawiająca pięść. „To pięść Charliego”, tłumaczy Richards. „Sam ją namalowałem.” Tym akordem kończy się nasza popołudniowa pogawędka.

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Szamani i inni szatani. Polska religijność zabobonna

Magiczna, zabobonna religijność staje się coraz bardziej powszechna w polskim Kościele. A pandemia jeszcze nasiliła te tendencje.

Joanna Podgórska
21.07.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną