Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Świat

Dyplomaci pod lupą

Tajemnice z WikiLeaks

To, co opublikowano na portalu WikiLeaks, nikogo nie powinno dziwić. Nie ma tam żadnych tajemnic. Mało tego – nie ma tam niczego, czego byśmy nie wiedzieli wcześniej.

Pikanteria sprawy związanej z wyciekiem, wiąże się więc nie z treścią, a z dramatis personae. Ważne jest tu nie to, co się mówi, ale kto to mówi, do kogo, o czym, kiedy, w jakich okolicznościach, po co, i kto to podsłuchuje, kto to wynosi, kto tym handluje i co z tego wszystkiego wynika.

W dyplomacji angielskiej według podręcznika Satowa zredagowanego na nowo (V wydanie) przez lorda Gore’a Botha, ojca mojego kontrpartnera z Delhi, mówi się między innymi o tym, że dyplomata na przyjęciu nie może opowiadać dowcipów. Idzie o to, że każda anegdotka może być interpretowana jako aluzja do czyjejś kondycji, urody, pochodzenia itp. Zatem – żeby zachować szacunek dla znaczenia poczucia humoru w dyplomacji, wymyślono dowcip angielski. Limerykiem czy absurdem nie można nikogo personalnie dotknąć.

Ponieważ depesze ambasadorskie pisane są przez ludzi o różnym poziomie wykształcenia i adresowane są do polityków o różnym poziomie kultury, przeto zdarza się, iż idąc „na skróty” ambasador informuje niekiedy swego przełożonego w kraju językiem obrazowym, czasem dosadnym. Czy to jest w porządku? Z punktu widzenia pragmatyki politycznej tak. Z punktu widzenia obyczajów – nie. Dyplomacja kojarzy się z wysublimowanym, wyrafinowanym sposobem przekazywania informacji, ale na pewno nie z prostactwem. Jeśli ktoś jest prostakiem, nie nadaje się nie tylko do pracy w dyplomacji. Nie nadaje się na żadne urzędnicze stanowisko, ponieważ przynosi szkody.

Ponieważ dyplomacja wiąże się z informacjami tajnymi, przeto zawsze będą się nią interesowały wywiady. Czy wiadomość powszechnie dostępna jest tajną, jeśli ją koduje szyfrant ambasadora? Tak. Ponieważ ambasador musi powiedzieć, skąd wie to, co wie. A „ujawnienie” źródła informacji tajnej jest procesem obejmującym tylko dwie osoby: nadawcę i odbiorcę. Pośrednikiem jest szyfrant, który musi milczeć jak grób. Czy milczy? Nie. Wszystkie wycieki pochodzą od niego, albo od sfrustrowanego polityka, który właśnie utracił dostęp do informacji niejawnych i chce się mścić. Kiedy ty dysponujesz informacją poufną i tylko ty nią zawiadujesz, wtedy jesteś jej panem. Jeśli poza tobą zna ten sekret jeszcze ktoś, wtedy sekret jest panem ciebie.

Wyciek do Wikileaks co do Angeli Merkel i Putina, Iranu i tarczy antyrakietowej, a może także lotniska w Szymanach na Mazurach i politykach  z byłej władzy (komisja likwidacyjna WSI), to rzecz normalna z punktu widzenia pierwszej poprawki do konstytucji USA i interesów prasy, czyli czytelnika. Jest ona jednocześnie rzeczą nienormalną z punktu widzenia kodeksu administracyjnego i zasad tajemnicy służbowej. Przestępcą jest nie ten, kto docieka, szpera, zdobywa i informuje, ale ten, kto zdradza, sprzedaje i chichoce, kiedy mu się uda.

Takie wycieki będą się zdarzały zawsze. Ale po ostatnim „spuście surówki” w Wikileaks paru dyplomatów pójdzie na zieloną trawkę, a paru ich następcom nikt w krajach urzędowania niczego już nie powie, w związku z czym depesze szyfrowane będzie można przekazywać clarisem bez fatygowania szyfranta, ponieważ będą one zawierały mniej więcej taką treść: Nie mamy jeszcze pełnego obrazu sytuacji, wobec tego z dużym prawdopodobieństwem możemy przewidzieć że nic się nie zdarzy i blebleble i brekekek.

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Kultura

Sto najodważniejszych polskich piosenek. Nie zawsze chodzi o tekst

Co się stało z odwagą twórców piosenek? I czy oznacza ona dziś to samo co przed laty? Zmianę pomaga prześledzić nowe wydawnictwo poświęcone polskiej muzyce ostatnich dekad.

Mirosław Pęczak
16.08.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną